O mnie
 
Ideą tego blogu jest przedstawienie długoterminowych trendów i procesów na rynkach kapitałowym, towarowym i walutowym. Szczególny akcent jest położony na powiązania między tymi rynkami.




Najnowsze komentarze
 
2017-08-21 13:11
Monika1243 do wpisu:
Przeprowadzka
Szkoda, że się przeprowadziłeś z tego bloga, miał dobrą historię. To dzięki tobie zaczęłam[...]
 
2016-07-22 20:37
magowsicka do wpisu:
Co zrobi FED ?
ja uważam że super sposoby na dodawanie statystyk do wordpress opisany jest w tym poradniku[...]
 
2016-01-10 14:49
synonim nielogo do wpisu:
Pora na Świętego Mikołaja
jak tam zyski na opcjach call na S&P500 ze Strikem 2100 i 2200? Naprawdę trzeba być[...]


Kategorie Bloga
 
Ogólne
 
Ulubione
 




Wykres Tygodnia

wykresyGieldowe

2009-04-29 16:24
 Oceń wpis
   

Biuro analiz ekonomicznych opublikowało raport o spadku GDP w USA w 1q2009. Zgodnie z raportem gospodarka skurczyła się o 6.1%, licząc po amerykańsku, czyli kwartał od kwartału w ujęciu rocznym. Licząc po polsku, od kwartału rok temu, gospodarka skurczyła się o 2.6%.

Od końcowej, sumarycznej wielkości dużo ciekawiej prezentuje się struktura aktywności. Zabrałem tu najważniejsze, według mnie, punkty (wszystkie liczby to zmiana kwartał do kwartału w ujęciu rocznym):

  • po dwóch kwartałach spadku, konsumpcja prywatna wzrosta o 2%
  • załamanie inwestycji, o 52%, po spadku w 4q2008 o 23%. Inwestycje w środki trwałe zabrały 6% GDP, łącznie ze zmianą zapasow 9%
  • dalsza wyprzedaż zapasów, zmiana zapasów zabrała 3% GDP
  • handel zagraniczny, głównie poprzez spadek importu, jest czynnikiem wzrostu, dodał 2% do GDP
  • wzrost stopnia oszczędności, do 453 mld USD, w poprzednim kwartale było to 337 mld USD a rok temu jedynie 20 mld USD


Można zadawać sobie pytanie, jaki ta mieszanka da efekt w następnych kwartałach ? Z jednej strony mamy konsumentów, którzy sporo ostatnio zaoszczędzili (mają pieniądze i zapewne mają też potrzebę zakupić towar) a z drugiej strony mamy przedsiębiorstwa, z pustymi magazynami i mocno niedoinwestowane w sprzęt. W tej sytuacji bardzo szybko może powstać presja inflacyjna.

Wkrótce przedsiębiorcy zaczną uzupełniać magazyny metodą zatrudniania pracowników, czego dodatkowym efektem będzie mniejsza obawa o utratę pracy, a tym samym mniejsza skłonność oszczędzania. Spirala wzrostu inflacyjnego zacznie się kręcić, a naturalną konsekwencją będzie zmiana polityki pieniężnej FED – początek podwyżek stóp procentowych.

Proces o którym pisze musi się od czegoś zacząć, i świetnym początkiem może być zwrost indexów giełdowych. W tym ujęciu giełda nie przewiduje cykli ekonomicznych, lecz je kształtuje.

Literatura:
http://www.bea.gov/newsreleases/national/gdp/2009/pdf/gdp109a.pdf

Tagi: fed, inflacja, recesja, GDP


2009-04-25 09:32
 Oceń wpis
   

W jednym z pierwszych wpisów na blogu dworowałem sobie z obiecanek rychłego wejścia Polski do strefy euro, jaką poczynił Premier,  w tajemnicy przed swoimi ministrami, na konferencji w Krynicy. Teraz jest kolejna okazja. Dane GUS pokazały, że Rząd odrobinkę naciągnął informacje o deficycie sektora finansów publicznych i zamiast 2.7% zrobiło się 3.9%, przy granicy 3% zapisanej w traktacie z Maastricht. Wraz ze wzrostem deficytu sektora finansów publicznych wejście do strefy euro coraz bardziej się oddala.

