O mnie
 
Ideą tego blogu jest przedstawienie długoterminowych trendów i procesów na rynkach kapitałowym, towarowym i walutowym. Szczególny akcent jest położony na powiązania między tymi rynkami.




Najnowsze komentarze
 
2017-08-21 13:11
Monika1243 do wpisu:
Przeprowadzka
Szkoda, że się przeprowadziłeś z tego bloga, miał dobrą historię. To dzięki tobie zaczęłam[...]
 
2016-07-22 20:37
magowsicka do wpisu:
Co zrobi FED ?
ja uważam że super sposoby na dodawanie statystyk do wordpress opisany jest w tym poradniku[...]
 
2016-01-10 14:49
synonim nielogo do wpisu:
Pora na Świętego Mikołaja
jak tam zyski na opcjach call na S&P500 ze Strikem 2100 i 2200? Naprawdę trzeba być[...]


Kategorie Bloga
 
Ogólne
 
Ulubione
 




Wykres Tygodnia

wykresyGieldowe

2010-05-31 16:42
 Oceń wpis
   

Jest jeden element poprzedniego kryzysu który chyba umknął uwadze mediów. Jest to element natury filozoficznej. Co jest bardziej rzeczywiste -- wysokość kredytu jaki mam, czy wysokość odsetek.

Z jednej strony naturalną odpowiedzią jest wysokość kredytu … Ale dla normalnie pracującego człowieka, realnym zjawiskiem jest comiesięczna wypłata. W takim układzie realnym zjawiskiem jest też wysokość odsetek.

Ale, ale. To że ktoś ma kredyt oznacza, że ktoś inny ma oszczędności w banku. Czy ten kto ma oszczędności za realne uważa wysokość oszczędności czy comiesięczne odsetki ? Tutaj każdy myśli, że realny jest stan konta, niezależnie ile zysku generuje. Gdy stopy procentowe są spore, powiedzmy na poziomie 10%, ten dualizm nie ma wielkiego znaczenia, gdy stopy spadają do 5%, 2%, 0%, staje się on coraz bardziej istotny.

Gdy inflacja (w sensie CPI i stóp procentowych w tym wpisie) spada, spada też koszt kredytu. W pierwszym przybliżeniu, jeżeli co miesiąc mamy luźne 1500 zł i stopy procentowe wynoszą 10%, wtedy możemy kupić mieszkanie za 180 tyś zł. (spłacając same odsetki). Jeżeli inflacja spadnie do 5%, możemy kupić mieszkanie  dwa razy droższe, za 360 tyś zł. Czyli spadek inflacji o połowę często oznacza dwukrotny wzrost cen aktywów.

Obecnie oprocentowanie kredytów (we franku) wynosi około 4%.  Więc, osoba z lekkim 1500 zł miesięcznie może kupić mieszkanie za 450 tyś.  Czyli w zasadzie każdy rozsądnie zarabiający człowiek może sobie na 450 tyś kredytu pozwolić.

Tyle, że właśnie się to zmienia. Za sprawą rekomendacji T, by dostać kredyt walutowy, wymagany będzie 20% wkład własny. O ile 1500 zł miesięcznie to niewiele, to 90 tyś zł na ręku, to już całkiem sporo. Trzeba będzie je wcześniej oszczędzić, jednocześnie płacąc za wynajem mieszkania.

Za sprawą kredytów walutowych w 2004-2005 roku nastąpiła zmiana percepcji rzeczywistości, od realności całego kredytu do realności raty. Efektem tej zmiany percepcji był boom kredytowo-budowlany. Teraz ten proces może przebiegać w przeciwnym kierunku, od realności raty, do realności wkładu własnego.

Tagi: giełda, inwestowanie


2010-05-30 10:20
 Oceń wpis
   

Jest to kluczowe w tym momencie pytanie. Czy to co obserwujemy, to korekta, a więc cykliczne ograniczenie zakupów akcji i dóbr, na które popyt powróci ze zdwojoną siłą w następnym miesiącu, czy jednak  bessa, czyli strukturalny spadek aktywności gospodarczej, który potrwać może długie miesiące.

Technicznie rzecz ujmując można powiedzieć, że podczas korekty w trendzie wzrostowym, kurs indexów nie powinien na trwałe spadać poniżej średniej 200-stu dniowej. Zróbmy mały przegląd.

