O mnie
 
Ideą tego blogu jest przedstawienie długoterminowych trendów i procesów na rynkach kapitałowym, towarowym i walutowym. Szczególny akcent jest położony na powiązania między tymi rynkami.




Najnowsze komentarze
 
2012-01-21 13:03
wykresyGieldowe do wpisu:
Rynek pracy - Niemcy
wymurowanie grodów za Kazimierza Wielkiego :-) Pozytywem była rewizja i ograniczenie liczby[...]
 
2012-01-21 12:42
Longterm do wpisu:
Rynek pracy - Niemcy
W Polsce same błędy widzę popełniamy:) czy my kiedyś zrobiliśmy cokolwiek dobrze Twoim zdaniem?
 
2012-01-18 17:54
dr_D do wpisu:
Prawo Keynesa
sorry anonim ale zapodam cyt. z książki "opcje i kontrakty ter.." Hulla ohn Maynard Keynes[...]


Kategorie Bloga
 
Ogólne
 
Ulubione
 




Wykres Tygodnia

wykresyGieldowe

2012-01-21 11:54
 Oceń wpis
   

Ten wpis zawiera dwa wykresy ilustrujące niemiecki rynek pracy. Dane przygotowane są z rocznika statystycznego wydanego przez destatis. Pierwszy wykres pokazuje zarobki netto osób pracujących. Konkretnie, jaki procent pracujących ma zarobki wyższe niż dana kwota, z podziałem na kobiety i mężczyzn. Wykres nie zaczyna się od 100%, gdyż około 6% osób wpada w kategorię "bez zarobków lub nieokreślone", do tej kategorii zaliczają się między innymi wszyscy rolnicy indywidualni.

 

 

To, co rzuca się w oczy do duża różnica między płacami kobiet i mężczyzn. W zasadzie są do tego powody. Osoba pracująca, może przejąć kwotę wolną od podatku niepracującego małżonka – zwykle kobiety – co zwiększa zarobki netto o około 300 euro. Dodatkowo kobiety częściej pracują na pół etatu, co tłumaczy, dlaczego większość kobiet zarabia w okolicy 1000 euro. Obie te kwestie nie tłumaczą, dlaczego bardzo niewielki procent kobiet ma wysokie zarobki, powyżej 2500 euro.

 

 

Drugi wykres przedstawia zatrudnienie ludzi w wieku zbliżającym się do emerytury. Poziom zatrudnienia ludzi w wieku 55-60 lat był i pozostaje wysoki. Znacząco wzrósł poziom zatrudnienia ludzi w wieku 60-65 lat – z 20% przed dekadą do 40% obecnie. Wydłużenie czasu pracy jest naturalną konsekwencją rosnącej długości życia. Z drugiej strony można powiedzieć, że by utrzymać gospodarkę na poziomie zapewniającą rosnącą długość życia, ludzie muszą więcej lat pracować. Jest to trend cywilizacyjny, którego nie da się zatrzymać – Polska dekadę temu popełniła błąd, gdy wraz z reformą emerytalną liberalnie wysyłano ludzi na wczesne emerytury.

Tagi: giełda, inwestowanie


2012-01-14 10:07
 Oceń wpis
   

Agencja ratingowa cały czas uważa, że Francja jest A. Już tylko AA a nie AAA ale mimo to A. Investment grade. Rynek, od pół roku uważa coś zupełnie innego. Pierwszy wykres pokazuje rentowność 10-cio letnich obligacji niemieckich i francuskich, a drugi spread między tymi obligacjami.

 

 

 

Widzimy, że do lata 2011 spread był umiarkowany, poniżej 0.4%, obecnie jest na poziomie 1.2%. Oznacza to w skrócie, że rynek wycenia bankructwo Francji przez najbliższe 10 lat na 12%. Czy to jest obligacja inwestycyjna ? Nie bardzo. Człowiek, 10 lat przed emeryturą, nie trzymałby wszystkich swoich oszczędności w takich obligacjach. 

Agencje ratingowe działają z opóźnieniem wobec rynku. Jeżeli obecna, niska cena obligacji francuskich się utrzyma, agencja będzie dalej obniżała rating. Wkrótce może to być już nie AA i nie A a nawet nie BBB, tylko BB.