Trzeba przy tym dopowiedzieć, że deficyt co prawda wyniósł 39 mld zł, ale zadłużenie wzrosło o 70 mld zł, czyli niemalże 7% PKB (!).  Dodatkowe 30 mld, zamiecione pod dywan, to efekt kursowy zadłużenia zagranicznego. Oczywiście można argumentować, że ta strata może się zamienić w zysk, ale póki co, od końca grudnia złotówka spadła o kolejne 10%, co oznacza dalsze 15 mld zł strat. Osobicie uważam, że lato 2008 to była historyczna okazja na przerolowanie zadłużenia na złotowki – i szansa ta została zmarnowana.

Wracając do euro, powiedzmy sobie szczerze: euro jest ogromnym sukcesem politycznym, ale pozostanie poza strefą euro wcale nie musi być takie złe.

Na pytanie czy Polska powinna wejść do strefy euro, myślę, że większość bez głębszego zastanowienia powiedziała by – oczywiście. Postawmy sobie jednak to samo pytanie inaczej. Czy polityka pieniężna, właściwa dla Niemiec jest właściwa również dla Polski ? Te kraje różni demografia, poziom rozwoju infrastruktury, strutura przemysłu. Tu odpowiedź już daleka jest od jednoznacznej … 

Drugim problemem jest sztywność kursu. Gdy jakaś gospodarka przejdzie gruntowne reformy (jak np. Niemcy w 2002-2003 r.) kurs euro wobec innych walut rośnie, tym samym gospodarki pozostałych krajów strefy stają się niekonkurencyjne. Oczywiście miło jest kupować tanie towary importowane – dopóki można znaleźć pracę. Taka sytuacja rozgrywa się w Hiszpani,  ktora z jednej strony ma deficyt handlowy w wysokości 90 mld € (za 2008 r.) a z drugiej bezrobicie jest ponad 17% (4 mln osób). Zauważmy, że 90 mld € to kwota wystarczająca by zatrudnić 4 mln osoób przez rok za 1800 € miesięcznie.

Po bardzo wysokim kursie do strefy euro weszła Słowacja i sygnały jakie docierają są mało optymistyczne, tą gospodarkę trzeba obecnie uważnie obserwować i uczyć się na błędach sąsiadów.

Jest jescze inny istotny element. W każdym społeczeństwie istnieje pewien system przywilejów: emerytury, renty, gwarancje zatrudnienia. Ze względów historcznych, ten system jednostronnie wspiera ludzi starszych, i był zaprojektowany, gdy było ich niewielu. Obecnie, system ten z jednej strony nijak nie przystaje do rzeczywistości ale jednocześnie nie można go formalnie zmienić. Rozwiązaniem było rozwadnianie waluty – z czego korzystały np. kraje południowej Europy. Gdy obecnie nie mogą tego robić, będą albo zmuszone do formalnego ograniczanie przywilejów albo grożą im bunty ze strony warstwy poszkodowanych – co powoli zaczyna się  w Grecji.

Literatura:
http://www.stat.gov.pl/gus/5840_1377_PLK_HTML.htm
http://www.mf.gov.pl/_files_/dlug_publiczny/zadluzenie/publikacjezsfp_2008_iv.pdf

 

Tagi: deficyt, bezrobocie, euro


2009-04-24 15:24
 Oceń wpis
   

Kilka moich poprzednich wpisów było opartych na koncepcji, że nie ma nic bardziej destabilizującego, niż przeciągający się okres stabilizacji. Naturalną tego konsekwencją jest, że nic tak nie stabilizuje, jak powszechne przygotowanie do turbulencji.

W połowie lutego, Wig20 uderzył o minimum na poziomie 1325 pkt. Oczywiście wszyscy czytelnicy tego bloga obkupili się wtedy pod korek :-)) mimo to spodziewam się, że duże grono inwestorów dało się zaskoczyć dynamicznym wzrostom. Inwestorzy ci spodziewają się jeszcze spadków, planując ciężkie zakupy w okolicach Grunwaldu albo i pod Płowcami. Mają też na to wolne środki – są przygotowani na turbulencje.

Być może prawdziwe dno rzeczywiście jeszcze przed nami, ale może być i tak, że z globalnej gospodarki zaczną płynnąć pozytywne informacje, i nie da się już w inwestorach wzbudzić paniki. Gdy nadzieja na nowy Chrzest Polski zacznie topnieć, to już nie Płowce, Grunwald i Wiedeń będą postrzegane jako okazja, ale każda solidna korekta. Gdy każda "promocja" będzie okazją do zakupów, będziemy mieli stabilny wzrost, bez głębszych korekt. Wzrost ten będzie dyskontował normalizację w globalnej gospodarce i może zaprowadzić Wig20 na, powiedzmy, 2400 pkt.