 

 

Najważniejszy index, S&P500 jest pod linią trendu, która przypada na poziomie osi konsolidacji (formacji murów obronnych) z listopada. Jeżeli S&P500 dość szybko nie upora się ze znacznym wyjściem powyżej 1100 punktów, może się zrobić mniej wesoło.

 

 

 

 

Dobrze wygląda DAX, Nasdaq oraz krajowy Wig20.

 

 

Ale już Wig20usd dobrze nie wygląda. Index ten spadł znacząco poniżej średniej 200-stu dniowej. Być może oznacza to rozwój gospodarki i wzrost na giełdzie, ale w słabnącej systematycznie walucie.  Patrząc historycznie, tak właśni wyglądała hossa technologiczna z późnych lat 90-tych.

 


Co mówią fundamenty ?

Wraz z raportem o GDP, Amerykańskie Biuro Analiz Ekonomicznych opublikowało zyski korporacji. Są to zyski ekonomiczne, które mają luźny związek z zyskami papierowymi publikowanymi przej pojedyncze firmy,  ale w ogólnym rozrachunku wynik powinien się zgadzać.

 

 

Widzimy, że zyski wynoszą 1350 mld usd w ujęciu rocznym, podczas, gdy pod koniec lat 90-tych było to około 550 mld usd. Gdy indexy pierwszy raz osiągnęły obecne poziomy w drugiej połowie lat 90-tych, zyski, choć systematycznie rosnące były trzykrotnie niższe niż obecnie. Sugeruje to, że spółki są cały czas solidnie niedowartościowane.
 

Tagi: giełda, inwestowanie


2010-05-28 12:19
 Oceń wpis
   

Prof. M. Belka został oficjalnym kandydatem do fotela szefa NBP. Chyba najważniejszym jego zadaniem będzie odzyskanie zaufania kredytobiorców do NBP.

W 2004 roku, gdy Polska weszła do Unii Europejskiej Polacy zrezygnowali z usług NBP i zaczęli zaciągać kredyty hipoteczne we frankach szwajcarskich. Tak rozpoczęła się hossa kredytowo-budowlana podczas której kwota kredytów hipotecznych wzrosła z 33 mld zł do 150 mld zł, z których szybko zrobiło się 200 mld zł po załamaniu się bańki na złotówce.

Prof. Belka jest przeciwnikiem nadmiernego przepływu płynnego kapitału do gospodarek rozwijających się. Czy może innymi słowy, rozumie że przepływy te mogą mieć destabilizujący charakter i prowadzić do mocniejszego cyklu wzrostu i załamania.  Za elementy kontroli przepływów finansowych, na swoim blogu, podaje politykę monetarną, fiskalną jak i ograniczenie kredytów w walutach obcych.

By osiągnąć ten ostatni cel nie wystarczą nakazy i zakazy -- NBP musi odbudować zaufanie kredytobiorców. Kredytobiorcy muszą mieć poczucie, że ryzyko wzrostu stóp procentowych jest niższe niż ryzyko walutowe. Dopiero wtedy decyzje zaostrzenia lub rozluźnienia polityki pieniężnej przez NBP będą dawały "książkowy" efekt.

Tagi: giełda, inwestowanie


2010-05-27 15:47
 Oceń wpis
   

Podatek od zysków kapitałowych został wprowadzony na przełomie 2001 i 2002 roku przez Ministra Finansów prof. Belkę. Piszę o tym teraz, gdyż prof. Belka jest nieoficjalnym kandydatem na szefa NBP.

Podatek ten był próbą załatania dziury budżetowej spowodowanej dwoma szaleństwami. Pierwszym szaleństwem były rządy Buzka i jego cztery reformy zrobione "na pałę". Bez planu, bez zastanowienia, ale z Eureko. Drugim szaleństwem była polityka monetarna.

Na wykresie zaczerpniętym z tego blogu widzimy inflację i stopy procentowe. W 2000 roku inflacja osiągnęła lokalny szczyt na poziomie 10% i zaczęła spadać w okolice 3% pod koniec 2001 roku, i aż do progu deflacji w 2002-2003 roku.

 

 

W tym czasie stopy procentowe były o 10% wyższe niż inflacja w 2000 roku, i o 8% w momencie wprowadzenie podatku Belki. Sytuacja wyglądała tak -- z jednej strony był ogromny deficyt budżetowy (tak zwana dziurą Bauca) i wysokie, kilkunastoprocentowe bezrobocie. Z drugiej, trzymanie pieniędzy na lokacie dawało realny zysk 8% rocznie. Żaden inny biznes nie dawał takiego zwrotu na kapitale w tych ciężkich czasach (podobnych do obecnej recesji) . I ten właśnie biznes nie był w żaden sposób opodatkowany.

Opodatkowanie najbardziej zyskownego, a dodatkowo nie generującego miejsc pracy biznesu było zupełnie naturalnym posunięciem. Problemem jest tylko nazwa. Ten podatek warto by nazwać nie od nazwiska osoby która go wprowadziła, ale od nazwisk osób, które go wymusiły -- ówczesnych władz monetarnych.
 

Tagi: giełda, inwestowanie


2010-05-20 12:02
 Oceń wpis
   

Największy wzrost nowych kredytów walutowych był latem 2008 roku, dokładnie na samym szczycie siły złotego.  Jest to przedstawione na wykresie zaczerpniętym z innej strony (tutaj) a opracowanym z danych NBP.

 

 

Oznacza to, że spora część kredytów była zaciągana po franku w okolicy 2 zł. Obecnie jego cena wynosi 2.9 zł. Oczywiście można uważać, że to jedna wielka spekulacja, i po unormowaniu sytuacji złotówka znowu pokaże siłę. Biorąc jednak pod uwagę długą konsolidację franka w okolicy 2.6, ciężko uważać by spadł na długo poniżej tej ceny.

 

 

W tej perspektywie straty kursowe należy uznać za realne. Przynajmniej do poziomu 2.6 zł za chf. Jeżeli ktoś kupił w 2008 roku typowe mieszkanie w Warszawie, czyli 2 pokoje za cenę w okolicy 400 tyś zł jest na dzisiaj stratny na kredycie na 180 tyś zł.  Przy średniej pensji w kraju na poziomie 3 400 zł, oznacza to stratę na 50 pensji, czyli cztery i pół roku. Jeżeli ktoś jest optymistą, i za realne uważa jedynie tylko do konsolidacji, to może je odpracować brutto w jedynie trzy lata.

Tagi: giełda, inwestowanie


2010-05-14 10:07
 Oceń wpis
   

Ostatnie dwa tygodnie obfitowały w strategiczne wydarzenia. Przede wszystkim, zmieniły się zasady funkcjonowania Europejskiego Banku Centralnego, który teraz może skupować na rynku wtórnym obligacje mniej wiarygodnych państw. Jest to faktyczna monetaryzacja długu czyli po ludzku dodruk pieniądza. Być może w perspektywie manipulacji monetarnych ze strony Chin, oraz bezwładu reformatorskiego było to konieczne posunięcie. Euro już od prawie pół roku traci wartość względem dolara i wyrysowało trzy fale spadkowe.

 

 

Bankructwo Grecji mogłoby wywołać zatrzymanie krążenia pieniędzy czyli deflacyjną recesję, jak po upadku Lehmana. By uniknąć zagrożenia, złamany został zabraniających bailoutów Traktat Lizboński i powołany został fundusz ratunkowy. Perspektywa bankructwa została zatrzymana, co może być teraz powodem technicznego wzrostu euro  (taka była reakcja pierwszego dnia) jednak  średnio-terminowo, nie ma powodów do umocnienia się Europejskiej waluty.

 

 

Pierwszym wygranym poluzowania mogą być Niemcy. Tej kraj głęboko zreformował się w latach 2002-2004 i ma silne, konkurencyjne spółki z dużym elementem eksportu. Patrząc na wykresy, widzimy, że DAX jest praktycznie na lokalnych szczytach a producenci samochodów są na zdecydowanych, rocznych maksimach. Dla przykładu kurs BMW:

 

 

Polska

W Polsce najważniejszy jest kurs franka. Frank wybił się z półrocznego trendu bocznego górą, i może być to początek dłuższej fali wzrostowej. Połączenie silnego franka ze słabym euro nie jest dla Polski szczególnie korzystne. Oznacza to z jednej strony wyższe raty kredytowe ale też i brak impulsu eksportowego.

 

 

Zaletą słabego euro jest to, że zadłużenie zagraniczne Skarbu Państwa jest denominowane głównie w tej walucie. Jego spadek częściowo chroni więc przed przekroczeniem  konstytucyjnego progu zadłużenia, za którym szły by radykalne cięcia w wydatkach centralnych.




 

Tagi: giełda, inwestowanie


2010-05-05 10:54
 Oceń wpis
   

Wybór między B. Komorowskim a J. Kacyzńskim dla większości wyborców jest oczywisty.  Jednak wybór między B. Komorowskim a A. Olechowskim już tak oczywisty nie jest, dlatego tutaj może być cały cymes rozpoczynającej się kampanii.

B. Komorowski ma formalne poparcie Platformy i przewagę w sondażach, ale czym jest on konkretnie lepszy od A. Olechowskiego ? Przez ostatnie dni B. Komorowski udowodnił jedynie, że jako jedyny nie potrafi odczytać myśli opozycji. Dla przykładu, V. Rostowski jeszcze ustawy nie napisze, a już wie, że zawetowałby ją ś.p. Prezydent, Pan Komorowski zupełnie inaczej -- stwierdził, że nie znał intencji ś.p. Prezydenta w sprawie ustawy o IPN, ta której temat ś.p. Prezydent się wypowiadał i przygotowywał już nawet odpowiednie dokumenty.

W swojej wypowiedzi pan Komorowski wykazał się przede wszystkim drewniactwem.  Drawniactwem dlatego, że znalazł najprymitywniejszy argument dlaczego podpisał tą ustawę. Tłumaczenie, że gdyby prezydent chciał to by tę ustawę, którą otrzymał 9 kwietnia, skierował  do Trybunału Konstytucyjnego urąga inteligencji słuchaczy.

Zadaniem B. Komorowskiego, było przekonanie, że nie zastępuje on tragicznie zmarłego prezydenta ale pełni funkcję prezydenta jako samodzielny polityk i choć zna zamierzenia poprzednika podejmuje decyzję według własnej orientacji politycznej. Tego zadania B. Komorowski nie podołał.

A. Olechowski już raz oczarował wyborców, podczas kampanii dekadę temu, i z tego elekotoratu właśnie powstała Platforma.  Podczas starcia B. Komorowskiego w telewizji z A. Olechowskim nie ulega wątpliwości kto oczaruje publiczność …

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2010-05-04 11:34
 Oceń wpis
   

Od dłuższego czasu jestem sceptycznie nastawiany do Chińskiego wzrostu gospodarczego. Formalnie wszystko wygląda fajnie -- szybki wzrost gospodarczy napędzany inwestycjami. Mam jednak poważna zastrzeżenia co do użyteczności tych inwestycji, pustych miast, kupowanych, by z zyskiem sprzedać.  Niepokoi też skala akcji kredytowej,  w zeszłym roku na poziomie 30% PKB.

Taki rozwój nie może trwać wiecznie, a wszystko co nie trwa wiecznie kiedyś się kończy. Być może zbliżamy się do końca pewnego etapu w Chińskiej gospodarce.

 

 

Chińska giełda, zachowuje się nadzwyczaj słabo. Na rysunku widzimy,  że hossa zaczęła się tam wcześniej, ale od ośmiu miesięcy nie było nowego, lokalnego szczytu. Index spadł poniżej średniej 200-stu dniowej. Przebicie linii lokalnego dołka może być poważnym sygnałem odwrotu, być może wstępem do testowania dna z końca 2009 roku.

 

 

W perspektywie widzimy, że krańcowe przewartościowanie aktywów w 2007 roku cały czas ciąży nad Chińską gospodarką. Index nie poradził sobie z 38% zniesieniem harmonicznym, a narysowana przez mnie linia powrotu bessy wypada na pierwszym zniesieniu harmonicznym.

Załamanie inwestycji w Chinach  rozejdzie się szerokim echem po całym świecie. Choć z duża pewnością można powiedzieć, że wywoła to spadek cen surowców, pozostałe konsekwencje trudno przewidzieć. Z Polskiego punku widzenia są dwa ogniska zapalne: pierwszy to miedź a drugie to możliwe spowolnienie gospodarcze w Niemczech -- największego eksportera do Chin a przy okazji naszego największego partnera handlowego.

 

Tagi: giełda, inwestowanie