O mnie
 
Ideą tego blogu jest przedstawienie długoterminowych trendów i procesów na rynkach kapitałowym, towarowym i walutowym. Szczególny akcent jest położony na powiązania między tymi rynkami.




Najnowsze komentarze
 
2017-08-21 13:11
Monika1243 do wpisu:
Przeprowadzka
Szkoda, że się przeprowadziłeś z tego bloga, miał dobrą historię. To dzięki tobie zaczęłam[...]
 
2016-07-22 20:37
magowsicka do wpisu:
Co zrobi FED ?
ja uważam że super sposoby na dodawanie statystyk do wordpress opisany jest w tym poradniku[...]
 
2016-01-10 14:49
synonim nielogo do wpisu:
Pora na Świętego Mikołaja
jak tam zyski na opcjach call na S&P500 ze Strikem 2100 i 2200? Naprawdę trzeba być[...]


Kategorie Bloga
 
Ogólne
 
Ulubione
 




Wykres Tygodnia

wykresyGieldowe

2014-11-28 20:44
 Oceń wpis
   

Latem 2012 roku oberguru – Leszek Balcerowicz – grzmiał, że jeżeli RPP nie potrafi utrzymać inflacji w celu, to niech sama się rozwiąże. Chwilę potem gospodarka zaczęła brutalne hamowanie i weszła w deflacyjną recesję. Obecnie słyszę głosy, szczególnie w Strefie Euro, że spadająca cena ropy jeszcze bardziej pogłębi zagrożenie deflacją. Tym razem też będzie na odwrót, jesteśmy zresztą w lustrzanej fazie cyklu Kitchina. Przed nami inflacja.

By zrozumieć związek inflacji z ceną ropy po pierwsze odłożymy na półkę wszelkie wyuczone frazesy (“inflacja jest zjawiskiem monetarnym”) i rozważymy dwa skrajne modele – jeden kraju rozwiniętego i jeden egzotycznego.

Zacznijmy od kraju rozwiniętego. Mimo wzrostu cen ropy ludzie nie zmieniają przyzwyczajeń i kupują tyle samo paliw. Wzrost ceny ropy powoduje statystyczny wzrost cen. Tyle, że czyjś wydatek nie jest czyimś dochodem. Pieniądze wyciekają z kraju rozwiniętego do kraju surowcowego. Część tych pieniędzy wraca jako popyt na maszyny, dobra luksusowe i obligację. Kluczowy jest fakt, że pierwotny wzrost cen nie przekłada się  na większy fundusz płac – nie ma efektów drugiej rundy. Kraj wchodzi w recesją bądź stagnację z bardzo niską inflacją lub deflacją niepaliw (core inflation). Teraz cena ropy spada. Na początku mamy statystyczny spadek cen, ale ludziom w portfelach zostanie po miesiącu lekka stówka. Ta stówka zostanie zamieniona na nową torebkę czy perfumy. Choć towar w większości wyprodukowany jest w Chinach, to największą częścią ceny jest koszt sprzedaży. W przypadku dodatkowego wyjścia do restauracji, nie ma wątpliwości, że pieniądze pozostają w danym kraju. Nawet przy stabilnych w sumie cenach (paliwa + niepaliwa) fundusz płac rośnie. Kraj wchodzi w inflacyjny boom. Zauważmy, że w tej sytuacji wygrane powinny być będą kraje, które są fundamentalnie deflacyjne, np. Niemcy, Szwajcaria czy Japonia.

Teraz przykład kraju bardzo egzotycznego. Kluczową cechą tego kraju jest wysokie bezrobocie wynikające z niedoinwestowania. Przykładowo mamy 10 mln pracujących, 10 mln emerytów, oraz 5 milionów ludzi, którzy nie mogą znaleźć pracy ze względu na niedoinwestowanie. Mamy wysoką inflację, bo potencjał produkcji jest niski. Na inwestycje nie ma pieniędzy, ze względu na wysoką inflację. Błędne koło. Jaki efekt wywoła napływ pieniędzy z zewnątrz ? Wywoła spadek inflacji. Pieniądze pójdą w maszyny, tym samym owe 5 mln ludzi znajdzie pracę. Można będzie przy okazji, obniżyć podatki. Oczywiście wzrośnie konsumpcja, ale produkcja wzrośnie znacznie silniej. Napływ kapitału wyrywa kraj z pułapki wysokiej inflacji. Co to ma wspólnego z ropą ? A no właśnie z surowców najczęściej pochodzi kapitał, który po świecie szczęścia szuka. Zauważmy, że lata 70-te oraz poprzednia dekada to czas globalnego kryzysu energetycznego, ale też rozkwitu Polski i zrywu inwestycyjnego.