By utrzymać rating, cena obligacji francuskich musi wzrosnąć lub niemieckich spaść. Można to zrobić generalnie na dwa sposoby. Pierwszy sposób, to zmniejszenie podaży obligacji francuskich poprzez obniżenie deficytu jak i finansowanie go z innych źródeł, np. prywatyzacji. Druga metoda, to poluzowanie monetarne. Jego głównym efektem będzie wzrost rentowności obligacji niemieckich odzwierciedlający wyższe oczekiwania inflacyjne.

 

 

Motorem inflacji obecnie są ceny surowców, przede wszystkim ropy. Trzeci wykres przedstawia ceny ropy Brent liczonej w euro. W 2010 roku cena była stabilna na poziomie 60 euro/bbl, jesienią zaczęła rosnąć i ustabilizowała się na poziomie 80 euro/bbl. Orientacyjnie, wzrost ceny ropy przekłada się na jedną dziesiątą całej inflacji. Wzrost o 30% z 60 do 80 powoduje więc inflację konsumentów na poziomie 3%. Jeżeli nie będzie dalszego wzrostu i cena ustabilizuje się na poziomie 80 euro/bbl, wtedy już wiosną inflacji w strefie euro będzie wynosić 0%. Europejski bank centralny będzie miał możliwość i konieczność dalszego luzowania polityki monetarnej.

Oczywiście jest też opcja, że cena ropy w euro się nie ustabilizuje. Wtedy Europa będzie musiała przemyśleć swoją politykę energetyczną, zamykanie elektrowni jądrowych, bio-paliwa i inne szaleństwa.

Tagi: giełda, inwestowanie


2012-01-06 10:42
 Oceń wpis
   

Główny polski indeks giełdowy, wig20usd wygląda, jakby stał nad przepaścią. Jak  stan przedzawałowy. Indeks przełamał minima z maja 2010 i obecnie, gdy wszyscy rosną, testuje dołki z września. Przełamana jest luka hossy na poziomie 613-631, której historia sięga roku 1994, z odwiedzinami w 1997,  2000, 2009. Indeks jest poniżej średniej 200-stu miesięcznej.

 

 

 

Równie źle wygląda wykres indeksu złotówki. Kurs chce się wyłamać z dziesięcioletniej stabilizacji. Trzeba sobie zadać pytanie, czy mamy świetną okazję inwestycyjną -- na wsparciu w trendzie bocznym, czy zmianę reżimu w więc i ostatnią okazję na ucieczkę z pociągu jadącego w przepaść. Na tym blogu nigdy wcześniej nie używałem takich określeń, ale być może jest pora, bo takie są właśnie perspektywy.

 

 

Robocza hipoteza jest taka, że kończy się ostatni etap cyklu pokoleniowego -- dekada inwestycji w krajach zapóźnionych. W krajach o niskiej produkcji, słabej infrastrukturze  i inflacyjnej naturze. W krajach, w których globalna presja deflacyjna i marazm gospodarczy prowadzi do boomu i rozkwitu. Poza Polską i okolicami, takim krajem są Indie.

Kurs USDINR wygląda bardzo ciekawie. Rupia zaczęła się osłabiać w 1981 roku i przez następne dwadzieścia lat osłabiała się w średnim tempie 11% rocznie. Ostatnia dekada, to okres stabilizacji. W 2007 roku kurs odbił się os średniej 200-stu miesięcznej. Podobnie w sierpniu, kurs wyrysował formację kija hokejowego. Nastąpiło dynamiczne osłabienie rupii.

 

 

Rupia ma podwójne znaczenie. Po pierwsze, może być uznawana za przybliżenie klimatu inwestycji w krajach zacofanych, dowcipnie zwanych rozwijającymi się. Tu widzimy, wyłamanie gorą i wzrost dolara wobec rupii. Cykl pokoleniowy podpowiada, że będzie to wyglądało podobnie jak na początku lat 80-tych. Jako konsekwencja, inflacja w Indiach może się urwać ze smyczy.

Drugie znaczenie to rynek złota. Roczna produkcja złota, to 2500 ton. Z tej ilości, około 700 ton (w 2010 roku) jest wykorzystana jako prezenty ślubne w Indiach. Im silniejsza rupia, tym więcej złota Indyjczycy mogą kupić. Wraz ze spadkiem rupii i ubożeniem społeczeństwa w globalnym kontekście, popyt na złoto spada. Zauważmy, że obecnie mimo niepokojów o strefę euro i niepokojów i rozpad tej waluty złoto tanieje. Szczyt zbiega się z załamaniem na rupii.

