O mnie
 
Ideą tego blogu jest przedstawienie długoterminowych trendów i procesów na rynkach kapitałowym, towarowym i walutowym. Szczególny akcent jest położony na powiązania między tymi rynkami.




Najnowsze komentarze
 
2017-08-21 13:11
Monika1243 do wpisu:
Przeprowadzka
Szkoda, że się przeprowadziłeś z tego bloga, miał dobrą historię. To dzięki tobie zaczęłam[...]
 
2016-07-22 20:37
magowsicka do wpisu:
Co zrobi FED ?
ja uważam że super sposoby na dodawanie statystyk do wordpress opisany jest w tym poradniku[...]
 
2016-01-10 14:49
synonim nielogo do wpisu:
Pora na Świętego Mikołaja
jak tam zyski na opcjach call na S&P500 ze Strikem 2100 i 2200? Naprawdę trzeba być[...]


Kategorie Bloga
 
Ogólne
 
Ulubione
 




Wykres Tygodnia

wykresyGieldowe

2011-09-30 19:57
 Oceń wpis
   

Przez cztery lata rządów premiera Tuska państwo rosło w siłę a ludziom żyje się dostatniej. W ciągu czterech lat państwo wzmocniło się o 40%. Ściśle mówiąc o 40% zwiększyły się coroczne wydatki państwa. Przedstawia je pierwszy wykres:

 

 

Kwoty typu 500 mld czy 700 mld dla wielu wydają się abstrakcyjne, ale jest prosta sztuczka. W Polsce mieszka około 38 mln obywateli, co daje około 10 mld gospodarstw domowych.  Łatwo przeliczyć, że 700 mld to ok. 70 tyś rocznie na gospodarstwo domowe. Tyle państwo wydaje na każde gospodarstwo domowe – i tyle pieniędzy musi ściągnąć w postaci podatków i danin.

Z tym ściąganiem jest już gorzej. Ilustruje to drugi wykres przedstawiający zadłużenie sektora finansów publicznych, tak jak liczy to Eurostat. Wykres kończy się na pierwszym kwartale bieżącego roku.

 

 

Zadłużenie wzrosło z 500 mld do 800 mld zł. Czyli, stosując starą przenośnie, z 50 tyś zł na gospodarstwo domowe do 80 tyś złotych. Wcześniej czy później, tyle samo państwo musi ściągnąć podatkami. Oczywiście, plus odsetki. Rząd Tuska kosztował Polaków 300 mld zł, plus zadłużenie, jakie wygenerował przez ostatnie pół roku, nieuwzględnione w wykresie. Orientacyjnie, w ostatnie pół roku dług wzrósł o 70 mld zł.

Choć państwo rosło w siłę, a wzrost podatków nie nadążał za deszczem pieniędzy wydawanym przez państwo, giełda radziła sobie słabo. WIG20 w cztery lata zachował jedynie 56% wartości. Ten indeks ma szczególne znaczenie, gdyż w większości spółek skarb państwa jest w nich dominującym akcjonariuszem. 

 

 

Zawsze można powiedzieć, że co prawda wig 20 zachował 56% wartości, ale liczonej w coraz bardziej bezwartościowej złotówce. Licząc w dolarach, WIG 20 zachował już jedynie 44% swojej wartości.  Oczywiście trzeba też wziąć pod uwagę, że za czasów Tuska, USA przeszło mega-kryzys. Tak się przypadkiem złożyło, że gdy Tusk przejął stery państwa wig20usd i S&P były na praktycznie takim samym poziomie. Obecnie, indeks pogrążonej w kryzysie ameryki jest 70% wyżej niż indeks zielonej wyspy.

 

 

 

Giełda i długi to nie wszystko, brakuje to kilku wykresów – liczby urzędników, bezrobocia, liczby poległych generałów jak i poległych byłych i urzędujących prezydentów.

Zbierając wszystko w jedną całość trzeba powiedzieć, że głupstwem są wykresy – uśmiech na twarzy Premiera i grymas Kaczyńskiego są bezcenne. Cztery lata Platformy są wielkim sukcesem.

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2011-09-24 19:59
 Oceń wpis
   

W tym tygodniu na rynku rozgrywali politycy. Pierwsze wydarzenie to comiesięczny komunikat FED a drugie – interwencja NBP.

Komunikat FED był, w porównaniu do oczekiwań, bardzo jastrzębi. Można go zinterpretować tak: w ogólności jest słabo. Mniej słabo jest tylko w inwestycjach przedsiębiorstw w sprzęt i oprogramowanie. Choć ogólnie jest słabo, to nie jest to jeszcze powód by dodrukować pieniędzy.

