O mnie
 
Ideą tego blogu jest przedstawienie długoterminowych trendów i procesów na rynkach kapitałowym, towarowym i walutowym. Szczególny akcent jest położony na powiązania między tymi rynkami.




Najnowsze komentarze
 
2017-08-21 13:11
Monika1243 do wpisu:
Przeprowadzka
Szkoda, że się przeprowadziłeś z tego bloga, miał dobrą historię. To dzięki tobie zaczęłam[...]
 
2016-07-22 20:37
magowsicka do wpisu:
Co zrobi FED ?
ja uważam że super sposoby na dodawanie statystyk do wordpress opisany jest w tym poradniku[...]
 
2016-01-10 14:49
synonim nielogo do wpisu:
Pora na Świętego Mikołaja
jak tam zyski na opcjach call na S&P500 ze Strikem 2100 i 2200? Naprawdę trzeba być[...]


Kategorie Bloga
 
Ogólne
 
Ulubione
 




Wykres Tygodnia

wykresyGieldowe

2011-12-30 09:41
 Oceń wpis
   

Rok temu jasność miałem tylko co do walut. W tym roku będzie o giełdzie. Zacznijmy od kluczowej prawdy gospodarczej – interwencje monetarne powodowane są słabością jakiegoś obszaru gospodarki, ale te pieniądze idą w siłę. Gdy w 2007 roku FED zaczął luzować politykę monetarną pieniądze poszły w surowce. Gdy w 1998 roku FED wpompował pieniądze w obieg, ze względu na tanie surowce i bankructwo Rosji, te pieniądze poszły w internet.

Teraz Europa będzie potrzebować stymulacji monetarnej. Nie jest do końca jasne jak będzie to wyglądało, czy inicjatywa będzie po stronie ECB czy FED. Jeżeli popyt na towary w Niemczech spadnie, a do tego spadnie inflacja, ECB dostanie zielone światło z Berlina. W przeciwnym razie interwencje będą jako udział w zorganizowanej akcji banków centralnych, czyli z inicjatywy FED.

Te pieniądze pójdą w akcje amerykańskie. Po pierwsze, amerykańskie akcje są cały czas bardzo tanie. Ilustruje to wykres, gdzie cena akcji z konsolidacji z 2009 roku jest zwiększana o zyski operacyjne firm. Te zyski idą w gotówkę w kasie i bezpośrednio zwiększają wartość księgową firm. Widzimy, że obecnie daleko od totalnego wyprzedania nie jesteśmy. Dla przykładu, super popularna spółka, Apple, kosztuje obecnie 400 usd, spółka ma ok. 80 usd nadmiaru gotówki na akcję i roczne zyski 30 usd na akcję.

 

 

Po drugie, S&P500 pokazuje siłę. Nie ma pytań o bessę, nie było spadku o 20%, nie było pogłębiania dołków. S&P500 wyrysował piękny, prosty, szkolny wykres.  Górki i dołki "zgadzają się".  Daje to inwestorom poczucie zrozumienia sytuacji i poprzez to – poczucie bezpieczeństwa. Bardzo optymistycznie wyglądają też średnie kroczące na różnych skalach czasowych. Wygląd wykresu może mieć kluczowe znaczenie, gdyż w inwestorach cały czas dominuje strach i niepewność. Gospodarka niemiecka jest silna, ale o co chodzi w DAXie, nie za bardzo wiadomo.

 

 

 

Po trzecie inwestując w S&P500 czy Nasdaqa unika się ryzyka kursowego. Euro będzie miało presję na spadek. Jeżeli euro będzie za silne, spowoduje presję na słabe, niekonkurencyjne kraje i powróci temat ich niewypłacalności. Uciec z euro można albo w amerykańskie akcje, albo obligacje, albo w aktywa krajów rozwijających się i surowce. Ucieczka w obligacje, miałaby sens tylko w kontekście spodziewanej deflacyjnej recesji. Obecnie się nie zanosi, a 10-cio letnia recesja jest już w cenach obligacji. Kraje rozwijające się też nie będą beneficjentami nadmiaru pieniądza. Widzimy raczej ucieczkę z rynków takich jak Polska. Nie bez powodu – te kraje są po dekadzie wzrostu na sterydach i teraz bardziej pora no odchorowanie tego wzrostu i konsolidację niż szał inwestycyjny.