W krajach zachodnich, gdzie złoto ma dodatkowo aspekt monetarny, spadek jego ceny będzie odebrany, jako wzrost zaufania do systemu monetarnego, co wzmocni rodzący się boom gospodarczy.
 

Tagi: giełda, inwestowanie


2012-01-01 12:29
 Oceń wpis
   

Świat możemy podzielić na cztery obszary: USA, Europa oraz reszta Świata, którego najważniejszym elementem są na dzisiaj Chiny i Japonia. Czwarty obszar to Polska w Europie. 

USA

USA wychodzi z ciężkiej recesji. Recesja, w sensie kontrakcji prywatnego kredytu, jest dla gospodarki bardzo dobra, ściślej mówiąc, dla tych, którzy ją przetrwają. Spółki, które dzisiaj przynoszą zyski, zawsze będą przynosić zyski. Dla USA problemem mogłoby być zwiększenie bezrobocia, które spowoduje wzrost liczby zagrożonych kredytów i wepchnie kraj w nowe zawirowania przepływu pieniądza. Generalnie perspektywy giełdy, a szczególnie branży technologicznej są bardzo dobre. Giełda amerykańska dodatkowo będzie stymulowana luzowaniem monetarnym ECB. Kluczowym wykresem jest liczba nowych zwolnień z pracy (initial claims, podawany w czwartek).  Jeżeli coś złego zacznie się dziać, ten wykres pierwszy nam to powie.

 

 

 

Europa

Unia Europejska jaką znaliśmy przestała istnieć.  W zeszłym roku poznaliśmy prawdziwą twarz Unii. Gdy trzeba załatwić ważną sprawę, dominującą rolę przejmują Niemcy z Francją. Sprawy ważne załatwiane są z pominięciem Komisji Europejskiej. Europejska polityka monetarna ma teoretycznie dwie drogi. Albo za wszelką cenę prowadzimy politykę twardego pieniądza, czego ceną będzie bankructwo kilku krajów i rozpad unii monetarnej, a więc zniknięcie tego pieniądza. Albo prowadzimy politykę miękką. Tak naprawdę jedyną opcją jest prowadzenie miękkiej polityki. Im bardziej rządy będą prowadziły deflacyjną politykę tym łatwiej będzie ECB drukować pieniądze. Kryzys Europejski jest już chyba po przesileniu, nie zmienia to faktu, że programy oszczędnościowe przełożą się na gospodarki, które będą w stagnacji. Społeczeństwa dostaną jeszcze solidnie w kość. Kluczowym wykresem jest spread między rentownością obligacji Niemiec i Włoch (czy ktokolwiek będzie w danym momencie na tapecie).

 

 

 

Polska

Polska stała się formalnym grabarzem Unii Europejskiej. Teraz Europa ułoży się na nowo i Polska musi znaleźć swoje miejsce. W Polce tematem roku będzie przykręcenie śruby. Wzrost składki rentowej, akcyzy na ropę, wzrosty  lokalnych podatków, zawirowania z refundacją leków. Drugi temat roku to zamknięcie cyklu inwestycji strukturalnych 2004-2012, które to zakończenie giełda zaczęła dyskontować w 2007 roku. Teraz, zakończenie inwestycji przełoży się na realną gospodarkę, w szczególności miejsca pracy. Przed Polską stoją problemy walutowo-hipoteczne. Fikcja kredytów bez pokrycia w nieruchomościach prędzej czy później pęknie. Kluczowym wykresem jest suma kredytów zagrożonych w obszarze kredytów hipotecznych.

 

 

 

Reszta Świata

Chiński boom inwestycyjny i budowlany powoli się kończy. Nie jest jasne, czy ten koniec będzie w wersji miękkiego lądowania, czy spektakularnego krachu. Być może powoli budzi się Japonia, która otrząsnęła się już chyba z 20-sto letniej bessy.  Uczciwie muszę powiedzieć, że o tej części świata wiem bardzo mało. Dla utrudnienia, statystyki są często mylące – np. eksport Chin do USA to często sprzęt, który był tylko zmontowany i zapakowany w Chinach, a kluczowe komponenty, wyprodukowane były w Japonii. Kluczowym wykresem jest wykres USDJPY. Hossa na jenie zaczęła się wraz z bessą na giełdach w 2007 roku. Odwrócenie trendu może jest teraz, może będzie w ciągu roku, ale już raczej wcześniej niż za dwa lata.