Czy załamanie cen ropy, to dla Polski dzisiaj dobrze ?


To trudne pytanie, gdzie jest Polska, między tymi dwoma skrajnymi przypadkami. Mimo wszystko uważam, że bliżej jej do kraju egzotycznego. W poprzednim pokoleniu, po załamaniu się cen ropy, w trzy lata PRL przestał istnieć.

Teraz Polska oparta jest na krótkoterminowym kredycie, często w walutach. Wzrost inflacji w krajach rozwiniętych i wzrost stóp może w Polsce szybko wywołać recesję. W tej sytuacji i spadek złotówki to źle (kredyty we franciszku) a zatrzymywanie kapitału bardzo wysokimi stopami to niedobrze.

Tradycyjnie znajdą się czytelnicy zarzucający mi czarnowidztwo i antypolonizm. Spójrzmy na wig20 w dolarach. Od bardzo dawna stoi, a ostatnio dodatkowo się osuwa. Takie rzeczy nie dzieją się przypadkiem i nie jest to “jedna wielka manipulacja”. Ciężki kapitał rozumie, że Polska na dzisiaj, nie jest właściwym miejscem do inwestowania.

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2014-11-23 11:06
 Oceń wpis
   

Dzisiaj dla rozluźnienia atmosfery trochę ekonomicznej egzotyki. Ze strony progresywnej lewicy na świecie i w Polsce słuchać głosy konieczności wprowadzenia bezwarunkowego dochodu podstawowego. Czyli pensji, która każdemu się należy, bez zadawania pytań. Może czytelnicy tego bloga będą zaszokowani – ale jestem za. W kilku zdaniach wyjaśnię dlaczego jestem za, i dlaczego uważam, że nie jest to wcale taka wielka zmiana dla gospodarki.

Dla ustalenia uwadze rozmawiamy o Polsce. W Polsce dziewięć milionów ludzi otrzymuje emeryturę, a więc świadczenie socjalne, a około 14 milionów ludzi pracuje. Widzimy już na wstępnie, że otrzymywanie czegoś za nic nie jest jakimś szczególnym przypadkiem – jest normą. Po drugie, wszyscy się zgodzą, że podstawowa opieka zdrowotna powinna się należeć wszystkim niezależnie od sytuacji materialnej. Podobnie z podstawową i wyższą edukacją. Elementy bezwarunkowego dochodu, otrzymywanego w naturze, mamy już teraz. Jeżeli dodamy ułamki, to mamy 200 mld zł idące w emerytury, 150 mld zł idące w służbę zdrowia i jakoś tak 80 mld w edukację. Razem mamy 430 mld zł.

Podzielmy te pieniądze na nowo – tym razem po równo. Na mieszkańca Polski wyjdzie 1000 zł miesięcznie. Całkiem sporo. Na czteroosobową rodzinę – 4000 złotych miesięcznie. Naprawdę dużo. W zamian, ludzie oczywiście nie dostaną emerytur. Będą też musieli samodzielnie zrobić sobie ubezpieczenie zdrowotne oraz zapłacić za edukację.

Mamy tutaj paradoks. Postulaty skrajnej lewicy idą pod rękę z postulatami skrajnych liberałów – całkowitej prywatyzacji służby zdrowia i edukacji. Między skrajnościami jest zawsze więcej podobieństw niż między kierunkiem skrajności, ale to już temat na inną dyskusję.

Widzimy więc, że wprowadzenie dochodu podstawowego nie jest jakąś kwestią rewolucyjną, a jedynie kwestią trochę innego podziału tortu. Kto zyska, kto straci ? Najbardziej stracą ludzie z wysokimi emeryturami. Ludzie z najniższymi emeryturami stracą bardzo niewiele. Najwięcej zyskają ludzie z małymi dziećmi, które jeszcze nie muszą płacić za szkołę. Ludzie z dziećmi generalnie będą wygranymi.

Każdy, kto systematycznie czyta ten blog wie, że Polska jest zagrożona biologicznym wymarciem, a ratunkiem może być przedefiniowanie praw i obowiązków starych i młodych. Bezwarunkowy dochód podstawowy byłby krokiem we właściwym kierunku.
 

Tagi: giełda, inwestowanie


2014-11-16 08:33
 Oceń wpis
   

Pokolenie temu, cena ropy wzrosła z okolicy 3 dolarów za baryłkę do prawie 40 dolarów. Po kilkuletniej stabilizacji, w 1985 roku Arabia Sałdyjska rozpoczęła eksploatację nowych złóż, zwiększając w ciągu roku produkcję o 3 miliony baryłek dziennie. Cena spadła z 30 do 10 dolarów za baryłkę i utrzymała się na tym poziomie przez dwanaście lat, do 1998 roku. Pierwszym akcentem taniej ropy był rozpad ZSRR a ostatnim bankructwo Rosji.

W obecnym pokoleniu cena ropy rosła z poziomu 10 dolarów w okolice 140. Po globalnym kryzysie płynnościowym wywołanym eskalacją ceny ropy i krótkim załamaniu kursu, cena ustabilizowała się na poziomie 100 dolarów za baryłkę. W ostatnich latach, za sprawą nowych technologi, produkcja ropy w USA zwiększyła się o z 6 do 10 milionów baryłek dziennie. Cena spada poniżej 80 dolarów za baryłkę. Powstaje pytanie, jaka jest cena docelowa.

 

 

Obecnie koszt wydobycia ropy z łupków to 57 dolarów i systematycznie spada. Jeżeli ta cena zostanie szybko osiągnięta, to zamrozić to może nowe inwestycje. Producentom z tradycyjnych źródeł, opłaca się więc uwalić cenę. Wiedzą, że każdy dzień wysokiej ceny, oznacza rozwój technologii łupkowej i podaż surowca zwiększoną na dekady. Naturalnym celem wydaje się więc 60 dolarów, biorąc pod uwagę logikę pokoleniową, i dalszy spadek ceny wydobycia, za rok-dwa naturalną ceną może być 40 dolarów za baryłkę.

Patrząc z tej perspektywy, na Rosyjskiej giełdzie panuje majówka. Ceny kwotowanego w dolarach indeksu RTS co prawda trochę spadły, ale cały czas są w czterocyfrowym obszarze. Na giełdzie mamy mały spadek ceny, podczas gdy w gospodarce mamy resetującą się walutę i nagłe zniknięcie fundamentu finansów publicznych oraz fundamentu gospodarki. Dlatego takie spadki, to nie żadna bessa a majówka. Dzisiaj mamy dodatkowo ciekawą sytuację – cena broni potrójnego wsparcia: psychologicznego poziomu 1000 punktów, zniesienia harmonicznego oraz średniej 200-miesięcznej. Trzy potężna wsparcia.

 

 

Historycznie rzecz ujmując, kryzys płynnościowy z końca lat 90-tych doprowadził do przeceny o 90%. Choć warunki gospodarcze wtedy się nie pogorszyły. Obecnie mamy pogorszenie warunków gospodarczych plus kryzys płynnościowy związany i z upadkiem eksportu i z sankcjami. Naturalnym celem jest spadek mocno poniżej 500, przy czym ten poziom nie będzie okazją do zakupów. To jest coś więcej niż tylko kryzys płynności, spodziewać się raczej można rozpadu Rosji i utraty kontroli nad bogatą w surowce Syberią.

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2014-11-08 19:32
 Oceń wpis
   

Nasza historia zaczyna się w połowie XIX wieku. Rolnik mógł zawrzeć kontrakt z piekarzem, że dostarczy mu, powiedzmy, w sierpniu, worek pszenicy po ustalonej z góry cenie. W ten sposób, obie strony zabezpieczyły się cenowo, i ryzyko związane z prowadzeniem biznesu spadło – mogli się skupić na tym, co dobrze rozumieją, czyli uprawie ziemi, względnie pieczenie chleba.

Taka umowa ma jednak trzy, nie tyle wady, co niedociągnięcia. Po pierwsze obie strony biorą na siebie ryzyko niewypłacalności partnera. Po drugie, tak zawarty kontrakt można sprzedać, ale może być to problematyczne – musimy znaleźć kogoś, kto chce kupić pszenicę na konkretną datę w konkretnej ilości. Po trzecie, nie wiemy kto z kim jak się umówił, nie ma publicznej ceny, która pełniłaby funkcję koordynacyjną.

Rozwiązaniem tych problemów są kontrakty futures. Są to standaryzowane co do dat i wielkości kontrakty, których obrót następuje poprzez giełdę towarową. Człowiek wystawia kontrakt poprzez swojego brokera. Broker pilnuje swojego klienta, ale to broker bierze na siebie ryzyko jego niewypłacalności. Gdyby zbankrutował broker, wtedy wszyscy brokerzy tworzący giełdę biorą straty na siebie. W skrócie, mając kontrakt nie ma ryzyka niewypłacalności drugiej strony. Dzięki standardowym wielkościom i datom rozliczeń oraz zdefiniowania dopłaty za wahania jakości kontrakt ma dużą płynność. Można nim dowolnie handlować, może być też np. zabezpieczeniem kredytu na nawozy. Dzięki szerokiemu obrotowi kontraktów i cenie następuje koordynacja produkcji. Rolnik widzi za jakie ceny będzie mógł odpowiedni towar sprzedać i odpowiednio obsiewa pola. Same zalety.

Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że początkowo jednym z najważniejszych rynków były zamrożone żółtka jajek. Jajka produkowane są głowni w sezonie letnim, ale konsumowane są cały rok. Dzięki giełdzie, konsumpcja zimą dostrajała się pozostałego w magazynach zapasu. Gdy w latach 60-tych pojawiły się oświetlane fermy, ze stałą całoroczną produkcją, rynek futures na jajka nie był już potrzebny i zwyczajnie zniknął.

Zanim przejdziemy do opcji, chcę się wytłumaczyć, dlaczego o tym piszę. My szaraczki sobie tu spekulujemy, ale to wszystko razem ma głębszy sens i nie można tego głębszego sensu z oczu tracić, gdyż w kluczowych momentach rynku to on właśnie dyktuje warunki. Taki kluczowy moment mamy właśnie teraz, kiedy za sprawą ropy z łupków rynek zalany jest ropą. I ten nadmiar ropy jest dominantą wszystkich rynków surowcowych, a przy okazji rynku walut i ruchów wojsk. Do tej pory było przyzwyczajenie, że wraz ze wzrostem giełdy rośnie też cena ropy, teraz jest odwrotnie, im bardziej ropa spada, tym bardziej rośnie giełda. Nasze przyzwyczajenia giełdowe musimy na nowo wyskalować, albo powrócić do przyzwyczajeń z lat 90-tych.

Teraz przechodzimy do opcji. Piekarzowi nie zawsze musi się opłacać być związanym kontraktem. Ma on kontrakt L i ma prawo ale też obowiązek do zakupu po danej cenie. Piekarz wolałby mieć prawo, ale nie mieć obowiązku. Strategia jest taka – gdy cena surowca spada, chciałbym na tym skorzystać, ale zabezpieczyć się przed eskalacją ceny. Opcja, jest to prawo, ale nie obowiązek, do zakupu (CALL) lub sprzedaży (PUT) danego towary po z góry określonej cenie. Po drugiej stronie ktoś wystawia opcje – ma on obowiązek, ale pobiera za to opłatę. Wystawianie opcji jest podobne do prowadzenia działalności ubezpieczeniowej.

Teraz zadajmy sobie pytanie ile powinna kosztować opcja. Ile warte jest prawo, by za rok móc sprzedać złoto po 1100 usd/Oz. Za odpowiedź na to pytanie, można było kilkadziesiąt lat temu dostać nagrodę Nobla. Intuicyjnie wiemy, że powinno to zależeć od obecnej ceny i od tego, jak cena fluktuuje. Co więcej, ceny wszystkich opcji jakie możemy wystawić na dany towar – a więc o zapadalności w konkretnych miesiącach i o różnych kwotach wykonania (STRIKE) powinny być ze sobą związane. Wyznaczanie tych wszystkich cen razem to właśnie inżynieria finansowa. Najlepszym wprowadzeniem do niej jest pozycja John C. Hull “Opcje, futures i inne derywatywy” (tłumaczenie tytułu własne). Książka wymaga pewnego przygotowania matematycznego, ja studiowałem fizykę, więc nie było problemu :-)

Kilka pojęć. Opcja ma wartość własną i wartość w czasie. Jeżeli mam opcję PUT ze STRIKE 100 a cena wynosi 90, to wartość własna wynosi 10 (wartość w czasie zależy od wielu parametrów). Jestem w pieniądzu. Przy cenie 100 jestem na pieniądzu. Przy wyższej cenie jestem poza pieniądzem. Każda opcja ma poziom break-even. Mówi ona, jaki poziom ceny musi być osiągnięty, by zakup opcji mi się opłacił. Jeżeli opcja PUT ze STRIKE 100  kosztuje teraz 10, to break-even wynosi 90. Jeżeli cena w dniu rozliczenia spadnie poniżej 90, to zarabiam, jeżeli jest wyżej niż 90, to tracę, jeżeli cena jest wyżej niż 100 to opcja na rozliczeniu ma wartość 0 i tracę wszystko. Z opcjami nie wystarczy przewidzieć kierunek – ruch musi być silniejszy niż wyceniony w opcji.

Czyli jak na tym spekulować ?

Tutaj pierwsza ważna uwaga, w świecie opcji i inżynierii finansowej nie ma czegoś takiego jak trend, analiza techniczna, wsparcia i opory. Jest tylko obecna cena, koszt pieniądza bezryzykowego oraz zmienność. Inżynieria finansowa zakłada, że rynek jest w pełni efektywny i tu jest nasza – drobnych spekulantów – szansa.

Zakładam przy tym, że spekulujemy kupując opcje. Jeżeli ktoś chce wystawiać opcje, to radzę mu, by dwa razy się zastanowił. Wystawiając opcję, a szczególnie gołą opcję, wystawiamy się na ryzyko nieograniczonych strat.

Rozważmy taki przykład. W piątek ma być rozliczenie opcji na S&P500, które obecnie jest na poziomie 2030. Ze względu na jakieś zawirowania, cena spada i zmienność rośnie. Powoduje to, że wystawiający opcję zabezpieczają się zajmując krótką pozycję na kontraktach.  W tym momencie perspektywy spółek nie mają znaczenia. Liczy się, że konkretnego dnia muszę wyrównać różnice w wycenie. Powoduje to kaskadę wyprzedaży – i dla długoterminowego inwestora jest to świetna okazja do zakupu akcji.
 
Drugi przykład. Duża wyprzedaż. Zwykle mamy trzy fazy. Pierwsza fala wyprzedaży, później stabilizacja i wreszcie druga fala. Analiza techniczna podpowiada nam, że stabilizacja się kończy i zaraz zacznie się druga fala wyprzedaży. Jest to świetna okazja na kupienie opcji PUT. Opcje nie znają analizy technicznej ale widzą, że ostatnio zmienność była mała, spodziewają się więc też niskiej zmienności w przyszłości. Podczas wyprzedaży zarabiamy i na spadku kursu i na wzroście zmienności, który przekłada się na wzrost wartości w czasie. Nie zawsze trafimy z pierwszą serią opcji na wyprzedaż, czasem widzimy wyprzedaż już, a ona przyjdzie dopiero za trzy miesiące, wtedy często na pierwszej serii opcji tracimy. Mimo problemów, jest to właśnie wymarzona sytuacja do zarabiania na opcjach.

Podobna sytuacja zdarza się, gdy cena nie chce więcej rosnąć i wali głową w sufit. Cena de facto stoi w miejscu więc i ceny opcji spadają. W takiej sytuacji możemy zagrać na dwie strony kupując opcję CALL i PUT. Zyskujemy, gdy cena się wybije, tracimy zawsze, gdy cena stoi w miejscu.

Opcje czy kontrakty ?

Ja kupuję tylko kontrakty syntetyczne ze stop-losem w środku. Gdy stop loss jest naruszony, jest po sprawie. Gdy można wyznaczyć blisko konkretny poziom stop-loss, lepsze są kontrakty. Aczkolwiek kiedyś zdarzyło mi się być wywalonym z rynku tuż przed wielką wyprzedażą. Człowiek zawsze ma dylemat: zbyt ciasny stop-loss – wywali mnie, zbyt duży – ryzyko strat rośnie. Koszmar :-) Opcje umożliwiają ominięcie problemu stop-lossa. Tyle, że teraz wyprzedaż musi nastąpić w konkretnym czasie.

Strategią jaką często stosuje, to kupno opcji daleko poza pieniądzem. Dzięki tej opcji można grać z lewarem typu 30, bez stop-lossa. Przy kontraktach, taki lewar oznacza, że ruch o 3% w złym kierunku to wywalenie z rynku. Jest to typowe granie na załamanie. Czasem się uda, czasem nie. Gdy się uda, można całkiem przyzwoicie zarobić, przy niewielkim zaangażowaniu kapitału.

Piszę tutaj głównie o opcjach PUT. Opcji używam głownie do gry na spadek. Wzrosty są zwykle spokojniejsze niż spadki, i do gry na nich preferuje inne instrumenty – zwykłe akcje, lub certyfikaty na indeksy. Grając na wzrost wierzę w spółkę lub sektor i angażuje większą porcję kapitału, nie martwiąc się nadmiernie o fluktuację. Większość akcji, długo trzymam, Apple to będzie już z osiem lat. Granie na spadki, to granie na rozgrzanym rynku kończącej się euforii. To granie na przejściu z euforii, poprzez strach do desperacji. Tu się łatwo pomylić i trzeba ostrożnie kontrolować straty.

 

Tagi: giełda, inwestowanie