O mnie
 
Ideą tego blogu jest przedstawienie długoterminowych trendów i procesów na rynkach kapitałowym, towarowym i walutowym. Szczególny akcent jest położony na powiązania między tymi rynkami.




Najnowsze komentarze
 
2017-08-21 13:11
Monika1243 do wpisu:
Przeprowadzka
Szkoda, że się przeprowadziłeś z tego bloga, miał dobrą historię. To dzięki tobie zaczęłam[...]
 
2016-07-22 20:37
magowsicka do wpisu:
Co zrobi FED ?
ja uważam że super sposoby na dodawanie statystyk do wordpress opisany jest w tym poradniku[...]
 
2016-01-10 14:49
synonim nielogo do wpisu:
Pora na Świętego Mikołaja
jak tam zyski na opcjach call na S&P500 ze Strikem 2100 i 2200? Naprawdę trzeba być[...]


Kategorie Bloga
 
Ogólne
 
Ulubione
 




Wykres Tygodnia

wykresyGieldowe

2012-09-29 09:37
 Oceń wpis
   

Na rynek pracy wchodzi właśnie piąty rocznik kryzysowy. Piąty rocznik wchodzący na rynek pracy w kontekście wysokiego bezrobocia i odcięty od rynku kredytowego. Mimo niskich na całym świecie stóp procentowych, kredyty nie płynie.

Zauważmy, że sytuacja USA jest zupełnie inna niż Europy. W USA kredyty są naprawdę hipoteczne – człowiek zostawia klucze w skrzynce i kredyt ma z głowy. Wynika z tego, że ryzyko jakie ponosi bank zależy od potencjału spadku cen nieruchomości. Gdy bank może obawiać się spadku cen nieruchomości o 20%, będzie wymagał wkładu własnego w wysokości większej niż 20%. Oczekiwania spadku cen prowadzi do zwiększenia wymaganego wkładu własnego a więc i zatrzymania akcji kredytowej, a co za tym idzie do spadku cen.

Po pięciu latach kryzysu wszystko wskazuje na to, że ryzyko spadku cen jest bardzo niewielkie. Pierwszy wykres przedstawia sprzedaż nowych domów. Widzimy, stabilizację na niskim poziomie. Naturalnym wnioskiem jest, że trend trwa, dopóki się nie zmieni, tak więc oczekujemy dalszej stabilizacji na niskim poziomie.

 

 

Drugi wykres przedstawia podaż nowych domów. Przez pięć lat nawis podaży spadł z 12 miesięcy, do 4.5. Ten wykres już nie za bardzo ma gdzie spadać. Zauważmy też, że gdyby sprzedaż choć trochę wzrosła, szybko okaże się, że podaż jest na 2 czy 3 miesiące. Możemy mówić o bardzo ograniczonej podaży, za którą generalnie idzie wzrost cen.

 

 

Ten wzrost cen powoli już widać. Tak samo patrząc na średnią cenę transakcyjną jak i na indeks cen nieruchomości. Widzimy, że po długiej stabilizacji ceny zaczynają powoli rosnąć.

 

 

 

Spadek ryzyka związanego z porzuceniem nieruchomości doprowadzi do odblokowania rynku kredytowego. Rynek kredytowy ma sporo do nadrobienia – wspomniane pięć roczników. Zacznie pracować pozytywne sprzężenia zwrotne: wzrost cen nieruchomości doprowadzi do większej podaży kredytów i zwiększonej aktywności budowlanej. Aktywność budowlana przełoży się na wzrost zatrudnienia, a tym samym większą zdolność kredytową. Większa zdolność kredytowa, to większa akcja kredytowa i większy popyt na nieruchomości.
 

Tagi: giełda, inwestowanie


2012-09-21 19:35
 Oceń wpis
   

Oderwijmy się na chwilę od gospodarczej codzienności. Przeanalizujmy taki proces gospodarczy: ludziom zaczyna bardziej zależeć i w efekcie dokładniej pracują. Praca jest skończona szybciej a towar ma mniej usterek. W efekcie jego koszt spadł o 1%, a sprzedany bez znaczących obniżek, jest o 1% droższy. Możemy powiedzieć, że w gospodarce nic wielkiego się nie stało. Spójrzmy jednak oczami inwestora. Typowa rentowność przedsiębiorstw wynosi 5%. Jeżeli cena wzrosła o 1%, a koszty spadły o 1%, to całkowita rentowność wzrosła z 5% do 7% czyli o 40%. O tyle też – o 40% – wzrosły zyski spółki. Całkiem już sporo.