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2011-12-30 09:41
 Oceń wpis
   

Rok temu jasność miałem tylko co do walut. W tym roku będzie o giełdzie. Zacznijmy od kluczowej prawdy gospodarczej – interwencje monetarne powodowane są słabością jakiegoś obszaru gospodarki, ale te pieniądze idą w siłę. Gdy w 2007 roku FED zaczął luzować politykę monetarną pieniądze poszły w surowce. Gdy w 1998 roku FED wpompował pieniądze w obieg, ze względu na tanie surowce i bankructwo Rosji, te pieniądze poszły w internet.

Teraz Europa będzie potrzebować stymulacji monetarnej. Nie jest do końca jasne jak będzie to wyglądało, czy inicjatywa będzie po stronie ECB czy FED. Jeżeli popyt na towary w Niemczech spadnie, a do tego spadnie inflacja, ECB dostanie zielone światło z Berlina. W przeciwnym razie interwencje będą jako udział w zorganizowanej akcji banków centralnych, czyli z inicjatywy FED.

Te pieniądze pójdą w akcje amerykańskie. Po pierwsze, amerykańskie akcje są cały czas bardzo tanie. Ilustruje to wykres, gdzie cena akcji z konsolidacji z 2009 roku jest zwiększana o zyski operacyjne firm. Te zyski idą w gotówkę w kasie i bezpośrednio zwiększają wartość księgową firm. Widzimy, że obecnie daleko od totalnego wyprzedania nie jesteśmy. Dla przykładu, super popularna spółka, Apple, kosztuje obecnie 400 usd, spółka ma ok. 80 usd nadmiaru gotówki na akcję i roczne zyski 30 usd na akcję.

 

 

Po drugie, S&P500 pokazuje siłę. Nie ma pytań o bessę, nie było spadku o 20%, nie było pogłębiania dołków. S&P500 wyrysował piękny, prosty, szkolny wykres.  Górki i dołki "zgadzają się".  Daje to inwestorom poczucie zrozumienia sytuacji i poprzez to – poczucie bezpieczeństwa. Bardzo optymistycznie wyglądają też średnie kroczące na różnych skalach czasowych. Wygląd wykresu może mieć kluczowe znaczenie, gdyż w inwestorach cały czas dominuje strach i niepewność. Gospodarka niemiecka jest silna, ale o co chodzi w DAXie, nie za bardzo wiadomo.

 

 

 

Po trzecie inwestując w S&P500 czy Nasdaqa unika się ryzyka kursowego. Euro będzie miało presję na spadek. Jeżeli euro będzie za silne, spowoduje presję na słabe, niekonkurencyjne kraje i powróci temat ich niewypłacalności. Uciec z euro można albo w amerykańskie akcje, albo obligacje, albo w aktywa krajów rozwijających się i surowce. Ucieczka w obligacje, miałaby sens tylko w kontekście spodziewanej deflacyjnej recesji. Obecnie się nie zanosi, a 10-cio letnia recesja jest już w cenach obligacji. Kraje rozwijające się też nie będą beneficjentami nadmiaru pieniądza. Widzimy raczej ucieczkę z rynków takich jak Polska. Nie bez powodu – te kraje są po dekadzie wzrostu na sterydach i teraz bardziej pora no odchorowanie tego wzrostu i konsolidację niż szał inwestycyjny.

Oczywiście inne rynki nie będą szukać własnej drogi. Będą podążać w tym samym kierunku co S&P500, tyle, że zapewne wolniej i mniejszą szerokością rynku.

Tagi: giełda, inwestowanie


2011-12-28 09:40
 Oceń wpis
   

Jesienią 2007 roku index wig20usd i S&P500 miały praktycznie tą samą wartość liczbową. W połowie drogi między 1500 a 1600. Wtedy rozpoczął się też tak zwany kryzys hipoteczny.

Pierwszy wykres pokazuje następne cztery lata. W 2008 roku indeksy się obsuwały, by jesienią 2008 roku załamać się. Po półrocznej stabilizacji, wiosną 2009 roku rozpoczęła się hossa. W przypadku S&P500 trwa ona do dzisiaj, w przypadku Wi20usd pojawia się właśnie pierwsze pytanie.

 

 

Na wykresie widzimy, że indeksy poruszają się generalnie w tym samym rytmie. Wyjątkiem była jesień 2008, gdy polski indeks spadał dużo dynamiczniej, jak i teraz, gdy S&P500 od kilku miesięcy rośnie, a w Warszawie króluje, delikatnie mówiąc, marazm.