Reakcją rynku była wyprzedaż. S&P500 stracił w ciągu dwóch sesji 5%. Jeszcze głębsza była wyprzedaż metali kolorowych - złoto straciło prawie 10%, miedz 15%, srebro 25%.  O 8% spadła też cena ropy.

Krótkoterminowo, dla rynku akcji wiadomość jest faktycznie negatywna. Długoterminowo jest już bardziej pozytywna. Kluczowe jest założenie, że FED nie podejmuje decyzji według wizji czy dogmatów, a na podstawie analizy dostępnych danych. Jeżeli FED nie widzi potrzeby zwiększenia podaży pieniądza, to oznacza to, że sytuacja gospodarcza nie jest tak zła jak się wydaje. Oznacza to też, że FED nie będzie psuł waluty by podciągnąć gospodarkę.

W takiej sytuacji po pierwsze inwestowanie w metale kolorowe staje się mnie atrakcyjne. Mnie atrakcyjne staje się też inwestowanie w surowce przemysłowe i wreszcie mniej atrakcyjne staje się inwestowanie w egzotyczne rynki.

Jakie są skutki tej mieszanki ? Skutkiem tej mieszani może być zwiększenie poziomu inwestycji w amerykańskiej gospodarce. Wiatrem w plecy gospodarki będzie tania ropa – od której Ameryka jest uzależniona.

Dla rynków peryferyjnych, skutki są już mniej pozytywne. Kraje surowcowe muszą się liczyć z tańszą ropą, więc by utrzymać poziom życia, będą wydobywać więcej ropy, co będzie tworzyło dalszą presję na jej cenę. W Polsce podobna sytuacja może być z miedzią.

 

 

Gdy już jesteśmy przy Polsce. Po komunikacie FED, złotówka osłabiła się wobec dolara o 5%. Od półtorej roku średnia 200-stu tygodniowa jest betonowym wsparciem dla kursu walut - euro i dolara. To nie był przypadek, a zamiana globalnego układu przepływu kapitału. Jeżeli dolar jest dobrą przystanią do inwestycji, to po co ryzykować kapitał na rynkach peryferyjnych ? Jeżeli USA zacznie się rozwijać lepiej niż reszta, to odessie kapitał z całego świata – podobnie jak w latach 80-tych.

Tutaj dochodzimy do interwencji NBP

Rozbawiła mnie czwartkowa wypowiedź ministra finansów: "Dość łatwo jest wyliczyć, przy jakim kursie można by przekroczyć tę relację. Po pierwsze, jeszcze do tego dość daleko. A po drugie - liczy się kurs na 31 grudnia, a nie na 22 września". Czyli po ludzku, nie pobiłem Józka, bo nie znam żadnego Józka, a po drugie to on zaczął.

Interwencja banku centralnego czasami ma sens. Ma sens w przypadku gdy rynek jest w panice i bank centralny pod koniec tej paniki wystawia działo tak wielkie, by nie dało się go sprawdzić. Obecnie sytuacja jest zupełnie inna.

Technicznie, waluty wybiły się górą po długiej konsolidacji. Po półtora rocznej konsolidacji można spodziewać się długiego ruchu a nie marnych 10%. Wyprzedaż złotówki dopiero się zaczyna, do paniki jeszcze bardzo, bardzo daleko. Miejsce na ustawienie działo to może psychologiczny poziom 5 zł za euro, nie wcześniej.

Są podstawy do osłabienia się złotówki – katastrofalny stan finansów publicznych mimo normalnie działającego rynku kredytowego. Do tego drobiazgi - faktyczna stagflacja i eksplozja zadłużenia zagranicznego. Może się też zdarzyć, że nie uda się po raz kolejny przedefiniować zadłużenia i licznik pokaże to co eurostat 55%.
 
Oczywiście w tym wszystkim jest też opcja, że nie chodzi o długotrwałą interwencje, a o utrzymanie kursu do wyborów. Po wyborach przykręcenie śruby :-][



2011-09-17 12:29
 Oceń wpis
   

Średnia 200-stu tygodniowa podkreśliła swoje znaczenie. Kurs S&P500 odbił się od niej zdecydowanym ruchem i w tydzień wzrósł o 6%. Rok temu konsolidacja nad średnią 200-stu miesięczną trwała 5 miesięcy, więc możemy roboczo założyć, że obecna konsolidacja powinna trwać tyle samo tygodni. Taki scenariusz sugeruje wzrosty o dynamice podobnej ze wzrostami w pierwszej fazie hossy i po letniej wyprzedaży rok temu.

 

 

Co ma być motorem wzrostu ? Po pierwsze, wśród ludzie wierzących w koniec świata jaki znamy, i w to że się na tym obłowią, pojawi się rozczarowanie. To rozczarowanie przełoży się, choćby pośrednio, na zakup akcji, np. poprzez zamykanie krótkich pozycji czy opcji. To wygeneruje wzrosty. Statystycznie rzecz ujmując, będzie to widoczne na indexie spodziewanej zmienności VIX. Obecnie index jest w ważnym miejscu - na poziomie szyi formacji trzech głów jak i na średniej 50-cio dniowej. Spadek zmienności będzie się wiązał ze zmniejszeniem aktywności hedgingowej wystawiających opcje - czyli pokrywaniu krótkich pozycji. Wygenerowany w ten sposób wzrost na giełdzie  przełoży się na zmniejszenie stopnia niepewności, co pociągnie za sobą spadek indexu VIX.

 

 

System finansowy napompowany jest płynnością. Po krótkoterminowej stronie widać to w podaży pieniądza, po długoterminowej w rekordowo niskiej rentowności 10-cio letnich obligacji. Obecnie ludzie cały czas są pod wpływem mentalności -- po pierwsze nie stracić. Powoli zacznie się to zmieniać w -- nie stracić okazji. Ten nadmiar płynności oznacza ni mniej nie więcej, że ludzie oszczędzają na potęgę. To, że ludzie oszczędzają widzimy też zresztą z innych statystyk. Jeżeli spółki funkcjonują i zarabiają pieniądze w kontekście oszczędnego społeczeństwa, to nie grozi im raczej nagły spadek dochodów. Z punku widzenia podaży pieniądza, obecna wyprzedaż przypomina wiosną  2009 roku. Dlatego wzrosty, mogą być naprawdę dynamiczne, gdy te pieniądze zaczną krążyć w gospodarce.

 

 

 

Wyceny wielu spółek są niskie. Bardzo niskie. W przypadku spółek z indexu Nasdaq średni stosunek ceny do zysków wynosi 11. Można na to spojrzeć, że inwestorzy spodziewają się przez następne 10 lat inflacji na poziomie 2%, ale żądają dodatkowej premii za ryzyko w wysokości 8%.

Trochę przypomina to sytuację Polski sprzed 10-ciu lat. Wtedy w Polsce stopy procentowe były o ok. 10 punktów procentowych wyższe niż inflacja. Doprowadziło to do spacyfikowania gospodarki i bezrobocia typu 20%, ale gdy stopy zaczęły spadać, gospodarka kwitła. Wydaje się, że to co w Polsce zorganizowała polityka monetarna, obecnie w USA realizuje strach ludzki.

Tagi: giełda, inwestowanie


2011-09-10 09:33
 Oceń wpis
   

Najważniejszy index giełdowy, S&P 500 konsoliduje się ponad średnią 200-stu tygodniową. Pierwsze dotknięcie tej średniej od dołu po bessie, wywołało flash-crash wiosną 2010 roku. Teraz, po przebiciu średniej jesienią zeszłego roku, index testuje średnią od góry.

 

 

Jeżeli wkrótce zaczną się wzrosty, to obecna korekta nie będzie niczym szczególnym. Mimo gwałtownego spadku miesiąc temu, obecne wydarzenia cały czas mieszczą się w ramach trendu wzrostowego. Osobną sprawą jest, że w Europie kontynentalnej trudno znaleźć index, który byłby nad średnią 200-stu tygodniową. Dax wygląda, jak wykolejony pociąg – Niemcy chyba sami zamalowali się do rogu.

Daleko od średniej jest index Nasdaq100. Jest to bardzo specyficzny index – ja nazywam go indexem prawdziwej gospodarki. Generalnie, gospodarkę można podzielić na trzy sektory: banki (w ogólnym sensie), surowce i całą resztę – technologię, farmaceutyki, sprzedaż detaliczna i być może też budownictwo.

 

 

Odrębność bankowości polega na tym, że "fundamenty" zależą od percepcji. To czy np. niemieckie banki są wypłacalne czy nie, zależy od percepcji czy Grecja będzie spłacała swoje zobowiązania czy nie. Mówiąc po ludzku, oznacza to, że te spółki te nie mają żadnej wartości fundamentalnej. Ale przez jakiś czas możemy uważać, że jest inaczej.

Surowce też są troszkę inne, ze względu na powiązanie z sektorem finansowym.  Szczególnie przy trwającej od dekady mody na inwestycje w surowce.  W podobnej sytuacji jest budownictwo i deweloperka, która też jest dramatycznie powiązana z rynkiem finansowym i wiele domów jest kupowanych na kredyt i jako inwestycja. Skład gospodarki pół-realnej jest dynamiczny. Gdy ludzie zaczną kolekcjonować telewizory na kredyt, zaliczę do niego przemysł elektroniczny.

Teraz dochodzimy do realnej gospodarki – komputery, podzespoły elektroniczne, farmaceutyki, informacja i trochę sprzedaży detalicznej. Taki jest właśnie skład indexu Nasdaq 100. Można powiedzieć, że to trochę paradoks, że w dziesięć lat, index marzeń stał się indexem rzeczywistości. Tak czy inaczej, Nasdaq 100 wygląda dobrze. Bardzo dobrze.

Waluty

Kurs euro i dolara wobec złotówki od kilku lat konsoliduje się wokół średniej 200-stu tygodniowej. W ostatnich tygodniach zaczął się od tej średniej odklejać. Z podobnym odklejeniem mieliśmy do czynienia w 2010 roku, wtedy było to krótkoterminowe zamieszanie, i kurs powrócił do średniej 200-stu tygodniowej.

 

 

 

Polska przechodzi szczególny okres. W 2004 roku Polska przyłączyła się do UE i do Polski szerokim strumieniem zaczął płynąć kapitał na inwestycje w infrastrukturę. Do tego dołączyła się organizacja Euro2012. W przyszłym roku, oba programy zaczną być wygaszana. Być może to co obserwujemy, to odpływ długoterminowego kapitału. Na dobrą sprawę, za rok ten kapitał nie będzie już potrzebny. Czas ciężkich inwestycji się skończy.

Być może to tylko krótka fluktuacja. Tutaj trzeba zwrócić uwagę, że o ile kurs jest cały czas w zakresie fluktuacji, to jest powyżej zamknięcia roku. Jeżeli rok zamknąłby się na obecnym poziomie, to wycena długu państwowego w walutach (na koniec 2010 roku 200 mld zł)  zwiększyłaby się o ok. 20 mld zł, czyli 1.5% PKB.

Taka fluktuacja może przeszkadzać w preparowaniu książek ministrowi finansów i dlatego pojawiają się informacje o interwencjach walutowych BGK. Jeżeli to strukturalny odpływ kapitału, to BGK bardzo szybko się z walut wypstryka i nie będzie miał czym manipulować kursu na koniec roku.
 

Tagi: giełda, inwestowanie


2011-09-07 20:49
 Oceń wpis
   

Centralny bank szwajcarski wykazał się charakterem i zablokował jednostronnie kurs franka wobec euro. Od tej pory euro będzie kosztowało więcej niż 1.20 franka. Gdyby popyt na franka był większy, SNB wydrukuje tyle, ile trzeba, by utrzymać ten kurs. W ciągu 5 minut w Polsce kurs franka spadł o ponad 7% i obecnie jest na poziomie 3.50 zł.

Nie będzie implozji

Nadmiernie mocny kurs waluty prowadzi do destabilizacji gospodarki. Konsumenci mogą tanio kupować importowane towary – co zwiększa wpływy do budżetu z tytuły podatków i ceł, chętniej też zaciągają kredyt. Z drugiej strony producenci stają się coraz mniej konkurencyjni. Gdy zaczynają zwalniać pracowników, następuje implozja i gospodarki i waluty. Nie ma chyba potrzeby tłumaczyć szczegółów, ten scenariusz Polska przerabiała w 2008 roku. 

Będą podwyżki stóp

Gdy kurs walut się ustabilizuje, gospodarka powróci na kurs stabilnego rozwoju. Siła szwajcarskiej gospodarki nie wynika z przypadku – z jednej strony jest to zbilansowany budżet, a z drugiej gospodarka oparta o wysokie technologie i bio-technologie. Dzięki uwiązaniu kursu, szybciej pojawią się podwyżki stóp procentowych, prawdopodobnie w niedalekiej przyszłości stopy w chf i euro zrównają się.