O ile wzrosną ceny akcji ? To zależy od nastawienia rynku. Gdy rynek jest bardzo pesymistyczny, uzna te zyski za jednorazowe i cena wzrośnie o kilka procent. Przy ostrożnym, racjonalnym rynku, cena akcji wzrośnie o 40%, bo o tyle wzrosły oczekiwane przyszłe zyski. Widzimy, że bez żadnego wielkiego wydarzenia w gospodarce, mamy hossę na giełdzie. Podczas euforycznej fazy hossy, rynek pomyśli, że zyski będą rosły o 40% co roku, i wyceni spółkę po księżycowemu.

Wracając do głównego wątku, mamy hossę na giełdzie, i nic specjalnego w gospodarce. Z czasem, ten mały procencik tu i tam doprowadzi jednak do wzrostu zatrudnienia. Wyższa jakość przełoży się też na wzrost zamówień. W efekcie nastąpi boom gospodarczy i powszechne poczucie dobrobytu, ale pieniądze do zarobienia na giełdzie, już zostały zarobione.

Jaki z tego wniosek ?

To co postrzegamy jako rzeczywistość, czy trafniej, naszą codzienność, jest tylko konsekwencją, by nie powiedzieć nudnym dodatkiem, do procesów, które zaszły kilka lat wcześniej. Widzimy też, że studiowanie rzeczywistości i codzienności nie za bardzo się inwestorowi przydaje. Być może załapie się na koniec wzrostu, lub uwierzy w wieczną hossę tuż przed załamaniem. Inwestor musi rozpoznać zaczynające się procesy.  Tylko jak je odgadnąć ?

Ja zwracam uwagę na symbolikę i sygnały. Gdy zdarza się wypadek kolejowy, jest to przypadek. Ale gdy tych wypadków zaczyna zdarzać się nagle więcej, jest to sygnał, że być może ludzie zaczynają niechlujnie wykonywać swoją pracę. Historycznie tak już dwa razy tak w Polsce było, że wzrost liczby wypadków kolejowych przewidział upadek państwa.

 

 

Gdy sędzia jest na telefon, ciała ofiar katastrofy podmienione, stacja budowanego metra jzalana, a działacze rządzącej partii ciągną liną nielegalny interes, można uważać, że to przypadki i wypadki. Tyle, że sporo tego jak na tydzień.

Kapitan, który ostatni schodzi z pokładu był symbolem Imperium Brytyjskiego. W Polsce z symboliką robi się bardzo trudno.  W dniu Święta Niepodległości, "centrum kulturalne" zaprasza niemieckich chuliganów by pomogli w biciu Polaków za noszenie biało-czerwonej flagi. Opinia publiczna zareagowała z wyrozumiałością. Czy kraj, który tak nie szanuje własnych symboli ma szansę przetrwać ? Czy o wydarzeniach na Krakowskim Przedmieściu da się jeszcze, w miarę spokojnie, rozmawiać ? Czy kraj, który zapomniał własną tożsamość cywilizacyjną może przetrwać ? Nie mówię tu już o takich detalach jak powrót dawnego i zasłużonego patrona na bramę Stoczni Gdańskiej.

Symbolem będzie też benzyna po 6 zł. W rzeczywistości nie ma to aż tak dużego znaczenia, czy benzyna jest po 5.90 czy po 6 zł. Ale ma właśnie znacznie symboliczne. Część ludzie pomyśli, że może dzieje się coś złego i zacznie oszczędzać. Ludzie przestraszą się rozwodnienia złotówki i zainwestują w waluty, co tylko dodatkowo rozwodni złotówkę.

By nie było nieporozumień – nie wierzę w magię symboli. Uważam jednak, że przeznaczenie i działanie podyktowane jest charakterem, a symbolika jest tego charakteru odbiciem.

Tagi: giełda, inwestowanie


2012-09-16 18:13
 Oceń wpis
   

Suma kredytów zagrożonych powróciła na ścieżkę wzrostu. W ciągu 12 miesięcy suma kredytów zwiększyła się o 7 mld zł, czyli o 11%. Do końca 2011 roku motorem wzrostu kredytów zagrożonych były kredyty konsumpcyjne, teraz, w tej kategorii widzimy już spadek. Przez ostatnie kilka lat banki też się czegoś nauczyły i nie dawały już kredytów konsumpcyjnych lekką ręką, zaczyna to powoli przynosić spodziewane efekty.