 

 

Całość ładnie widać też na wykresie relatywnej siły obu indeksów. Po załamaniu jesienią 2008 roku stabilizacja nastąpiła na niższym poziomie. Obecnie słabość indeksu jest taka sama jak wiosną 2009 roku.

Tyle faktów. Pora na pytanie.

Dlaczego warszawski indeks jest taki słaby ? Polska elita ekonomiczno-polityczna tłumaczy to kryzysem w USA, kryzysem w Europie, kryzysem na Węgrzech. I nie wnikamy, że forint się wobec złotówki, niewiele, bo niewiele, ale w ciągu roku wzmocnił. Bardzo popularne jest też tłumaczenie, że spekulanci się na nas uwzięli. Pojęcie "atak spekulantów" to w zasadzie to samo co "spisek żydo-masonerii", ale lepiej brzmi. Człowiek myśli, że jest inteligniejszy, niż ci od spiskowej teorii dziejow. Tą tezę prezentują też, niestety, ludzie na najwyższych stanowiskach w kraju.

Wspomniane tezy mają jeden wspólny mianownik. Stawiają przyczyny poza naszym zakresem oddziaływania. Zwalniają z obowiązku działania. Są tanim wytłumaczeniem sobie.

Moja teza jest taka, że od odpowiedzi na to pytanie zależy sytuacja Polski na następne kilka lat. Na dekadę. Jeżeli społeczeństwo będzie sobie mydliło oczy, to obudzi się z bezwartościową złotówką, bezwartościowymi akcjami. W kraju bez inwestycji i ze śmieciowymi formami nie tylko zatrudnienia ale i faktycznie wykonywanej pracy. Jeżeli społeczeństwo wykona wysiłek, i dotrze do faktycznych przyczyn, przyczyn leżących w nas, można spodziewać się, utrzymania siły relatywnej i dotrzymywania kroku w globalnym wzroście.

Podkreślam raz jeszcze. Nie chodzi o to by jeden ekonomista czy bloger dotarł do przyczyn. Chodzi o to, by cała elita i potem szerokie społeczeństwo te przyczyny zrozumiało, i podjęło odpowiednie działanie.

Tagi: giełda, inwestowanie


2011-12-27 10:38
 Oceń wpis
   

W zeszłym roku moje prognozy dotyczyły tylko runku walutowego. Postawiłem wtedy takie tezy:

  • (…) obecnie jesteśmy prawdopodobnie w połowie, lub przy końcówce dna, formacji "U". Przez najbliższe kilkanaście miesięcy czeka nas więc wzrost euro, podobny do jego spadku od lutego 2009 roku.
  • Frank szwajcarski prawdopodobnie wybije się ponad maksima i ustabilizuje w okolicach typu 3.4-3.8.
  • To są prognozy z fus by zainspirować własne przemyślenia.


Podałem też cele kursowe na 2011 rok:

  • Euro – 4.8 zł
  • Dolar – 4 zł
  • Frank – 3.8 zł


Całość można przeczytać tutaj. Szczególnie polecam komentarze pod wpisem.

Frank swój kurs celowy dogonił i przegonił. Obecnie stabilizuje się w okolicy 3.60 zł, który to poziom, zupełnie przypadkiem, wypada w połowie zakresu 3.40-3.80. Tutaj muszę odgwizdać całkowity sukces. 

W przypadku euro sukces jest ograniczony. Wykres faktycznie wyrysował formację spodka czy U. Prognozowałem ruch o 80 gr, faktyczny ruch w 2011 roku wynosił 60 gr. 

 

 

W przypadku dolara konkretnie się przestrzeliłem. Prognozowałem ruch o 1 zł, podczas gdy zrealizowany był ruch o tylko 50 gr. Rok temu, gdy pisałem o dolarze, myślałem o krótkiej panice, która wyrysuje bardzo ostry szczyt i cena dotknie 4 zł. W zasadzie miałem w głowie scenariusz, który rozegrał się na franku.

Podsumowanie


Kierunki walut przewidziałem poprawnie. Dodam, że rok temu normą było twierdzenie, że złotówka ma naturalną tendencję aprecjacyjną.  Z konkretnymi kursami poszło już umiarkowanie. Tu dochodzimy chyba do sedna – prognozy całoroczne trzeba traktować jako wyczucie ogólnego klimatu a nie jako poradnik do grania na forexie.