Podsumowując


SNB zrobił to co zrobił, dla Szwajcarii, a nie dla całej rzeszy krajów zadłużonych w CHF. Podobną operację chciał w 2008 roku przeprowadzić ś. p. prezes Skyrzpek, który był przeciwnikiem podwyższania stóp procentowych w 2008 roku. Gdyby wtedy nie został przegłosowany, przez "nogi z makro-ekonomi", nie byłoby implozji złotówki z jesieni 2008 roku.

Z punku widzenia Polaków jest to tylko krótkoterminowo pozytywne – prawdopodobieństwo implozji kursu CHF zmalało, a prawdopodobieństwo wzrostu stóp wzrosło. Kurs w kilka minut spadł o 7%, ale obecnie wynosi 3.50. Jeszcze niedawno, 3.20 to był "absurdalny kurs" a 3.50 miało nigdy nie być. Teraz 3.50 przynosi radość.
 

Tagi: giełda, inwestowanie


2011-09-03 09:49
 Oceń wpis
   

W Polsce, mimo tak zwanego kryzysu, kredyt płynie szerokim strumieniem. Od początku 2007 roku kredyty wzrosły ze 190 mld zł do 513 mld zł teraz. Przez te lata, kredyt prywatny wzrósł o ponad 300 mld zł. Choć znacznie wolniej, rosną też oszczędności. Wzrosły one ze 250 mld zł w styczniu 2007 do 445 mld zł teraz., czyli o prawie 200 mld zł.

Patrząc na rynek kredytowy, Polska jest zieloną jak konik polny wyspą, na morzu oszczędzających i przestraszonych mrówek.

Pierwszy wykres przedstawia całkowity kredyt i oszczędności gospodarstw domowych. O ile w 2007 roku Polacy cały czas mieli nadwyżkę oszczędności nad kredytami, to teraz kredytów jest więcej niż oszczędności. W dużej mierze, jest to związane z kredytami walutowymi i efektem kursowym.

 

 

Kolejne wykresy przedstawiają przyrost kredytów i oszczędności. Pierwszy w ujęciu procentowym a drugi w ujęciu kwotowym. Pęd do oszczędzania trwał w Polsce krótko - między latem 2008 a latem 2009 roku. Od dwóch lat Polacy powrócili do niskiego poziomu oszczędności na poziomie 40 mld zł rocznie.

Ten wzrost oszczędności wystarcza na pokrycie potrzeb pożyczkowych kredytów hipotecznych złotówkowych (ok. 30 mld zł rocznie), ale nie wystarcza na pokrycie nowych kredytów walutowych i na pokrycie spadającej wartości złotówki.

 

 

 

Ostatni wykres przedstawia rodzaje kredytów gospodarstw domowych. Kredyty konsumpcyjne oraz obrotowe są od kilku lat na praktycznie stałym poziomie. Do 2008 roku, podstawą akcji kredytowej były kredyty walutowe, obecnie, podstawą akcji kredytowej są kredyty hipoteczne złotówkowe.

 

 

Kredyt nie jest generalnie niczym złym, świadczy o wzroście podziału pracy. Są dwa małe wyjątki. Po pierwsze, kredyty rosną szybciej niż oszczędności. Oznacza to, że gospodarstwa domowe nie zwiększają podziału pracy między sobą, a zadłużają się zagranicą. Powoduje to szereg negatywnych zjawisk - Polska jest dramatycznie uzależniona od globalnych nastrojów na rynku. Obserwujemy to praktycznie codziennie. Po drugie przyjdzie czas spłacania długów, i beneficjenci nie będą tych pieniędzy wydawali w Polsce. Nastąpi odpływ kapitału.

Dynamicznej akcji kredytowej sektora prywatnego towarzyszy akcja rekordowa akcja kredytowe sektora publicznego. W spokojnej gospodarce, gdy kredyt normalnie płynie a gospodarka się rozwija, finanse publiczne powinny być zbilansowane. W najgorszym razie z deficytem niższym niż długoterminowe tempo wzrostu (3% PKB). Dopiero gdy kredyt prywatny zamiera, sektor publiczny zwiększa zadłużenie, inwestując w infrastrukturę. W Polsce jest inaczej – dynamiczny wzrost kredytu publicznego jest w kontekście dynamicznej akcji kredytowej sektora publicznego.

Przy wzroście gospodarczym na poziomie 4.5% PKB, deficyt państwowy będzie w okolicy 7% PKB. Jaki wzrost jest potrzeby by zbilansować budżet ?  Co zrobi rząd gdy do Polski na prawdę przyjdzie kryzys ? 

 

Tagi: giełda, inwestowanie