 

 

 

Obecnie pałeczkę przejmują przedsiębiorstwa, które w ciągu roku wygenerowały 4 mld zł złych kredytów. Połowa tej sumy przypada na duże, a druga połowa na małe i średnie przedsiębiorstwa. To co rzuca się w oczy na wykresie, to nagłe przyśpieszenie przez ostatnie kilka miesięcy. Trudno powiedzieć, czy jest to jednorazowy efekt "Euro2012" i "Polski w budowie" czy jest to początek nowego trendu. Jeżeli kredyty zagrożone przedsiębiorstw będą rosły, to banki pójdą po rozum do głowy i zakręcą kurek z kredytami. Może to wepchnąć gospodarkę w jeszcze głębszą recesję. Przedsiębiorstwa nie mogąc się kredytować będą ograniczały produkcję, co będzie wiązało się ze zwolnieniami i niższymi pływami podatkowymi, jak i dalszymi zaległościami płatniczymi.

 

 

Druga grupa nieregularnych kredytów to kredyty hipoteczne. Póki co jest to tylko 8 mld zł, a wzrost to tylko 2 mld zł rocznie. Niepokoi jednak dynamika, 35% w ciągu 12 miesięcy. Przy tej dynamice, za trzy-cztery lata nieregularnych kredytów hipotecznych może się zrobić kilkanaście miliardów.  Generalnie Polacy tak mają, że kredyt hipoteczny jest świętością, i jeżeli ludzie go nie spłacają, to dlatego, że naprawdę nie mają takiej możliwości. Zagrożone kredyty hipoteczne są zapewne więc odbiciem dynamiki bezrobocia w grupie społecznej, która najwięcej się w ostatnich latach zadłużała.

 

 

Podsumowując

O ile sytuacja na rynku kredytów konsumpcyjnych jest pod kontrolą i uleczona, to zaczynają rozwijać się dwa nowe ośrodki zapalne. Banki zareagują ograniczeniem akcji kredytowej, co jest racjonalne, ale krótkoterminowo jedynie pogorszy sytuację. Ograniczenie kredytu jednej firmie spowoduje, że inna firma przestanie obsługiwać swój kredyt. Efekt domina wisi w powietrzu.

Kredyty hipoteczne to znacznie większy problem, choć jego siła rażenia przyjdzie później. Większość  kredytów hipotecznych nie ma zabezpieczenia w hipotece. Wartość mieszkania po obecnych cenach jest sporo niższa niż wartość kredytu. Jeżeli banki by przykręciły śrubę z tymi kredytami, to cen spadną jeszcze bardziej i może dojść do tego, że kredyty we franku będą miały pokrycie w nieruchomości na powiedzmy 30%. Ktoś będzie musiał te straty pokryć.

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2012-09-15 08:53
 Oceń wpis
   

FED ogłosił nowy program luzowania monetarnego, tym razem, zamiast ustalonej całkowitej kwoty programu, ustalona jest kwota miesięczna, a program jest nieograniczony w czasie. Otwarty program o ustalonej, i w razie czego modyfikowanej kwocie miesięcznej, zwiększa przewidywalność polityki monetarnej a tym samym powinien ustabilizować rynek.

Gdzieś w komentarzach pojawiły się ironiczne pytania, dlaczego, jeżeli 40 mld ma pomóc to nie dodrukować 400 mld albo i 4000 mld ? Pytanie z jednej strony mało rozsądne, z drugiej pokazuje brak zrozumienia dla powodów luzowania ilościowego.

Zacznijmy od przykładu. Wyobraźmy sobie, że na jednej wyspie, w sercach ludzi zagościł strach i ludzie pokochali kolekcjonowanie banknotów. Co miesiąc pakują do skarpety 1000 guldenów. Jak zachowa się gospodarka ? Co powinny zrobić władze monetarne ? Odpowiedź jest raczej prosta - ilość pieniędzy w obiegu będzie spadać, spychając gospodarkę w deflacyjną recesję. Władze monetarne powinny co miesiąc drukować orientacyjnie 1000 guldenów, by ilość pieniędzy w obiegu pozostała stała. Ten dodruk nie spowoduje inflacji.

 

 

Ile w skarpetę pakują amerykanie ? Wykres pokazuje, że obecnie, to znaczy od upadku Lehmana, jest to orientacyjnie 500 mld USD rocznie.  Oczywiście dochodzą dodatkowe elementy – jaka część oszczędności przeznaczona jest poprzez kredyt na inwestycje (obecnie niewielka) jak i oszczędności i inwestycje firm. W pierwszym przybliżeniu widzimy, że ludzie w skarpetę pakują 500 mln rocznie i na taką właśnie kwotę jest program luzowania, by ludzie mogli się względnie spokojnie delewarować.
 

Tagi: giełda, inwestowanie


2012-09-08 11:24
 Oceń wpis
   

Kluczowym faktem w Polsce jest obecnie hamowanie gospodarki. Może przerodzić się ono w konkretną recesję a nawet i w kryzys, w stylu 1981 r.  Główne media i ekonomiści opłacani przez państwo powtarzają mantrę, że Polska jest zieloną wyspą, a jakiekolwiek siły recesyjne pochodzą z zewnątrz. Muszę powiedzieć, że do tezy o zewnętrznych przyczynach spadku konsumpcji, i fali bankructw firm budowlanych podchodzę z mocnym sceptycyzmem, by nie powiedzieć, że jest to mydlenie oczu sobie i wyborcom.

Tydzień temu pisałem o podatku VAT, i spadku dochodów z tytułu tego podatku w drugim kwartale. Dzisiaj będzie o drugiej co do wielkości daninie państwowej i największym wydatku państwa - o ubezpieczeniach społecznych.

Pierwszy wykres przedstawia wydatki i składkowe dochody ZUS-u. Różnica między wydatkami a dochodami finansowana jest z innych wpływów, teoretycznie z VAT-u a praktycznie z zadłużenia. Do tej różnicy jeszcze wrócimy.

 

 

W ciągu 6 lat, od 2005 do 2011 roku wydatki wzrosły o 55%, czyli o 7.5% rocznie. W tym czasie składkowe dochody ZUS-u wzrosły jedynie o 30%, czyli o 4.5% rocznie. W 2007 roku rozpoczęły się dwa procesy: po pierwsze przyśpieszony został wzrost emerytur. Od tej pory miały być one waloryzowane co roku a nie po przekroczeniu skumulowanej inflacji o 5%. Waloryzacja uwzględniała dodatkowo wzrost realnych pensji. Drugi proces to obniżka składek płaconych przez pracujących do ZUS-u. W efekcie wydatki wzrosły a dochody spadły. Dziura wzrosła z 30 mld zł w 2005-2007 do 70 mld zł w 2010 roku. Różnica między wydatkami a dochodami składkowymi przedstawiona jest na drugim wykresie.

 

 

Możemy powiedzieć, że wzrost emerytur nie był uzasadniony wzrostem pensji. Możemy też powiedzieć inaczej - Polska przeprowadziła gigantyczny program stymulacyjny. Skala tego programu to ok. 40 mld rocznie, czyli prawie 3% PKB. W ciągu czterech lat program ten kosztował około 150 mld zł.

Program stymulacyjny nie jest od razu czymś złym, ale trzeba przyznać dwie rzeczy. Po pierwsze, że nie jest to normalna sytuacja i kiedyś ten program będzie musiał być zakończony. Po drugie, że kosztem programu będzie konieczność spłacania długów w przyszłości. W skrócie, trzeba jasno powiedzieć, że mamy do czynienia z tymczasowym programem stymulacyjnym. W zaszłym roku zaczęło się odwracanie tego programu, spoprzez podwyżkę składek jak i pseudo-odwracanie poprzez przeksięgowanie składek z OFE na ZUS.

Jakie z tego wnioski ?


Po pierwsze, to że przez ostatnie lata Polska rozwijała się o w tempie 3% rocznie jest zasługą popytowego programu stymulacyjnego. Po drugie, ten program musi dobiec końca, co wiązać się będzie z wygenerowaniem luki popytowej na wspomniane 3% PKB. Pierwsze próby ograniczenia stymulacji przynoszą już widoczny efekt spadku popytu wewnętrznego. Nie ma powodu do zaskoczenia. Po trzecie, przyjdzie pora, gdy nie tylko wpłaty będą musiały się zrównać z wypłatami, ale też wpłaty będą musiały generować nadwyżki, by pokryć koszty programu.

Co najważniejsze ZUS-owy program stymulacyjny nie był jedynym. Trzeci wykres przedstawia deficyt ZUS-u na tle deficytu całego państwa. Do 2008 roku oba deficyty pokrywały się, ale od 2009 roku mamy nowe programy stymulacyjne, na kwotę w sumie 90 mld zł. Te programy też się skończyły, przynajmniej te związane z budową dróg-i-stadionów.

 

 

Wyhamowanie dwóch gigantycznych programów stymulacyjnych zaczyna skutkować wyhamowaniem popytu wewnętrznego i gospodarki, a nieuchronne podwyżki podatków i obniżanie świadczeń skutkować będzie dalszym hamowaniem gospodarki. Przy silnym popycie zewnętrznym efektem będzie stagnacja połączona z przebudową gospodarki z konsumpcji na eksport. W przypadku gdyby ten popyt się nie zmaterializował, albo Polska nie byłaby w stanie wytworzyć towarów atrakcyjnych zagranicą, spowolnienie przerodzi się w recesje lub kryzys.
 

Tagi: giełda, inwestowanie


2012-09-01 09:28
 Oceń wpis
   

Od kilku miesięcy Polska gospodarka wyraźnie hamuje. Oczywiście dla czytelników tego bloga nie jest to zaskoczenie. Zaskoczeniem dla mnie była jedynie reakcja medialna na dane o PKB. Zacznijmy więc od ustalenia faktów, potem przejdziemy do reakcji medialnej by zakończyć moralizatorstwem.

Wyraźne hamowanie popytu wewnętrznego widać od wiosny. Osobiście uważam, że najlepszym wskaźnikiem popytu wewnętrznego są wpływy z VAT-u. Z jednej strony jest to przybliżenie konsumpcji towarów niepodstawowych, bez nisko opodatkowanej żywności. Z drugiej, mierząc wzrost PKB chodzi o to, czy mamy bazę podatkową do spłaty zadłużenia publicznego. Lepiej więc mierzyć bezpośrednio, że rośnie bądź spada to, co jest opodatkowane.

Wpływy z VAT, w normalnych warunkach powinny rosnąć co najmniej o tyle, ile wynosi wzrost nominalnego PKB czyli o ok. 7% rocznie. Dodajmy do, tego, że wzrost PKB, w kraju bez głodu, bardziej idzie w towary objęte podatkiem VAT niż w żywność. Więc wzrost wpływów z VAT-u powinien być trochę większy niż wzrost nominalnego PKB. Miedzy 2010 a 2011 rokiem wpływy z VAT-u rosły stabilnie o 15%. W tym konkretnym przypadku wzrost był jeszcze szybszy, ze względu na wzrost stopy podatku z 22% do 23%.

 

 

 

W tym roku, jeszcze w styczniu VAT był wyższy o 13% niż rok temu. Po czerwcu wpływy były już niższe niż przed rokiem. Jest to jednoznaczny dowód hamowania konsumpcji. Skąd to hamowanie ? Kluczem może być wiosenny wzrost cen benzyny jak i reakcja RPP, czyli podwyżka stóp procentowych, by ludziom się od dobrobytu w głowach nie poprzewracało.

Widzimy więc, że miesiącami media karmiły swoich czytelników bajką o zielonej wyspie na tle europejskiego kryzysu. Co więcej dane mówiące o słabości popytu wewnętrznego były publicznie dostępne od miesięcy. Skąd więc to zaskoczenie ?

Wnioski


Wnioski możne wyciągnąć optymistycznie. Podstawowe mechanizmy gospodarcze można zrozumieć studiując dane źródłowe. Ta wiedza jest publicznie dostępna, ale wymaga własnej analizy – nie jest podana na srebrnej tacy. To co podają główne media, to bardziej to, w co ludzie chcieli by wierzyć. W zasadzie każdy, kto ma wystarczająco dyscypliny by przejrzeć i zrozumieć podstawowe dane statyczne oraz by nie pójść na skróty by dostać wszystko "wyjaśnione" w gazecie może dobrze rozumieć podstawowe podstawowe mechanizmy gospodarcze.

Wnioski rynkowe


Kluczem dalszego rozwoju sytuacji będą wpływy podatków w III kwartale. Podstawą polskiej wiarygodności kredytowej jest szybko rozwijająca się gospodarka. Jeżeli nagle okaże się, że gospodarka rośnie powoli, a sytuacja budżetu pogarsza się zamiast poprawiać, może to wywołać nagłą reakcję rynku. Polska wiarygodność może lawinowo zacząć spadać, a wraz z wiarygodnością spadać będzie złotówka.

Drugim kluczem będzie reakcja rządu na spowolnienie. Mamy generalnie trzy drogi. Pierwsza to reformy: cięcia emerytur i ograniczenie biurokracji, ta droga jest mało prawdopodobna, szczególnie, że wymaga czasu by przyniosła pozytywne efekty. Druga droga, to zwiększenie podatków, ale w sytuacji recesji zwiększanie podatków może spowodować spadek wpływów podatkowych. Trzecia droga to nacjonalizacja OFE i przejadanie oszczędności poupychanych po kątach, z tego co jeszcze zostało. I tego się trzymajmy.

 

Tagi: giełda, inwestowanie