Czy będą konkretne porady ?


Jeden z czytelników bloga zadał mi pytanie, czy będą konkretne porady inwestycyjne. Muszę powiedzieć, że mam opory. Nie chodzi o to, że doradztwo inwestycyjne jest reglamentowane przez państwo. Inwestycje kapitałowe są tylko częścią całego ryzyka gospodarczego, jakie człowiek podejmuje, i muszą z resztą życia współgrać. 

Jeżeli człowiek ma bardzo stabilną pracę, to największym ryzykiem jest przegapienie wzrostu gospodarczego. Taki człowiek może inwestować bardziej agresywnie. Jeżeli ktoś pracuje np. w branży bardzo cyklicznej (typu egzotyczne wycieczki) to partycypuje codziennie we wzroście, a inwestycja powinna być nastawiona, na zabezpieczeniem się przed nagłym załamaniem gospodarczym. Jeżeli ktoś pracuje w firmie eksportowej, to kredyt walutowy może być obciążony niższym ryzykiem, niż złotówkowy. Zupełnie odwrotnie jest dla pracowników firm importowych.

Dlatego raczej nie będzie konkretnych porad. Wziąłbym na siebie zadanie, z którego nie potrafiłbym się w pełni wywiązać. Będą próby opisu sytuacji, będą liczby i wykresy, które, według mnie, są ważne, a nie pojawiają się w "pierwszym obiegu". Ale przekuć to na strategię inwestycyjną musi każdy, niestety, sam.

Tagi: giełda, inwestowanie


2011-12-22 16:45
 Oceń wpis
   

Powoli kończy się 2011 rok. Nadchodzi pora podsumowań, rozliczeń, planów. Na szczegóły i rozliczenie się z zeszłorocznymi prognozami przyjdzie jeszcze pora między Świętami a Nowym Rokiem, teraz trochę ogólnych refleksji.

Ten rok można określić, jako rok spadku wartości złotówki. Jest to jednak tylko połowicznie celne podsumowanie - w 2009 roku i dolar i euro były, przez chwilę, wyżej niż teraz.  Ten rok lepiej podsumować jako szok cen ropy.

Latem 2008 roku ceny ropy osiągnęły szczyt. Cena ropy były zapalnikiem deflacyjnej recesji z kulminacją w postaci upadku banku Lehman Bros. Wysoka cena ropy wywołała ciąg wydarzeń – zmniejszenie innych wydatków, zwolnienia z pracy, nieobsługiwanie kredytów, wyprzedaż obligacji hipo, bankructwo Lehmana, kryzys płynności.

Polska na eskalacji ceny ropy nie ucierpiała. Dolar szukał zysku tak w surowcach jak i walutach krajów zacofanych. Późniejsza wyprzedaż złotego też zbiegła się z wyprzedażą surowców. Teraz wygląda to trochę inaczej.

 

 

 

Pierwszy wykres przedstawia cenę baryłki ropy liczonej w złotówkach.  Drugi wykres jest bardziej realistyczny - przedstawia średnią cenę ropy za ostatnie trzy miesiące. Uśrednienie to ilustruje, że do konsumenta ceny docierają z pewnym opóźnieniem. W zasadzie uśrednianie powinno być dłuższe, by uwzględnić też ceny gazu, oparte o średnią cenę ropy z ostatniego pół roku.

Widzimy, że w 2008 roku cena ropy doszła do około 270 zł za baryłkę, by spaść w okolice 150 zł podczas szczytu kryzysu w 2009 roku. Od tamtej pory ceny nieprzerwanie rosną.  Obecnie ceny są prawie 40% wyższe niż latem 2008 roku.  Wysoka cena ropy oznacza odpływ kapitału  z kraju, wyższe koszty życia, mniej pieniędzy na inne wydatki. Wysoka cena ropy jest zarówno inflacyjna - ceny większości towarów rosną, jak i deflacyjna - popyt na wiele, produkowanych w kraju,  towarów zamiera.  Ta mieszanka daje stagflację.

Stagflacja to stopniowe ubożenie społeczeństwa. Stopniowe zawężanie się perspektyw. Trwałe problemy na rynku pracy. I ta właśnie stagflacja na dobre zaczęła się w tym roku w Polsce.

Wszystkim czytelnikom życzę wesołych, spokojnych Świąt.