Na wykresie widzimu, że w taki właśnie sposób z poprzedniej bessy wyszedł index S&P500,  w rok, praktycznie bez korekty urósł z 800 na 1150 punktów.  WIGi w ostatniej fazie hossy (2005-2007) zachowywały się bardzo podobnie to indexów amerykańskich podczas hossy późnych lat 90'tych. Być może wychodzenie z bessy   również będzie podobne. Trzeba jednak zaznaczyć, że od szczytów nasdaqa w 2000 r. do szerokiego wzrostu w marcu 2003, minęły 3 lata.

Ten scenariusz ma też pesymistyczny wariant. S&P500 po szybkim osiągnięciu 1150 pkt, przez następne lata wzrósł jedynie o 30%. Jeżeli taki sam scenariusz ma być rogrywany w Warszawie, ozancza to, że obecnie mniej-więcej połowę prawdziwej hossy mamy już za sobą.  Gdy przy 2400 zakończenie kryzysu zostanie oficjalnie odgwizdane, zarobić dadzą już jedynie wybrane spółki, które przedstawią inowacyjne porftfolio produktów.
 

Tagi: inwestowanie, rymowanka


2009-04-18 10:05
 Oceń wpis
   

W tym tygodniu mineły dwa lata od rozpoczęcia bessy na GPW. Bessy rozumianej w sensie szczytu cen akcji modnego sektora, którym wtedy była deweloperka. Apogeum zbiegło się z ogłoszeniem, że Polska stanie się współorganizatorem Euro2012.  Kluczowe jest, że po tym szczycie nie pojawił się żaden inny modny sektor, wiemy to oczywiście dopiero z perspektywy czasu. Prawidziwa bessa, czyli spadki na głównym  rynku rozpoczęły się pół roku później.



Początkowo spadek kursu akcji firm deweloperskich dyskontował sprowadzenie na ziemię obietnic o kolonizacji Księżyca i Alfa Centauri. Potem spadki zaczęły przyśpieszać, dyskontując kryzys finansowy, załamanie popytu na mieszkania i ich nadprodukcję.




Bardzo podobnie wyglądała sytuacja w 2000 r. w USA. Nasdaq osiągnął swoje maksimum w kwietniu 2000 r. podczas gdy S&P500 trzymał fason do października, DJIA bił nawet rekordy.




Widzimy przy tym wychodzenie z bessy. Nasdaq bardzo szybko powędrował na 2000, praktycznie w kilka miesięcy się podwoił. Podczas następnych lat hossy dotarł do 2800. Czyli zyskał 40% w cztery lata. Podobnie było z S&P500, po osiągnięciu dna rósł szybko praktycznie bez korekty w kilka miesięcy, a reszta hossy była mizerna.  Centrum zainteresowań przesunęło się na rynki wschodzące i surowcowe, w tym do Polski.

Istnieje ogromne podobieństwo między giełdą w Polsce obecnie a giełdą w USA siedem lat temu. Więc jeżeli historia ma się rymować, oznaczało by to, że kto przegapi pierwszy rajd, nie będzie miał już większej możliwści zarobku na szerokim rynku. Przełożeniem scenariusza amerykańskiego z poprzedniej bessy na Polskie poletko oznaczałoby szybką wycieczkę w kierunku 2400 pkt na Wig20 a później długą hossę, aż do 3500 punktów.

Tagi: bessa, hossa, euro2012


2009-04-13 18:14
 Oceń wpis
   

Hossa polega na tym, że każda informacja jest powodem do wzrostów, tak samo jak w bessie każda informacja jest powodem spadków. Informacje "powodujące" wzrost (spadek) mogą być całkowitą fuszerką intelektulną, ale kopanie się z głównym trendem prowadzi do strat.

Ilustracją tych rozważań jest artukuł  "Siedem symptomów końca kryzysu" zamieszczony na łamach dziennika "Polska" i przedrukowany na stronch internetwych pozostałych gazet.  Pierwszy powód jest całkiem rozsądny, chodzi o wzrost indexów giełdowych, ale najbardziej rozbawił mnie powód ostatni:

7.Rośnie sprzedaż dużego sprzętu AGD - sprzedaż pralek, lodówek i zmywarek w styczniu i w lutym zwiększyła się o 2 proc. w porównaniu do tego samego okresu ubiegłego roku.

