O mnie
 
Ideą tego blogu jest przedstawienie długoterminowych trendów i procesów na rynkach kapitałowym, towarowym i walutowym. Szczególny akcent jest położony na powiązania między tymi rynkami.




Najnowsze komentarze
 
2017-08-21 13:11
Monika1243 do wpisu:
Przeprowadzka
Szkoda, że się przeprowadziłeś z tego bloga, miał dobrą historię. To dzięki tobie zaczęłam[...]
 
2016-07-22 20:37
magowsicka do wpisu:
Co zrobi FED ?
ja uważam że super sposoby na dodawanie statystyk do wordpress opisany jest w tym poradniku[...]
 
2016-01-10 14:49
synonim nielogo do wpisu:
Pora na Świętego Mikołaja
jak tam zyski na opcjach call na S&P500 ze Strikem 2100 i 2200? Naprawdę trzeba być[...]


Kategorie Bloga
 
Ogólne
 
Ulubione
 




Wykres Tygodnia

wykresyGieldowe

2010-09-18 12:14
 Oceń wpis
   

Nic tak nie destabilizuje, jak przeciągający się okres stabilizacji, nic tak nie stabilizuje, jak powszechne przygotowanie do turbulencji. Te teoria okazała się ogromnym sukcesem. Idąc dalej tym samym tropem myślenia można twierdzić, że sekularny, wieloletni trend formuje się w atmosferze miopii. Ta atmosfera jest obecnie dominująca.

Najważniejszy index giełdowy, S&P500, rysuje on obecnie bardzo ciekawe formacje na różnych skalach czasowych. Przedstawiam cztery wykresy  poczynając od skali krótkoterminowej, obejmującej formacje trwające powiedzmy 3 miesiące,  kończąc na sekularnym trendzie, trwającym dekady.

 

 

W krótkoterminowej perspektywie widzimy formację odwróconego RGR (ramię-głowa-ramię), jest to formacja zakończenia wyprzedaży rozpoczętej w połowie kwietnia. Przez ostatni tydzień kurs konsolidował się tuż pod linią szyi i tuż nad średnią 200-stu dniową (jest on na poziomie Lambdy - 1115 punktów). Klasycznie, wypełnienie formacji oRGR powinno skutkować ruchem o wielkości porównywalnym z wysokością formacji czyli w okolice ~1250. Przełamanie oporu na 1130 będzie miało kluczowe znaczenie dla najbliższych tygodni.

 

 

Patrząc na wykres w średnioterminowej perspektywie, na świecach dziennych widzimy, że wspomniana poprzednio formacja oRGR była związana z walką ze średnią 200-stu dniową (kolor czerwony). Najciekawiej wygląda średnia 500-set dniowa (kolor niebieski). Jak widzimy, to wokół niej była konsolidacja z listopada poprzedniego roku, była ona też wsparciem podczas ostatniej wyprzedaży.

Możemy dostrzegać pewną analogię dynamiki średnich. Latem 2009 roku index przetestował od góry spadającą średnią 200-stu dniową, po czym nastąpił zdecydowany ruch w górę. Obecnie index przetestował od góry spadającą średnią 500-set dniową. Konsolidacja jest dłuższa, tak jak dłuższy jest okres uśredniania. Jeżeli ta analogia jest poprawna zobaczymy teraz, powiedzmy roczny, ruch w górę o zasięgu kilkuset punktów.

 

 

Długoterminowo, na świecach tygodniowych, widzimy bliskość średnich 200-stu i 500-set tygodniowych. Tych średnich nie wolno lekceważyć, jak widzimy, przełamanie średniej 500-set tygodniowej zapoczątkowało lawinę. W przypadku wzrostu indexu, średnie te będą stanowiły solidny opór.

 

 

Na wykresie sekularnym, na świecach miesięcznych widzimy, że S&P500 od czterech miesięcy konsoliduje się ponad średnią 200-stu miesięczną. Obrona tej średniej wpisuje się w sekularny trend wzrostowy. Okres od wiosny 2000 roku do wiosny 2009 roku jest okresem przejścia od krańcowego przeinwestowania, do krańcowego niedoinwestowania.