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2011-12-16 19:22
 Oceń wpis
   

Polska stoi przed zagrożeniami inflacyjnymi, wobec których Rada Polityki Pieniężnej będzie bezradna. Mój pesymizm dodatkowo spotęgowany jest ucieczką kapitału z Polski, co jest widoczne na wykresie wig20usd. Kurs naruszył poziom 631 usd, i w tym tygodniu zamknął się na najniższym poziomie od lata 2009 roku. Wrześniowe dołki zostały, w kursach zamknięcia, pokonane. Waga poziomu 631 podkreślona jest licznymi lukami hossy/bessy, był ro również szczyt hossy z 1997 roku. Przełamanie tego poziomu niczego dobrego nie wróży, szczególnie, że główne rynki są znacząco powyżej dołków z września.

 

 

W Polsce inflacja ma kilka ognisk zapalnych. Zacznijmy od tego, że w Polsce rząd prowadzi gigantyczny pakiet stymulacji fiskalnej. Trzeci rok z rzędu deficyt sektora finansów publicznych jest w okolicy 7% PKB. Taka stymulacja może mieć sens w przypadku pogrążonej w deflacji gospodarce. W USA ludzie przeszli z oszczędzania kilku miliardów rocznie do poziomu 800 mld usd rocznie. Wywołało to lukę deflacyjną, którą stymulacji fiskalna oraz monetarne jedynie częściowo zasypała. W Polsce, tylko rynek kredytów konsumpcyjnych uległ zamrożeniu, kredyty hipoteczne płyną w normalnym tempie ok. 40 mld zł rocznie. Stymulowanie gorącej gospodarki prowadzi do rozwodnienia złotówki i jej osłabienia się wobec wszelakich walut. Wobec dolara złotówka w ciągu roku straciła 15%. 

Energia

Ceny energii są podstawowym kanałem transportu rozwodnienia złotówki na ceny towarów konsumpcyjnych. Na rynkach światowych cena paliw powoli się stabilizuje, ale osłabienie złotówki powoduje, że paliwo na stacjach benzynowych jest coraz droższe. Wyższe ceny transportu w czasem przełożą się na wszystkie inne towary.

Sytuacja się raczej nie poprawi. Polska z jednej strony jest zakładnikiem węgla, a Unia będzie nalegała, by opodatkować emisję CO2 tak wysoko jak się tylko da. Z drugiej, Polski Rząd umyślnie lub bezmyślnie uwięził Polskę w kontrakt gazowy z Rosją. Oznacza to, że koszty ogrzewania i prądu też będą miały presję wzrostu.

Żywność

W Polsce żywność jest dotowana. W normalnym przypadku, cena towaru, poprzez składki socjalne, uwzględnia to, że pracownik kiedyś będzie chory, kiedyś będzie na emeryturze. W przypadku rolników jest inaczej, ich składki emerytalne pokrywa KRUS, który jest finansowany z pieniędzy nie związanych z produkowanym towarem. Dotacja do KRUS wynosi ok. 15 mld zł. I o tyle więcej zarobić muszą rolnicy by móc płacić składki z zarobionych pieniędzy. O tyle musi zdrożeć żywność, by rolnicy wyszli w całym rozrachunku na zero. W Polsce rynek żywności to jakoś tak 250 mld zł. Z czego wynika proste przybliżenie, że reforma KRUS podniesie ceny żywności o 6%.

Usługi publiczne

Trzeci kanał inflacji to usługi publiczne. Przez ostatnie lata gminy inwestowały na potęgę, zaciągając przy tym kredyty na wkład własny do uzyskania dofinansowania z Unii. Za te pieniądze pobudowane są drogi, mosty i oczyszczalnie. Ale te inwestycje będą musiały teraz na siebie teraz zarabiać. Podstawowe usługi publiczne: ciepło, woda, śmieci będą coraz droższe. Podobnie, drożeć będą bilety komunikacji miejskiej. Są one obiektywnie tanie (bez normowania do jakości) a są utrzymywane na niskim poziomie, tylko ze względu na ciągłe wybory. Teraz, gdy Minister Finansów przyciska samorządy, będą one podnosiły ceny.