By komizm tego punktu zilustrować, zrobiłem wykres dynamiki sprzedaży detalicznej kategorii "AGD RTV i meble"  rok do roku z danych GUSu.




dynamika sprzedaży w kategorii AGD/RTV i meble, dane GUS


Pierwszy słupek przedstawia dynamikę w całym 2007 r., wynosiła ona 25%, następne słupki przedstawiają dynamikę w kolejnych miesiącach poczynając od stycznia 2008 r. Widzimy, że od lutego 2008 r., gdy dynamika wynosiła 35%, rozpoczął się lot koszący. Jeszcze w grudniu 2008 dynamika wynosiła 9%, a w styczniu 2009 3.5%. Obecny wynik jest najgorszy z prezentowanych i nie widać tu nawet próby stabilizacji.

Ten rysunek mówi nam jednak o czymś znacznie ważniejszym. Gazeta "Polska" czuje się zobowiązana do szukania uzasadnienie ruchu indexow na giełdzie i każdy powód jest dobry. Dowiadujemy się przy okazji, że czytelnik tej gazety (i wszystkich innych które ten arytukuł przedrukowały) nie ma pojęcia ani o wskaźnikach ani o procesach ekonomicznych, a tym samym jest podatny na manipulację. Uwaga dotycząca czytelników prawopodobnie jest trafna również w odniesieniu do redaktorów.

Jaki z tego wniosek ? Wraz z ruchem indexów media będą wyszukiwały dobrych informacji, a publikowanie tych negatywnych będzie uważane za nietaktowne. Nie należy się przejmować, że informacje są naciągane, ich przesłanie jest proste: na giełdzie są wzrosty więc musi być jakiś powód.
 

Tagi: media, manipulacja, sprzedaż detaliczna


2009-04-10 14:11
 Oceń wpis
   

W raporcie rocznym firmy Berkshire Hathaway można znaleźć taki akapit dotyczący wpływu interwencji rządowych na rynek:

This unprecedented “spread” in the cost of money makes it unprofitable for any lender who doesn’t enjoy government-guaranteed funds to go up against those with a favored status. Government is determining the “haves” and “have-nots.” That is why companies are rushing to convert to bank holding companies, not a course
feasible for Berkshire.


Akapit ten był powszechnie cytowany w mediach, ale jego interpretacja, według mnie, była błędna. W mojej interpretacji, znaczy to, że banki regulowane przez FED i z dostępem do okienka dyskontowego, mogą zarabić na udzielanych kredytach więcej niż kiedykolwiek w historii. Koszt pieniądza dla tych banków wynosi ok. 2%, w sytuacji, gdy solidne firmy przemysłowe emitują obligacje z kuponem 7-8%.

Dla przypomnienia, w czasach rekordowo niskiej percepcji ryzyka, rozpiętość między stopami procentowymi bonów skarbowych a spółek o nie do końca zdrowych bilanasach spadała nawet do 1%. Tak samo niskie bywały też marże kredytów hipotecznych w Polsce.

W tym miejscu warto wspomnieć, że banki np. Citigroup są tanie jak nigdy w historii. Być może spółka ma niewiarygodny bilans i będzie drukowała nowe akcje, ale dyskont względem wartości księgowej jest spory, wynosi 90% (czyli kupujemy dolara za 10 centów). Technicznie, cena Citigroup chce się wybić z trendu spadkowego:

 


Pierwsze, fałszywe wybicie nastąpiło 3 tygodnie temu, a obecnie kurs znajduje się na nowej lini trendu. Wybicie się ponad tą linię może zaowocować odrobieniem przynajmniej części strat od szczytu. Patrząc z innej perspektywy, kurs skonsolidował się wokół średniej 50-cio dniowej i jest obecnie popychany w górę przez średnią 20-sto dniową.

 


Jeżeli bank ten wyprostuje bilans i będzie czerpał profity z taniego finansowania, w średnim terminie można spodziewać się wzrostu kursu liczonego w setkach procent.

Warto przy okazji powrócić do oryginalnego cytatu. Polskie banki udzielające kredytow walutowych nie mają dostępu do taniego kredytowania, więc fatalne wyniki jakie zaczną wkrótce pokazywać nie powinno nikogo dziwić. Najgorszych wynikow można oczekiwać po bankach, które udzialały najwięcej kredytów we franakch i miały krótkoterminowe finsnowanie.

Tagi: inwestowanie, banki, citigroup


2009-04-09 18:42
 Oceń wpis
   

Giełda i rynki finansowe, z natury swej mają charakter wykładniczy, dlatego właściwa jest prezentacja wykresów w skali logarytmicznej. Dzisj warto jednek narysować index WIG20 w skali liniowej. W tej skali Wig20 przełamał linię bessy, która na tym indexie rozpoczęła się w październiku 2007 r.



Potwierdzeniem przełamania ducha bessy będzie pokonanie lini w skali logarytmicznej. Jest ona na poziomie ok. 1900 pkt.



Widzimy też, że znesienia harmoniczne, poprowadzone do minimum bessy układają się w ważnych punktach – osiach konsolidacji i miejscach załamań. Można więc uważać że minimum jest prawdziwym minimum, niezależnie czy będziemy je jeszcze odwiedzać by uformować podwójne dno.

Jeżeli jest hossa to bardzo trudno fundamentalnie prognozować gdzie może nas ona zaprowadzić, gdyż Polska gospodarka jest niezmiernie podatna na cykl boom-bust. Jednym z mechanizmów tego cyklu są kredyty w CHF wielkokrotnie dyskutowane na tym blogu.

Z szerokiego świata, dzisiaj dowiedzieliśmy się ciekawostki: Amerykanom przestały się podobać Chińskie towary. Widzimy to zarówno w spadku deficytu handlowego z $36 mld do $25 mld, z czego z Chinami z $20 mld do $14 mld, jak i mizernej sprzedaży w sklepach Wall-Mart. Być może to nic nie znacząca fluktuacja a być może początek nowego trendu. Czas pokaże.

Gdy poprzednim razem składałem czytelnikom blogu życzenia, Wig20 był na dokładnie tym samym poziomie co teraz.  Nie znaczy to wcale, że życzenie mnieszych turbulencji się spełniły. Z okazji Świąt Wielkanocnych składam te same życzenia mniejszych turbulencji. Nie tylko by ławiej było inwestować, ale też by przedsiębiorcy łatwiej mogli zaplanować rozmiar produkcji, koszty zasobów i zatrudnienie, a kredytobiorcy przyszłe ceny mieszkań i wysokości rat.

Tagi: inwestowanie, święta, wig20


2009-04-05 09:26
 Oceń wpis
   

Optymizm, o którym pisałem tydzień temu został potwierdzony. Szeroki rynek, index S&P 500,  solidnie pprzetestował od góry średnią 50-cio dniową i zaatakował średnią 100 dniową. Oznacza to dwie rzeczy: po pierwsze na średniej 50-cio dniowej jest więcej zleceń kupna niż sprzedaży, a po drugie, inwestorzy zostali przekonani, że ustawienie zlecenia kupna na tej średniej jest zyskowną strategią. Będzie miało to znaczenie gdy średnia ta zacznie rosnąć, i tym samym popychać w górę index.

 


Do kolejnego przyczułka, średniej 200 dniowej, jest dłuższy kawałek drogi. Możliwe są różne scenariusze: dłuższa kolsolidacja w okolicy średniej 100 dniowej na poziomie 850 punktów, albo wzrost a potem testowanie średniej "z większej prędkości".

Ten tydzień należał do producentów samochodów. W czwartek i piątek wycena ich akcji rosła jak na drożdzach, dając sumaryczne wzrosty o 25%. Trzeba wspomnieć, że przemysł samochodowy dostał podwójne lanie. Po pierwsze, poprzednia hossa była surowcowa, drożały zarowno surowce do produkcji a przede wszystkich ekspoloatacji samochodów, co obniżało rentowność produkcji. Gdy ceny surowców spadły, rozpoczęła się ostra faza kontrakcji kredytowej. Z jednej strony ograniczyło to sprzedaż, a dodatkowo spowodowało spadek wartości samochodów leasingowanych, które produceni samochodów mają w swoich bilansach.

Niestety nie udało mi się tu zgromadzić wszystkich wykresów, predstawię więc tylko kilka najbardziej charakterystycznych. Bardzo mocno zachował się BMW, który jest już wyraźnie powyżej średniej 200 dniowej.  Być może jest to zasługa strategii firmy "Premium and nothing else" – czyli po Polsku, nie robienia głupot. Wyraźnie średnią 200 dniową przebiła też Honda. (na wykresie firm Niemieckich nie ma zaznaczonego ostatniego dnia)



Pare głupot dekadę temu zrobił Daimler i od jakiegoś czasu stara się z nich wyplątać. Nad kursem ciąży cały czas 20 % udział w Chryslerze (którego wartość odpisana już jest do zera).



Do średniej 200-stu dniowej dobił Ford, który rozpoczął restrukturyzację już w 2006 r. dzięki czemu nie musi teraz wyciągać ręki po pomoc rządu. W podobnym technicznie miejscu są Fiat, Toyota i Tata Motors.



Na tym tle słabiutko wygląda GM. Wszystko wskazuje na to, że ta firma przejdzie przez bankructwo, a tym samym, jej akcje warte są zero. 



W perspektywie można powiedzieć, że rynek spodziewa się bankructwa GM, przeprowadzonego w płynny sposób, tak by nie spowodowało to zaburzeń na całym rynku.

Przemysł samochodowy jest cykliczny i wzrost cen akcji producentów samochodów może świadczyć, że inwestorzy spodziewają się ekspansji kredytowej i rozpoczęciu wzrostu gospodarczego. Tą tezę może potwierdzać, słabość sektorów defensywnych, w szczególności medycznego, który ostatni tydzień skończył pod kreską.

Tagi: inwestowanie, samochody, cykliczność


2009-04-04 14:31
 Oceń wpis
   

Pół globalnego systemu finansowego można opisać w uproszczeniu tak: Amerykanie leją benzynę do baków, tym samym przelewając 300 mld usd rocznie na konta krajów produkujących ropę, te kraje, za uzyskane pieniądze kupują amerykańskie obligacje skarbowe. Tematem "drugiego pół" są oczywiście Chiny.

Teraz, wraz ze spadkiem ceny ropy, kraje ją produkujące nie będą już miały pieniędzy na zakup amerykańskich obligacji skarbowych. Z tego płynie prosty wniosek, że na te obligacjie nie będzie popytu, czego następstwem będzie niewypłacalność USA.

To rozumowanie pomija jeden drobny szczegół. Wraz ze spadkiem cen ropy amerykańscy konsumenci mogą sami kupić obligacje. Raport  GDP za 4q2008 mówi, że ludność wypracowała 340 mld usd nowych oszczędności (w ujęciu rocznym), podczas gdy poprzednio oszędności były o rząd wielkości mniejsze. 

Jeżeli kraje zachodu będą prowadziły rozsądną politykę energetyczną – czyli politykę stałego wzrostu wydajności energetycznej dzięki technologii, ropa pozostanie tania. Tania ropa zmusi kraje ją produkujące do konsumpcji rezerw walutowych, co potrwa przynajmniej kilka lat. Później jedynym rozwiązaniem będzie zwiększenie produkcji ropy. Konsekwencją tego będzie dalszy spadek jej ceny i znaczne wzmocnienie dolara, a efektem ubocznym będzie też zapewne rozluźnienie polityki energetycznej. W myśl teori Kondratieva cały cykl może potrwać 22 lat.


Deficyt handlowy

 


 

Uzupełnieniem i ilustracją do tych rozważań może być amerykański deficyt handlowy. Rósł on systematycznie od połowy lat 90-tych, maksimum zostało osiągnięte w 2006 r. po czym następowała stopniowa poprawa, mimo bijącej rekordy ceny ropy. Gdy ta spadła, defict zmalał o połowę, do ok. 35 mld usd miesięcznie, co stanowi ok. 3% GDP (miesięcznego). Dla porównania, w Polsce deficyt handlowy za 2008 r. wyniósł, jak podaje Eurostat, 24.6 mld euro. Przy zeszłorocznych kursach walutowych daje to ponad 80 mld zł, co stanowi ok. 7% GDP. Warto w tym miejscu wpomnieć, że u progu ogromnego rozwoju Polski, w 2005 r., deficyt handlowy spadł w Polsce poniżej 3 mld usd (wykres na podstawie danych GUS).

 


 

Tagi: ropa, dolar, złoto, deficyt handlowy