Przy okazji mała ciekawostka. W grudniu 1996 roku Alan Greenspan wspomniał o excessive exuberance, o nadmiernym wzroście na giełdach. W następne trzy lata S&P500 podwoił się, by wiosną 2009 roku powrócić do dokładnie tego punktu, w którym szef FED wspomniał o przesadzie.  

Kontrariańskie podejście

Według mnie, giełda znajduje się obecnie w kluczowym miejscu, na początku nowej fali sekularnego trendu. Nie chodzi tu nawet o to, że wrośnie lub spadnie. Według mnie w najbliższych latach zdecydowanie zmieni się układ geopolityczny jak i sposób codziennego życia. Być może motorem zmian będzie wyrównanie się popytu i podaży surowców, może to wynikać z faktu, że kraje rozwijające się przejdą w mniej surowcochłonną fazę wzrostu.

Nastrój inwestorów jest obecnie bardzo krótkoterminowy. Akcje palą ręce, inwestorzy liczą na szybki ruch i sprzedają akcje. Day-trading to już obciach, emocje wzbudza tylko High-Freqency-Trading, gdzie aktywa trzymane są przez milisekundy.

Im większy entuzjazm do zbiorowej miopii tym większe prawdopodobieństwo, że formują się długoterminowe procesy giełdowe i gospodarcze. 


 

Tagi: giełda, inwestowanie


2010-09-16 21:56
 Oceń wpis
   

Kilka dni temu Premier zaproponował kwotową waloryzację rent i emerytur, jest to faktyczna rewolucja systemu emerytalnego.  System emerytalny pay-as-you-go opiera się na dwóch filarach. Pierwszy filar to umowa pokoleniowa - my utrzymujemy i kształcimy dzieci, w tym samym czasie utrzymując rodziców. Wy potem będziecie utrzymywać nas i swoje dzieci. System jako całość opiera się na stabilności lub nawet ekspansji demograficznej.

Drugi filar to model ubezpieczeniowy. Moja emerytura zależy od tego ile konkretnie wpłacałem przez lata pracy. Zauważmy, że choć cały system opiera się na umowie pokoleniowej, indywidualna emerytura z tą umową nie ma żadnego związku. I to jest główny problem systemu pay-as-you-go.

Są dwie, może trzy, drogi wyjścia. Wyjście numer jeden to przejście na całkowity model ubezpieczeniowy, czyli coś w stylu OFE. Wyjście to jest pozorne, gdy głównym elementem inwestycji OFE są obligacje państwowe. W praktyce sprowadza się to do pay-as-you-go.

Wyjście numer dwa, to naliczanie emerytury na podstawie zarówno wpłacanych składek oraz wywiązywania się z umowy społecznej. W praktyce oznacza to dodatkową emeryturę za posiadanie i wykształcenie dzieci, lub jeszcze lepiej, zwrot  co miesiąc części składek w zależności od liczby posiadanych dzieci. Ten drugi model wydaje się być atrakcyjniejszy, gdyż zachęca osoby o wyższych dochodach do posiadania dzieci. Daje też pieniądze ludziom do ręki tu-i-teraz kiedy ich faktycznie najbardziej potrzebują.

Wyjście numer trzy, to system oparty o model pomocy społecznej. Każdy emeryt dostaje taką samą, niewielką emeryturę, niezależnie od tego ile wpłacał składek. Model taki funkcjonuje bodajże w Szwajcarii.  Umawiamy się, że powiedzmy 10% PKB idzie na emerytury, więc każdemu emerytowi wypłacamy odpowiednią kwotę. W Polskich warunkach, przy 10% procentach, byłoby to ok. 1300 zł miesięcznie.

W Polsce, model ten ma dodatkowe zalety w związku z przeszłością w innym systemie. Ludzie którzy PRL tworzyli, dostają dzisiaj wysokie emerytury, a ci którzy go obalali, ku pożytkowi wspólnemu, dostają niewiele.

Oczywiście model trzeci trzeba uzupełnić możliwością oszczędzania pieniędzy z odwleczonym opodatkowaniem, coś w stylu amerykańskiego 401k czy polskiego IKE.

Mi osobiście najbardziej podoba się model drugi i trzeci. Ten trzeci model może pójść jeszcze dalej. Tak jak wydajemy 10% PKB na utrzymanie emerytów (na których deficyt nie narzekamy …) tak wydawajmy też 10% PKB na dzieci. Na urodzenie, wychowanie i wyedukowanie przyszłego pokolenia.

Tagi: giełda, inwestowanie


2010-09-12 09:32
 Oceń wpis
   

W piątek Ministerstwo Finansów podało stan zadłużenia Sektora Finansów Publicznych (SFP) na koniec II kwartału 2010 roku. Zadłużenie wynosiło 721 mld zł i wzrosło o 32.6 mld zł w 3 miesiące, 51.3 mld zł od początku roku i o ok. 200 mld zł od początku kadencji. W dwa i pół roku rząd Tuska powiększył zadłużenie SFP o 40%.

Coraz więcej zadłużenia zagranicznego


Znacząco pogorszyła się struktura długu. W stosunku do nierezydentów dług wzrósł w pól roku o 46 mld zł. Obecnie nierezydenci trzymają 41% Polskiego zadłużenia, wobec 37% na początku roku. Jest to niebezpieczne zjawisko.

Gdy dług trzymają rezydenci, przyszłe wypłaty odsetek pozostają w kraju i są po pierwsze bazą podatkową a po drugie działają w lokalnej gospodarce. Gdy dług posiadają nierezydenci,  odsetki nie będą stanowiły bazy podatkowej. Dodatkowo zadłużanie się u nierezydentów jest mniej stabilne. W pewnym momencie mogą przestać finansować Polskę, czy to na wskutek wydarzeń krajowych czy międzynarodowych. Jak ważna jest struktura długa ilustruje Japonia, która mimo zadłużenia na 200% PKB, ale u rezydentów, jest stabilna gospodarczo. 

Szukanie skali


Czy ten wzrost to dużo czy mało ? Poszukajmy skali. Kwartalny PKB w Polsce wynosi ok. 320 mld zł, czyli zadłużenie w II kwartale 2010 roku wzrosło o 10% PKB. Dług Polski w II kwartale rósł w tempie 362 mln zł dziennie, lub 15 mln zł na godzinę.

By pokryć ten dług każdy Polak musiałby znaleźć w kieszeni luźne 850 zł. Oczywiście jest to nierealistyczne, niemowlęta znajdą 850 zł co najwyżej w kieszenie pracującego rodzica. W Polsce pracujących jest ok. 15.5 mln osób (zatrudnionych i samodzielnych) i tylko oni mogą być źródłem finansowania tego życia na kredyt. Przyrost zadłużenia w 2 kwartale 2010 wynosi 2150 zł na pracującego, czyli 715 zł na miesiąc na pracującego.

Podsumowanie

Na zakończenie trzeba dodać, że od 2009 roku Rząd zaczął manipulować z sektorem finansów publicznych, wyłączając z niego np. fundusz drogowy. Na bardziej obiektywne liczby, podawane przez Eurostat, będziemy musieli poczekać do marca. Liczby te podawane są corocznie.


http://www.mf.gov.pl/dokument.php?const=5&dzial=590&id=70512

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2010-09-11 09:39
 Oceń wpis
   

Kontynuując temat kredytów hipotecznych przedstawiam analizę możliwej polityki monetarnej w Polsce przez następne, powiedzmy, 5 lat.  Trudno na dzisiaj znaleźć argument za restrykcyjną polityką monetarną, za to można znaleźć co najmniej trzy argumenty za polityką luźną, nawet nadmiernie luźną.

1. Prezes NBP.

Pisałem wcześniej, że prof. Belka jest przeciwnikiem nadmiernego napływu kapitału do gospodarek wschodzących. Powód jest prosty. W grze pump-and-dump, w momencie rozpoczęcia się wyprzedaży nic nie da się już zrobić, działać należy wcześniej, ograniczając pompowanie waluty.

Ostatnio prof. Belka, już jako szef NBP, oficjalnie powiedział, że jest przeciwnikiem kredytów walutowych, co potwierdza moje wcześniejsze domysły na podstawie pism prof. Belki. W praktyce oznacza to, że NBP nie będzie wychodziło przed szereg w podnoszeniu stóp procentowych. Polityka monetarne będzie raczej reaktywna, by wzrosła percepcja ryzyka walutowego, a spadła percepcja ryzyka stóp procentowych. Oznacza to miękką politykę monetarną.

2. Rada Polityki Pieniężnej

RPP jeszcze nigdy nie była tak upolityczniona i tak spolaryzowana. Większość w radzie ma strona rządowa i to ona nada ton polityce monetarnej. Cele rządu są jasne – jak największy wzrost nominalnego PKB. Podkreślam, że na stabilność budżetu największe znaczenie ma nominalny, a nie realny PKB.

Po pierwsze każda złotówka wydana, to złotówka opodatkowana VATem. Złotówka zaoszczędzona opodatkowana nie jest, dlatego RPP będzie prowadził miękką politykę by zniechęcić ludzi do oszczędzania, a ułatwić konsumpcję.

Po drugie inflacja, krótkoterminowo, ogranicza deficyt budżetowy i zadłużenie.  Ceny rosną płynnie, a wydatki państwa (emerytury, renty) waloryzowane są raz do roku, co zmniejsza udział sztywnych wydatków państwa w PKB pod koniec roku. Dodatkowo, gdy nominalny wzrost PKB jest wyższy niż oprocentowanie długoletnich obligacji, stosunek długu do PKB sam spada. Budżet zyskuje, a posiadacze długich obligacji tracą.

Oczywiście oparcie stabilności budżetu na podatku inflacyjnym to igranie z ogniem. Konsekwencją może być zerwanie się inflacji ze smyczy i  "inflacyjny reset systemu". Czy to się stanie, czy nie, zależy przede wszystkim od globalnych trendów inflacyjnych. Dodatkowo ludzie mogą być mniej skłonni do kupowania długoterminowych papierów skarbowych, czego wynikiem będą wyższe realne długoterminowe stopy procentowe.

Zakładam, że RPP nie przesadzi w rozluźnianiu polityki monetarnej ale będzie prowadził politykę bardziej gołębią niż jastrzębią. Dodać trzeba, że polityka jastrzębia na dzisiaj może mieć poważne konsekwencje. Jasne już jest, że żadnych reform po stronie wydatków państwa nie będzie. Brak ku temu woli politycznej rządzącej partii. Obecnie, nawet tymczasowe spowolnienie gospodarcze wywołane jastrzębią polityką może doprowadzić do wzrostu zadłużenia ponad 55% PKB co uruchomi konieczność recesyjnych reform. Rząd i RPP będzie chciał unikną tego scenariusza za wszelką ceną.

3. Słowacja

Rok temu przekonaliśmy się na przykładzie Słowacji, że wejście do strefy euro po zbyt wysokim kursie własnej waluty trzeba odchorować. Ciężko odchorować. Czy Słowacka lekcja została zrozumiana przez polityków – nie wiem. Być może tak. W tym układzie, NBP przygotowując Polskę do systemu ERM II powinien dążyć do jak najniższego kursu złotego wobec euro. Oczywiście NBP nie może dowolnie kształtować kursu, ale może kształtować go długoterminowo, zachęcając lub zniechęcając kapitał do lokowania w Polsce. NBP może prowadzić miękką politykę monetarną właśnie po to, by złotówkę osłabiać przed wejściem do ERM II.

Podsumowanie

Wiele wskazuje na to, że przez następne lata polityka monetarna będzie raczej miękka. Jak potoczy się sytuacja zależy jednak w dużym stopniu od czynników zewnętrznych – szoków podażowych ropy lub żywności, uwolnieniu juana czy stopy oszczędności w USA.

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2010-09-07 19:43
 Oceń wpis
   

Od połowy kwietnia giełdy znajdują się pod mniejszą (DAX)  lub większą (S&P500) presją. W tym samym czasie w najlepsze trwa hossa na obligacjach.

Na wykresie przedstawiam rentowność amerykańskich obligacjach 10-cio letnich. Jak widzimy, ich rentowność spadła z 4% do 2.5%. Przeliczmy to na cenę, dla uproszczeniu przyjmując obligacje bezkuponowe. Cena wzrosła z 1/(1.04^10)=0.675 do 1/(1.025^10)=0.78, czyli o 16%. Cena obligacji wzrosła w kilka miesięcy o 16%. Przypominam, że mówimy to o najważniejszych na świecie obligacjach a nie o junk-bondach.

 

 

Ten wzrost cen oznacza, że inwestorzy nie przewidują jakiegokolwiek epizodu inflacyjnego przez następne 10 lat. Patrząc na krzywą rentowności widzimy troszkę inna historię. Rynek spodziewa się stagnacji/deflacji przez następne 2 lata a potem wzrostu gospodarczego, być może nawet dynamicznego. Mimo to, ryzyka inflacji nie ma. Albo jest mocno niedoszacowane przez rynek.

 

 

Scenariusz deflacyjny w USA sugeruje też kurs pary usdjpy. Od kilku miesięcy dolar systematycznie spada wobec jena, wygląda to prawie jakby teraz to za pożyczone dolary inwestorzy kupowali aktywa indeksowane w jenach.

 

 

Ta monotonia kursowa każe się zastanowić, czy jesteśmy w trakcie silnego trendu, czy być może jesteśmy blisko punku euforii/desperacji ?

Są trzy możliwe scenariusze. Scenariusz pierwszy, to że rynek ma rację i rentowności będą dalej spadać lub się ustabilizują. Oznacza to deflacyjną recesję lub stagnację.  Scenariusz drugi to zmiana trendu. Jest to scenariusz braku lub zakończenia drugiego (tak naprawdę trzeciego) dna recesji. Z tym scenariuszem wiązać się będą wzrosty na giełdzie.

Jest też trzeci scenariusz. Hossa na obligacjach trwa od początku lat 80-tych. Od tamtej pory rentowności spadły z 16% do 2.5% teraz, z krótkim epizodem z rentownością 2%, podczas szczytu obaw deflacyjno-recesyjnych. 

 

 

Być może pora na głębszą korektę tej hossy ? Być może pora na bessę ? Trzeba być przygotowanym na scenariusz, że za rok, dwa, trzy, dziesięcioletnią inflację inwestorzy będą wyceniali na 8% czy 10%. Są ku temu też fundamentalne podstawy. Przez ostatnią recesję amerykanie zaoszczędzili ok. 1 000 mld usd, nadmiar gotówki korporacji szacowany jest na 300-500 mld usd. Te pieniędzę wcześniej czy później trafią do obrotu, obecnie rynek sugeruje, że będzie to za dwa lata i stopniowo. Być może będzie jednak znacznie wcześniej …
 

Tagi: giełda, inwestowanie


2010-09-06 19:38
 Oceń wpis
   

Jak bumerang powraca temat kredytów hipotecznych, lepszy w złotówkach czy w walucie ? Jest to trochę decyzja czy lepiej ubezpieczyć samochód przed kradzieżą czy mieszkanie przed zalaniem, a może i obejść się bez ubezpieczenia. Paradoksalnie, to osoba która niczego nie ubezpieczyła przez wiele lat będzie chodziła najbardziej zadowolona z siebie, i zapewne najłatwiej wygra zawody w oszczędności na ubezpieczeniach. Na tym polega zabezpieczenie się przed ryzykiem, stratę rozmywamy na lata. Ale powrócimy do tematu.

 W tym wpisie staram się przedstawić ryzyka i szanse związane z trzema rodzajami kredytów - złotówkowym, walutowym oraz złotówkowym o stałym oprocentowaniu.


1. Kredyt złotówkowy indeksowany 3-miesięcznym wiborem. Przy założeniach, że stopy procentowe niewiele się różnią od inflacji, kredyt ten jest dość neutralny. Istnieją dwa poważne ryzyka. Ryzyko numer jeden to możliwość pojawienia się doktrynerskiej polityki monetarnej, gdzie stopy procentowe są znacząco powyżej inflacji. Z takim zjawiskiem mieliśmy do czynienia na początku poprzedniej dekady, dlatego właśnie kredyt złotówkowy jest postrzegany jako szalenie kosztowny.

Ryzyko numer dwa to recesja inflacyjna. Zauważmy na początku, że zwykła deflacyjna recesja jest neutralna - spadają pensje, ale spadają też koszty kredytu, boom inflacyjny też jest neutralny - kredytobiorca może spodziewać się wyższej pensji. Recesja inflacyjna lub stagflacja jest jednak szalenie niebezpieczna - z jednej strony rosnące bezrobocie i wzrost kosztów życia a z drugiej wzrost rat kredytowych.

Taką sytuację mogą wywołać dwie rzeczy - globalny wzrost cen jakiegoś niezbędnego surowca (ropa, żywność) albo kryzys walutowy w Polsce. Dodajmy, że w ciągu ostatnich 30 lat Polska bankrutowała dwa razy, więc nie można a priori zakładać, że w ciągu następnych 30 takie zjawisko nas nie spodka.


2. Kredyt walutowy. Tutaj musimy wybrać walutę kraju, który ma deflacyjną naturę, co zapewnia niskie stopy procentowe oraz którego waluta wygląda na przewartościowaną. Ryzyko numer jeden to pomyłka w tym wyborze. W przypadku franka cały czas możemy mówić o deflacyjnej naturze Szwajcarii, ale percepcja, że frank po 2 zł. to cały czas drogo, była mocno błędna. Ryzyko numer dwa to zmiana polityki monetarnej kraju, którego walutę pożyczamy. Ryzyko numer trzy to kryzys walutowy w Polsce albo zmiana mody inwestycyjnej.

W ostatniej dekadzie modne były gospodarki wschodzące, szczególnie te, które wstąpiły do UE. Jeżeli teraz modne będą kraje, które są np. producentami farmaceutyków, to złotówka może systematycznie spadać wobec koszyka walut, nawet przy wzroście gospodarczym.  Za zmieniającą się modą łatwiej podążać "oficjalnymi" instrumentami do spekulacji walutowych niż kredytem hipotecznym.

Ryzyko numer cztery, to, że ze względów kursowych kredyt nie będzie w pełni zabezpieczony nieruchomością, w tym przypadku nie ma możliwości sprzedaży czy zamiany nieruchomości, bank może też zażądać dodatkowego zabezpieczenia. 


3. Kredyt złotówkowy o stałej stopie procentowej. Tak, na świecie jest to podstawowa forma kredytu hipotecznego. W Polsce praktycznie nie istnieje. Kredyt taki umożliwia przewidzenie rat kredytowych na 10 lat do przodu. Z takim kredytem najbardziej ryzykowna jest deflacyjna recesja. Pensje spadają, pojawia się bezrobocie, a raty cały czas takie same. Ryzykowna jest również dyzinflacja, gdyż oprocentowanie takiego kredytu jest zwykle kilka procent wyższe niż kredytu indeksowanego 3 miesięcznym wiborem.  W przypadku inflacji, czy to podczas boomu gospodarczego, czy to podczas recesji, osoba z takim kredytem będzie wielkim wygranym. Podobnie w przypadku kryzysu walutowego. 


Wsteczne lusterko.

By wybrać właściwy kredyt trzeba przewidzieć które ryzyka są najbardziej prawdopodobne przez najbliższą, powiedzmy, dekadę. Oczywiście można też kredytu wcale nie brać tylko wynajmować mieszkanie. To też jest ryzykowne. W tym przypadku ryzykiem jest wzrost cen nieruchomości.

Tagi: giełda, inwestowanie