Oczywiście inne rynki nie będą szukać własnej drogi. Będą podążać w tym samym kierunku co S&P500, tyle, że zapewne wolniej i mniejszą szerokością rynku.

Tagi: giełda, inwestowanie


2011-12-28 09:40
 Oceń wpis
   

Jesienią 2007 roku index wig20usd i S&P500 miały praktycznie tą samą wartość liczbową. W połowie drogi między 1500 a 1600. Wtedy rozpoczął się też tak zwany kryzys hipoteczny.

Pierwszy wykres pokazuje następne cztery lata. W 2008 roku indeksy się obsuwały, by jesienią 2008 roku załamać się. Po półrocznej stabilizacji, wiosną 2009 roku rozpoczęła się hossa. W przypadku S&P500 trwa ona do dzisiaj, w przypadku Wi20usd pojawia się właśnie pierwsze pytanie.

 

 

Na wykresie widzimy, że indeksy poruszają się generalnie w tym samym rytmie. Wyjątkiem była jesień 2008, gdy polski indeks spadał dużo dynamiczniej, jak i teraz, gdy S&P500 od kilku miesięcy rośnie, a w Warszawie króluje, delikatnie mówiąc, marazm.

 

 

Całość ładnie widać też na wykresie relatywnej siły obu indeksów. Po załamaniu jesienią 2008 roku stabilizacja nastąpiła na niższym poziomie. Obecnie słabość indeksu jest taka sama jak wiosną 2009 roku.

Tyle faktów. Pora na pytanie.

Dlaczego warszawski indeks jest taki słaby ? Polska elita ekonomiczno-polityczna tłumaczy to kryzysem w USA, kryzysem w Europie, kryzysem na Węgrzech. I nie wnikamy, że forint się wobec złotówki, niewiele, bo niewiele, ale w ciągu roku wzmocnił. Bardzo popularne jest też tłumaczenie, że spekulanci się na nas uwzięli. Pojęcie "atak spekulantów" to w zasadzie to samo co "spisek żydo-masonerii", ale lepiej brzmi. Człowiek myśli, że jest inteligniejszy, niż ci od spiskowej teorii dziejow. Tą tezę prezentują też, niestety, ludzie na najwyższych stanowiskach w kraju.

Wspomniane tezy mają jeden wspólny mianownik. Stawiają przyczyny poza naszym zakresem oddziaływania. Zwalniają z obowiązku działania. Są tanim wytłumaczeniem sobie.

Moja teza jest taka, że od odpowiedzi na to pytanie zależy sytuacja Polski na następne kilka lat. Na dekadę. Jeżeli społeczeństwo będzie sobie mydliło oczy, to obudzi się z bezwartościową złotówką, bezwartościowymi akcjami. W kraju bez inwestycji i ze śmieciowymi formami nie tylko zatrudnienia ale i faktycznie wykonywanej pracy. Jeżeli społeczeństwo wykona wysiłek, i dotrze do faktycznych przyczyn, przyczyn leżących w nas, można spodziewać się, utrzymania siły relatywnej i dotrzymywania kroku w globalnym wzroście.

Podkreślam raz jeszcze. Nie chodzi o to by jeden ekonomista czy bloger dotarł do przyczyn. Chodzi o to, by cała elita i potem szerokie społeczeństwo te przyczyny zrozumiało, i podjęło odpowiednie działanie.

Tagi: giełda, inwestowanie


2011-12-27 10:38
 Oceń wpis
   

W zeszłym roku moje prognozy dotyczyły tylko runku walutowego. Postawiłem wtedy takie tezy:

  • (…) obecnie jesteśmy prawdopodobnie w połowie, lub przy końcówce dna, formacji "U". Przez najbliższe kilkanaście miesięcy czeka nas więc wzrost euro, podobny do jego spadku od lutego 2009 roku.
  • Frank szwajcarski prawdopodobnie wybije się ponad maksima i ustabilizuje w okolicach typu 3.4-3.8.
  • To są prognozy z fus by zainspirować własne przemyślenia.


Podałem też cele kursowe na 2011 rok:

  • Euro – 4.8 zł
  • Dolar – 4 zł
  • Frank – 3.8 zł


Całość można przeczytać tutaj. Szczególnie polecam komentarze pod wpisem.

Frank swój kurs celowy dogonił i przegonił. Obecnie stabilizuje się w okolicy 3.60 zł, który to poziom, zupełnie przypadkiem, wypada w połowie zakresu 3.40-3.80. Tutaj muszę odgwizdać całkowity sukces. 

W przypadku euro sukces jest ograniczony. Wykres faktycznie wyrysował formację spodka czy U. Prognozowałem ruch o 80 gr, faktyczny ruch w 2011 roku wynosił 60 gr. 

 

 

W przypadku dolara konkretnie się przestrzeliłem. Prognozowałem ruch o 1 zł, podczas gdy zrealizowany był ruch o tylko 50 gr. Rok temu, gdy pisałem o dolarze, myślałem o krótkiej panice, która wyrysuje bardzo ostry szczyt i cena dotknie 4 zł. W zasadzie miałem w głowie scenariusz, który rozegrał się na franku.

Podsumowanie


Kierunki walut przewidziałem poprawnie. Dodam, że rok temu normą było twierdzenie, że złotówka ma naturalną tendencję aprecjacyjną.  Z konkretnymi kursami poszło już umiarkowanie. Tu dochodzimy chyba do sedna – prognozy całoroczne trzeba traktować jako wyczucie ogólnego klimatu a nie jako poradnik do grania na forexie.

Czy będą konkretne porady ?


Jeden z czytelników bloga zadał mi pytanie, czy będą konkretne porady inwestycyjne. Muszę powiedzieć, że mam opory. Nie chodzi o to, że doradztwo inwestycyjne jest reglamentowane przez państwo. Inwestycje kapitałowe są tylko częścią całego ryzyka gospodarczego, jakie człowiek podejmuje, i muszą z resztą życia współgrać. 

Jeżeli człowiek ma bardzo stabilną pracę, to największym ryzykiem jest przegapienie wzrostu gospodarczego. Taki człowiek może inwestować bardziej agresywnie. Jeżeli ktoś pracuje np. w branży bardzo cyklicznej (typu egzotyczne wycieczki) to partycypuje codziennie we wzroście, a inwestycja powinna być nastawiona, na zabezpieczeniem się przed nagłym załamaniem gospodarczym. Jeżeli ktoś pracuje w firmie eksportowej, to kredyt walutowy może być obciążony niższym ryzykiem, niż złotówkowy. Zupełnie odwrotnie jest dla pracowników firm importowych.

Dlatego raczej nie będzie konkretnych porad. Wziąłbym na siebie zadanie, z którego nie potrafiłbym się w pełni wywiązać. Będą próby opisu sytuacji, będą liczby i wykresy, które, według mnie, są ważne, a nie pojawiają się w "pierwszym obiegu". Ale przekuć to na strategię inwestycyjną musi każdy, niestety, sam.

Tagi: giełda, inwestowanie


2011-12-22 16:45
 Oceń wpis
   

Powoli kończy się 2011 rok. Nadchodzi pora podsumowań, rozliczeń, planów. Na szczegóły i rozliczenie się z zeszłorocznymi prognozami przyjdzie jeszcze pora między Świętami a Nowym Rokiem, teraz trochę ogólnych refleksji.

Ten rok można określić, jako rok spadku wartości złotówki. Jest to jednak tylko połowicznie celne podsumowanie - w 2009 roku i dolar i euro były, przez chwilę, wyżej niż teraz.  Ten rok lepiej podsumować jako szok cen ropy.

Latem 2008 roku ceny ropy osiągnęły szczyt. Cena ropy były zapalnikiem deflacyjnej recesji z kulminacją w postaci upadku banku Lehman Bros. Wysoka cena ropy wywołała ciąg wydarzeń – zmniejszenie innych wydatków, zwolnienia z pracy, nieobsługiwanie kredytów, wyprzedaż obligacji hipo, bankructwo Lehmana, kryzys płynności.

Polska na eskalacji ceny ropy nie ucierpiała. Dolar szukał zysku tak w surowcach jak i walutach krajów zacofanych. Późniejsza wyprzedaż złotego też zbiegła się z wyprzedażą surowców. Teraz wygląda to trochę inaczej.

 

 

 

Pierwszy wykres przedstawia cenę baryłki ropy liczonej w złotówkach.  Drugi wykres jest bardziej realistyczny - przedstawia średnią cenę ropy za ostatnie trzy miesiące. Uśrednienie to ilustruje, że do konsumenta ceny docierają z pewnym opóźnieniem. W zasadzie uśrednianie powinno być dłuższe, by uwzględnić też ceny gazu, oparte o średnią cenę ropy z ostatniego pół roku.

Widzimy, że w 2008 roku cena ropy doszła do około 270 zł za baryłkę, by spaść w okolice 150 zł podczas szczytu kryzysu w 2009 roku. Od tamtej pory ceny nieprzerwanie rosną.  Obecnie ceny są prawie 40% wyższe niż latem 2008 roku.  Wysoka cena ropy oznacza odpływ kapitału  z kraju, wyższe koszty życia, mniej pieniędzy na inne wydatki. Wysoka cena ropy jest zarówno inflacyjna - ceny większości towarów rosną, jak i deflacyjna - popyt na wiele, produkowanych w kraju,  towarów zamiera.  Ta mieszanka daje stagflację.

Stagflacja to stopniowe ubożenie społeczeństwa. Stopniowe zawężanie się perspektyw. Trwałe problemy na rynku pracy. I ta właśnie stagflacja na dobre zaczęła się w tym roku w Polsce.

Wszystkim czytelnikom życzę wesołych, spokojnych Świąt.

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2011-12-16 19:22
 Oceń wpis
   

Polska stoi przed zagrożeniami inflacyjnymi, wobec których Rada Polityki Pieniężnej będzie bezradna. Mój pesymizm dodatkowo spotęgowany jest ucieczką kapitału z Polski, co jest widoczne na wykresie wig20usd. Kurs naruszył poziom 631 usd, i w tym tygodniu zamknął się na najniższym poziomie od lata 2009 roku. Wrześniowe dołki zostały, w kursach zamknięcia, pokonane. Waga poziomu 631 podkreślona jest licznymi lukami hossy/bessy, był ro również szczyt hossy z 1997 roku. Przełamanie tego poziomu niczego dobrego nie wróży, szczególnie, że główne rynki są znacząco powyżej dołków z września.

 

 

W Polsce inflacja ma kilka ognisk zapalnych. Zacznijmy od tego, że w Polsce rząd prowadzi gigantyczny pakiet stymulacji fiskalnej. Trzeci rok z rzędu deficyt sektora finansów publicznych jest w okolicy 7% PKB. Taka stymulacja może mieć sens w przypadku pogrążonej w deflacji gospodarce. W USA ludzie przeszli z oszczędzania kilku miliardów rocznie do poziomu 800 mld usd rocznie. Wywołało to lukę deflacyjną, którą stymulacji fiskalna oraz monetarne jedynie częściowo zasypała. W Polsce, tylko rynek kredytów konsumpcyjnych uległ zamrożeniu, kredyty hipoteczne płyną w normalnym tempie ok. 40 mld zł rocznie. Stymulowanie gorącej gospodarki prowadzi do rozwodnienia złotówki i jej osłabienia się wobec wszelakich walut. Wobec dolara złotówka w ciągu roku straciła 15%. 

Energia

Ceny energii są podstawowym kanałem transportu rozwodnienia złotówki na ceny towarów konsumpcyjnych. Na rynkach światowych cena paliw powoli się stabilizuje, ale osłabienie złotówki powoduje, że paliwo na stacjach benzynowych jest coraz droższe. Wyższe ceny transportu w czasem przełożą się na wszystkie inne towary.

Sytuacja się raczej nie poprawi. Polska z jednej strony jest zakładnikiem węgla, a Unia będzie nalegała, by opodatkować emisję CO2 tak wysoko jak się tylko da. Z drugiej, Polski Rząd umyślnie lub bezmyślnie uwięził Polskę w kontrakt gazowy z Rosją. Oznacza to, że koszty ogrzewania i prądu też będą miały presję wzrostu.

Żywność

W Polsce żywność jest dotowana. W normalnym przypadku, cena towaru, poprzez składki socjalne, uwzględnia to, że pracownik kiedyś będzie chory, kiedyś będzie na emeryturze. W przypadku rolników jest inaczej, ich składki emerytalne pokrywa KRUS, który jest finansowany z pieniędzy nie związanych z produkowanym towarem. Dotacja do KRUS wynosi ok. 15 mld zł. I o tyle więcej zarobić muszą rolnicy by móc płacić składki z zarobionych pieniędzy. O tyle musi zdrożeć żywność, by rolnicy wyszli w całym rozrachunku na zero. W Polsce rynek żywności to jakoś tak 250 mld zł. Z czego wynika proste przybliżenie, że reforma KRUS podniesie ceny żywności o 6%.

Usługi publiczne

Trzeci kanał inflacji to usługi publiczne. Przez ostatnie lata gminy inwestowały na potęgę, zaciągając przy tym kredyty na wkład własny do uzyskania dofinansowania z Unii. Za te pieniądze pobudowane są drogi, mosty i oczyszczalnie. Ale te inwestycje będą musiały teraz na siebie teraz zarabiać. Podstawowe usługi publiczne: ciepło, woda, śmieci będą coraz droższe. Podobnie, drożeć będą bilety komunikacji miejskiej. Są one obiektywnie tanie (bez normowania do jakości) a są utrzymywane na niskim poziomie, tylko ze względu na ciągłe wybory. Teraz, gdy Minister Finansów przyciska samorządy, będą one podnosiły ceny.

Podsumowanie


Sytuacja nie rysuje się kolorowo. Gdyby zbiegła się z globalnym kryzysem, można by się spodziewać, że FED wydrukuje ociekające farbą dolary, które w Polsce będą szukać zysku, podciągając tym złotówkę. Tyle, że FED nie wydrukuje dolarów. Ostatnio jasno dał do zrozumienia, że nie będzie QE3. Giełda z umiarem, ale rośnie, liczba nowych zwolnień spada. Gospodarka, powoli, bo powili, ale pewnie, się rozwija. Stymulacja monetarna w tym przypadku mogłaby przynieść więcej szkody niż pożytku. Możliwe są tylko niewielki interwencje FED na wypadek eskalacji kryzysu w strefie euro. Tyle, że w przypadku takich interwencji, złotówka nie będzie atrakcyjnym celem dla kapitału.
 

Tagi: giełda, inwestowanie


2011-12-10 11:10
 Oceń wpis
   

Dwa tygodnie temu przedstawiłem projekcję popytu na nowe mieszkania w Polsce, na następne 20 lat. Dzisiaj przedstawię podobny model dla Niemiec.

Na początku przypomnijmy sobie założenia. Ludzie potrzebują nowego mieszkania, gdy się usamodzielniają (ok. 23 lata) i mieszkają parami. Ludzie przenosząc się do lepszego świata zostawiają po sobie mieszkanie.

 

 

Pierwszy wykres jest skonstruowany według tego przepisu (dane z destatis). Widzimy kilka rzeczy. Po pierwsze dane wymagają klejenia, ze względu na zmiany stanu prawnego dyskutowanego obszaru. Po drugie szczyt budowy nowych mieszkań przypadł na późne lata 90-te. Od tamtej pory buduje się o 400 tyś mieszkań mniej. Tak na marginesie, uzbrojenie terenu i wbudowanie 400 tyś mieszkań wymaga około 80 mld euro kapitału rocznie. O tyle zmalał popyt na kapitał w Niemczech. Zupełnie przypadkiem zbiega się to z poziome eksportu kapitału przez Niemcy przez ostatnią dekadę, na poziomie ok. 100 mld euro rocznie. Do tego jeszcze wrócimy. Rzecz najważniejsza, to że model nie za bardzo pasuje do nowych budów.

 

 

Model musimy mocno pomasować. Pierwsza zmiana to przesunięcie czasu budowy z 23 lat do 30 lat. Dzięki temu zgadza się szczyt. W sumie jest to dość zaskakujące. O ile ludzie kupują czy budują własny dom czy mieszkanie w wieku 30-40 lat, to wcześniej, przez 10 lat mieszkanie wynajmują. Popyt na wynajem widać nie przekłada się na aktywność budowlaną. 

 

 

Model zgadza się lepiej, ale cały czas nie zgadza się normalizacja. W Niemczech od początku lat 70-tych więcej ludzie umiera niż się rodzi. Wiec po wejściu w dorosłe życie ludzi z wyżu lat 60-tych popyt na nowe mieszkania powinien, według modelu, zaniknąć. Wymaga to zmiany liczby zrecyklowanych mieszkań. z około 450 tyś do 300 tyś. Po tej zmianie model zaczyna się zgadzać.

Mamy więc w modelu manko popytu na 150 tyś mieszkań. To manko można uzasadniać imigracją. Przez ostatnie 20 lat saldo napływu i odpływu populacji wynosiło średnio +200 tyś osób rocznie. Saldo jest za bardzo zmienne (w 1992 roku było to + 600 tyś, w 2008 -55 tyś) by je włączać bezpośrednio do modelu. Dodatkowo, przyjeżdżają i wyjeżdżają ludzie w różnej sytuacji zawodowo-wiekowo-rodzinnej. Ale ogólna liczba powinna się zgadzać. Możemy więc odgwizdać sukces. Umiarkowany, bo umiarkowany ale jednak sukces modelu.

Wnioski

Mimo wszystko trudno przewidywać, czy spadek aktywności budowlanej będzie trwał, czy nastąpi stabilizacja, jak sugeruje to ostatni model. Wnioski nie są całkowicie jednoznaczne.

Na początku pisałem, że Niemcy eksportują 100 mld euro kapitału rocznie i jest to związane ze spadkiem aktywności budowlanej. Możemy powiedzieć, że obecny kryzys jest efektem pigułki antykoncepcyjnej. Załamanie sprzed 40 lat spowodowało brak okazji inwestycyjnej i kapitał szukał tych okazji po świecie, by wrócić ze spuszczoną głową.

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2011-12-03 13:39
 Oceń wpis
   

Perspektywy złotówki systematycznie się pogarszają. Władza monetarna i fiskalna praktycznie codziennie interweniuje na rynku i te interwencje są bardzo złym sygnałem. Przypomnijmy sobie rok 2007 i początek poprzedniego kryzysu. Najpierw FED zaczął obniżać stopy procentowe a potem rząd przeprowadził pakiet stymulacyjny (1500 usd zwrotu podatku). Co myśleli wtedy rozsądni ludzie ? Jeżeli władza stymuluje gospodarkę, to dlatego, że obawia się recesji. Jeżeli władza obawia się recesji, to chyba warto się do niej przygotować, obniżając wydatki. W ten sposób, pakiet stymulacyjny przynosi efekt odwrotny od zamierzonego.

Jeżeli władze Polski interweniują na rynku walutowym, to dlatego, że obawiają się gwałtownego, niekontrolowanego osłabienia złotego. Jeżeli władza się obawia nagłej wyprzedaży złotówki, to chyba nie bez powodu. Być może warto więc te interwencje wykorzystać, do wycofania się z Polski. Przygotować się do osłabienia się złotówki.

 

 

Przez półtorej roku kurs EURPLN testował średnią 200-stu tygodniową. Takie rzeczy nie dzieją się przypadkiem. Moja teza była taka, że jest to przebudowa portfeli najcięższego kapitału. Po konsolidacji kurs ruszył w górę.

 

 

Równie ciekawie wygląda indeks złotówki. Początkowo złotówka systematycznie i dynamicznie się osłabiała. Na przełomie 1999/2000 nastąpiła szeroka stabilizacja, która wraz z wejściem do Unii Europejskiej przerodziła się w trend wzrostowy. Powstał wtedy mit wiecznej aprecjacji złotego. Ten mit legł w gruzach jesienią 2008 roku.

Obecnie złotówka jest w ważnym miejscu, na dole kanału trendu bocznego. Jeżeli ten kanał padnie, złotówka może się szybko osłabić o około 10% wobec koszyka walut. Nie można też wykluczyć krechy w dół jak w 2008 roku.

 

 

Oczywiście pada pytanie, dlaczego złotówka miała by się osłabiać. Odpowiedź jest w zasadzie ta sama co zawsze. Zadłużenie zagraniczne. Przyjemnie się żyje pożyczając za graniczą. Niestety w te sposób kraj uzależnia się od zewnętrznego finansowania a co za tym idzie nastrojów na globalnych rynkach. Przychodzi też czas spłacania zadłużenia.

Tagi: giełda, inwestowanie