Podsumowanie


Sytuacja nie rysuje się kolorowo. Gdyby zbiegła się z globalnym kryzysem, można by się spodziewać, że FED wydrukuje ociekające farbą dolary, które w Polsce będą szukać zysku, podciągając tym złotówkę. Tyle, że FED nie wydrukuje dolarów. Ostatnio jasno dał do zrozumienia, że nie będzie QE3. Giełda z umiarem, ale rośnie, liczba nowych zwolnień spada. Gospodarka, powoli, bo powili, ale pewnie, się rozwija. Stymulacja monetarna w tym przypadku mogłaby przynieść więcej szkody niż pożytku. Możliwe są tylko niewielki interwencje FED na wypadek eskalacji kryzysu w strefie euro. Tyle, że w przypadku takich interwencji, złotówka nie będzie atrakcyjnym celem dla kapitału.
 

Tagi: giełda, inwestowanie


2011-12-10 11:10
 Oceń wpis
   

Dwa tygodnie temu przedstawiłem projekcję popytu na nowe mieszkania w Polsce, na następne 20 lat. Dzisiaj przedstawię podobny model dla Niemiec.

Na początku przypomnijmy sobie założenia. Ludzie potrzebują nowego mieszkania, gdy się usamodzielniają (ok. 23 lata) i mieszkają parami. Ludzie przenosząc się do lepszego świata zostawiają po sobie mieszkanie.

 

 

Pierwszy wykres jest skonstruowany według tego przepisu (dane z destatis). Widzimy kilka rzeczy. Po pierwsze dane wymagają klejenia, ze względu na zmiany stanu prawnego dyskutowanego obszaru. Po drugie szczyt budowy nowych mieszkań przypadł na późne lata 90-te. Od tamtej pory buduje się o 400 tyś mieszkań mniej. Tak na marginesie, uzbrojenie terenu i wbudowanie 400 tyś mieszkań wymaga około 80 mld euro kapitału rocznie. O tyle zmalał popyt na kapitał w Niemczech. Zupełnie przypadkiem zbiega się to z poziome eksportu kapitału przez Niemcy przez ostatnią dekadę, na poziomie ok. 100 mld euro rocznie. Do tego jeszcze wrócimy. Rzecz najważniejsza, to że model nie za bardzo pasuje do nowych budów.

 

 

Model musimy mocno pomasować. Pierwsza zmiana to przesunięcie czasu budowy z 23 lat do 30 lat. Dzięki temu zgadza się szczyt. W sumie jest to dość zaskakujące. O ile ludzie kupują czy budują własny dom czy mieszkanie w wieku 30-40 lat, to wcześniej, przez 10 lat mieszkanie wynajmują. Popyt na wynajem widać nie przekłada się na aktywność budowlaną. 

 

 

Model zgadza się lepiej, ale cały czas nie zgadza się normalizacja. W Niemczech od początku lat 70-tych więcej ludzie umiera niż się rodzi. Wiec po wejściu w dorosłe życie ludzi z wyżu lat 60-tych popyt na nowe mieszkania powinien, według modelu, zaniknąć. Wymaga to zmiany liczby zrecyklowanych mieszkań. z około 450 tyś do 300 tyś. Po tej zmianie model zaczyna się zgadzać.

Mamy więc w modelu manko popytu na 150 tyś mieszkań. To manko można uzasadniać imigracją. Przez ostatnie 20 lat saldo napływu i odpływu populacji wynosiło średnio +200 tyś osób rocznie. Saldo jest za bardzo zmienne (w 1992 roku było to + 600 tyś, w 2008 -55 tyś) by je włączać bezpośrednio do modelu. Dodatkowo, przyjeżdżają i wyjeżdżają ludzie w różnej sytuacji zawodowo-wiekowo-rodzinnej. Ale ogólna liczba powinna się zgadzać. Możemy więc odgwizdać sukces. Umiarkowany, bo umiarkowany ale jednak sukces modelu.

Wnioski

Mimo wszystko trudno przewidywać, czy spadek aktywności budowlanej będzie trwał, czy nastąpi stabilizacja, jak sugeruje to ostatni model. Wnioski nie są całkowicie jednoznaczne.

Na początku pisałem, że Niemcy eksportują 100 mld euro kapitału rocznie i jest to związane ze spadkiem aktywności budowlanej. Możemy powiedzieć, że obecny kryzys jest efektem pigułki antykoncepcyjnej. Załamanie sprzed 40 lat spowodowało brak okazji inwestycyjnej i kapitał szukał tych okazji po świecie, by wrócić ze spuszczoną głową.

 

Tagi: giełda, inwestowanie
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |