O mnie
 
Ideą tego blogu jest przedstawienie długoterminowych trendów i procesów na rynkach kapitałowym, towarowym i walutowym. Szczególny akcent jest położony na powiązania między tymi rynkami.




Najnowsze komentarze
 
2017-08-21 13:11
Monika1243 do wpisu:
Przeprowadzka
Szkoda, że się przeprowadziłeś z tego bloga, miał dobrą historię. To dzięki tobie zaczęłam[...]
 
2016-07-22 20:37
magowsicka do wpisu:
Co zrobi FED ?
ja uważam że super sposoby na dodawanie statystyk do wordpress opisany jest w tym poradniku[...]
 
2016-01-10 14:49
synonim nielogo do wpisu:
Pora na Świętego Mikołaja
jak tam zyski na opcjach call na S&P500 ze Strikem 2100 i 2200? Naprawdę trzeba być[...]


Kategorie Bloga
 
Ogólne
 
Ulubione
 




Wykres Tygodnia

wykresyGieldowe

2015-02-28 09:21
 Oceń wpis
   

Dzisiaj pozostajemy przy temacie Niemiec, gdzie w zeszłym roku bezrobocie spadło do najniższego poziomu od ponad dwudziestu lat. Pierwsza refleksja jaka przychodzi, to jak zareagowaliby ludzie w 1991 roku, gdyby im powiedzieć, że obecny poziom bezrobocia będzie osiągnięty dopiero za dwadzieścia lat ? Jak zareagowaliby Polacy, gdyby im powiedzieć, że co nie zostało wybudowane na Euro2012 będzie zaczęte dopiero po 2030 roku ? Gospodarka porusza się długimi trendami, ale podczas codziennej bieganiny łatwo o tym zapomnieć.

 

 

Spójrzmy na wykres. Od lat 90-tych bezrobocie systematycznie rosło osiągając szczyt w 2005 roku. Na wykresie przedstawione są dane średnioroczne, ale pamiętam jak w 2005 roku media epatowały czytelników liczbą 5 milionów. Warto dodać, że w 2005 roku weszła reforma Hartz IV, czyli połączenie ubezpieczenia od bezrobocia z opieką społeczną. Ludzie, którzy byli pod kuratelą pomocy społecznej, musieli zarejestrować się jako bezrobotni, trochę sztucznie podkręcając statystyki.

Od 2005 roku bezrobocie spada. Na tym wykresie nie widać żadnego kryzysu, tylko mały ząbek w 2009 roku. Zamiast zwalniać ludzi, i przy okazji rozpraszać zgromadzony know-how, firmy z problemami przeszły na tryb pracy w niepełnym wymiarze godzin. Od 2011 roku bezrobocie ustabilizowało się na poziomie niecałych 3 milionów i od tamtej pory już nie spada.

Z tych trzech milionów, około 2 miliony stanowią ludzie niezatrudnialni. Ludzie od lat w systemie Hartz IV, od lat niepracujący, bez kwalifikacji, często bez znajomości języka. Pozostały milion to lokalne bezrobocie strukturalne. Są obszary i zawody, gdzie bezrobocie występuje, ale na prawdziwe bezrobocie strukturalne zwyczajnie nie ma miejsca.

 

 

Spójrzmy teraz na wykres zatrudnienia. Zatrudnienie w zeszłym roku zwiększyło się o 400 tyś ludzi. Od 2011 roku, czyli odkąd bezrobocie pozostaje na stabilnym poziomie, zatrudnienie zwiększyło się o 1.5 mln ludzi. Skąd ci ludzie się wzięli ? Częściową odpowiedzią jest “cicha rezerwa”. Są to głownie kobiety powracające na rynek pracy – nie opłacało im się rejestrować, gdyż nie przysługuje im zasiłek dla bezrobotnych ani zasiłek społeczny, jeżeli mąż zarabia normalne pieniądze. Ta “cicha rezerwa” jest jeszcze obecnie szacowana na 500 tyś. osób. Do tego dochodzi imigracja, która ostatnio szacowana jest na 200 tyś rocznie. Mówię tutaj o imigracji zarobkowej w ramach Unii Europejskiej. Nie mówię tutaj o kolejnych 200 tysiącach azylantów z terenów wojennych – ci są poza głównym obiegiem gospodarki. 

Warto może wspomnieć, że wzrost zatrudnienia poparty jest wpływami do systemu ubezpieczeń społecznych oraz podatkami dochodowymi. Niemcy mają bardzo progresywny podatek dochodowy z wysoką kwotą wolną (20 tyś euro rocznie na głowę rodziny). Jeżeli zarobki zaczynają przekraczać kwotę wolną, od każdego euro płaci się wyższy podatek. Wpływy podatkowe rosną więc dużo szybciej niż fundusz płac.

Na początku poprzedniej dekady Niemcy były chorym człowiekiem Europy. Problemem był niski wzrost połączony z bezrobociem strukturalnym i deficytem finansów publicznych. Metodą małych, ale systematycznych kroków, sytuacja odwróciła się radykalnie. Od 2011 roku sektor finansów publicznych ma nadwyżkę. Bezrobocie obecnie nie stanowi już  problemu. Problemem jest przyciągnięcie jak największej siły roboczej oraz wykształcenie ludzi, by byli zdolni do pracy.

W unii walutowej reformy jednego kraju zaburzają równowagę całego systemu. Reformy, tak zwana Agenda 2010, doprowadziła do powstania sektora niskich płac i niskiej stabilności pracy. Była też elementem hamującym wzrost płac. Wcześniej zwolniony pracownik dostawał przyzwoity zasiłek, dopóki nie znalazł pracy na tym samym lub lepszym poziomie płacowym. Nie był zainteresowany pracą na gorszych warunkach. Po reformie Hartz IV pracownik dostawał wysoki zasiłek jedynie rok, a potem już szukał też słabiej płatnej pracy. Wybiło to związkowcom z ręki kartę przetargową a Petera Hartza uczyniło jednym z najbardziej znienawidzonych ludzi w Niemczech.

W 2010 roku czytałem, że w Niemczech przez dekadę jednostkowe koszty pracy wzrosły o 2%. W tym czasie w Hiszpanii wzrosły o 30% a w Grecji o 40%. Nie jest więc zaskoczeniem, że kraje te straciły konkurencyjność, co jest jednym z filarów obecnych problemów krajów południa.

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2015-02-25 20:02
 Oceń wpis
   

Dzisiejszy “Die Welt” podał wyniki badania opinii, wobec którego nie mogę przejść obojętnie. Pytanie brzmiało – o ile wzrósł DAX w ciągu ostatnich 5 lat. Jak widzimy, pytanie jest bardzo konkretne i dotyczy jednoznacznie weryfikowalnego faktu. Do więcej, dotyczy informacji, która jest powszechnie dostępna a nawet pełno jej w przestrzeni publicznej.

Wyniki są porażające. Jedynie 10% ludzie odpowiedziało trafnie, że o około 100%. Większość ludzi twierdzi, że o około 20%, lub nie ma pojęcia.

 

 

Ostatnio kluczowe pytanie brzmi – czy rynek nie jest przypadkiem przegrzany. Kończy się szósty rok hossy, a od ostatniej głębszej korekty mija już prawie cztery lata. Te wyniki pokazują, że ta hossa rozgrywa się całkowicie bez publiczności. Ludzie są do akcji zrażeni, obojętni. Zbyt zajęci pompowaniem bańki na obligacjach, by zwrócić uwagę na udział w przedsiębiorstwach.

Osobne pytanie  brzmi, czy to, że hołota-gołota nie wie czy jest hossa czy bessa ma jakieś znaczenie dla przyszłości rynku. Rok temu “Wirtschaft Woche” z okazji dyskusji nad wprowadzeniem płacy minimalnej podał rozkład majątku w zależności od zarobków. Tutaj możemy szukać podpowiedzi.

Połowa ludzi, licząc od strony najmniej zarabiających, nie ma żadnego majątku. Ludzie ci, wydając wszystko na bieżąco i żyjąc od pierwszego do pierwszego zachowują się, paradoksalnie, bardzo racjonalnie. Najważniejsze co mają, to prawo do emerytury, prawo do bezpłatnego leczenia, a w przypadku problemów – prawo do opieki społecznej. Trzymanie oszczędności się nie opłaca – w razie jak by co, to zamiast od razu przejść na garnuszek państwa będzie człowiek musiał przejeść oszczędności. Opnie tej grupy dla giełdy nie ma znaczenia.

Cały majątek jest podzielony między dwie grupy. Połowę ma 10% najlepiej zarabiających. Drugą połowę ma pozostałe 40% społeczeństwa. Przez majątek rozumiane są tu nieruchomości, płynne aktywa i udziały w przedsiębiorstwach ale również pojazdy i błyskotki. Można założyć, że spora część tego majątku jest w nieruchomościach.

Być może, z tych 40% połowa ma majątek tylko w nieruchomości i nie ma większych aktywów płynnych. Mimo wszystko, co najmniej 20% ludzi ma majątek, który chce pomnożyć i przy tym nie ma pojęcia o panującej na frankfurckim parkiecie hossie.

Wniosek, który musimy wyciągnąć, to że przyjmowanie kontrariańskiej postawy wobec opinii większość, ale większości ekspertów nie jest koniecznie sprytnym rozwiązaniem. Nowa krew może dopływać całkiem z boku, a z boku stoi obecnie przytłaczająca większość.

Drugi wniosek, jest taki, że to ludzie, jako całość mają bardzo słabą wiedzę na temat procesów gospodarczych. Nie mówimy tutaj o jakiejś zawiłości, ale o ogólnej charakterystyce publicznie dostępnego i wałkowanego codziennie w mediach wskaźnika. W tym momencie trzeba sobie zadać pytanie, na jakich nogach stoi demokracja – ale to już temat na zupełnie osobny wpis.

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2015-02-06 18:19
 Oceń wpis
   

Raport z amerykańskiego rynku pracy co miesiąc powoduje ogromne emocje i znaczące ruchy kursów. Dzisiaj chciałbym zwrócić uwagę na jeden malutki drobiazg. Dane podawane są w pierwszy piątek miesiąca, a potem przez następne dwa miesiące są korygowane. W styczniu następuje końcowa korekta wszystkich danych z poprzedniego roku. Teraz będzie jest kluczowy fakt: zmiana zatrudnienia podawana jest względem skorygowanej wartości, przy czym ostatnio te korekty są bardzo duże i zawsze w górę.

Przykład. Koś sprawdził w październiku, że pracuje 139.360 tyś. (przepraszam: tys.) ludzi. W następnych miesiącach nagłówki prasowe podały wzrost zatrudnienia o 321, 252 i dzisiaj o 267 tysięcy ludzi. Czyli teraz zatrudnienie powinno wynosić 140.510 ? Nie. Wynosi 140.850, ponad 300 tyś więcej. Różnica między rzeczywistym a “nagłówkowym” wzrostem zatrudnienia wynosi 40%. Dużo. Bardzo dużo.

Tabela podaje całkowite zatrudnienie i jego wzrost w ostatnich miesiącach. W pierwszych kolumnach mamy całkowite zatrudnienie w miesiącach i kolejnych rewizjach. Następnie “nagłówkowy” wzrost zatrudnienia oraz “cichy” wzrost – różnica między stanem zatrudnienie sprzed miesiąca według danych miesięcznych i obecnych w momencie raportowania.

 

 

Jak widzimy, ostatnio co miesiąc było “gubione” 50 tyś. ludzi. W tym miesiącu różnica wynosi 245 tyś. z czego 100 tyś. to ludzie “zgubieni” do października a 150 tyś. dodatkowo zgubieni przez ostatnie trzy miesiące.

Powstaje pytanie, skąd się biorą korekty. Z tego co zrozumiałem, z czasem zwiększa się próba statystyczna. Powinna ona jednak manifestować poprzez fluktuacje a nie systematyczne przesunięcie. Dodatkowo, korekta uwzględnia nowo powstałe firmy, które siłą faktu pojawiają się w próbkach z opóźnieniem. Wydaje się, że z tym właśnie mamy do czynienia. Powstaje dużo małych firm i dlatego faktyczny wzrost zatrudnienia jest dużo większy niż “nagłówkowy”.
 

Tagi: giełda, inwestowanie


2015-02-04 15:39
 Oceń wpis
   

Wig20 jest dramatycznie słaby. Gdy główne indeksy – S&P500 i DAX – co chwilę biją nowe rekordy wszechczasów, Wig20Usd praktycznie nie podniósł się po wyprzedaży w 2011 roku. Widzimy to na pięcioletnim wykresie indeksu Wig20 liczonego w dolarach.

 

 

Przyczyną tej słabości nie jest spisek cyklistów z leśniczymi, tylko skład sektorowy głównego warszawskiego indeksu. By to lepiej to zrozumieć zróbmy szybką analizę sektorów DAX-a. Liderami wzrostów są spółki farmaceutyczne. Na wykresie widzimy rozwój ceny akcji firm: Fresenius, Bayer i Merck. Z Merckiem łączy się mała anegdotka. Jest to jedna z najstarszych firm na świecie, założona w 1668 roku. W czasie IWŚ Amerykańska część Mercka została znacjonalizowana i stanowi teraz osobną firmę, pod tą samą nazwą, większą zresztą od niemieckiego Mercka.

 

 

Kolejny wykres to producenci samochodów: Daimler i BMW oraz spółka Infineon, dawny Siemens Semiconductors. Tu również widzimy piękne wzrosty. Infineon nie robi samochodów, tylko podzespoły to smartfonów czy pociągów, ale porusza się w tym samym rytmie co samochodówka. Nie ukrywajmy przy tym, że Infineon spadł najpierw ze stówy na 6 euro, a potem z 6 euro na 60 centów. Akcjonariusze zostali konkretnie przeczołgani. Tak się jednak składa, że moja przygoda z tą spółką zaczęła się właśnie w okolicy 60-80 centów. Mam więc do niej ogromny sentyment.

 

 

Nie wszyscy jednak piją szampana. Banki wyglądają słabo z elementami wpadek. Commerzbank w 2013 roku otarł się o bankructwo. Podobnie usługi publiczne i produkcja energii. Na wykresie pięcioletnim widzimy ciągłe osuwanie się.

 

 

 

W Wigu mamy PZU, który jest de facto funduszem obligacyjnym i w czasach malejących długoterminowych stóp procentowych pnie się do góry. Podobnie zresztą jak Allianz. Tutaj trzeba dodać, że 10-cio latki obecnie dają 2%. Oznacza to, że przez następne 10 lat do zarobienie jest 20%. Tylko 20%. Ale może być i tak, że cały ten zysk będzie zrobiony np. w tym roku. W skrócie: PZU jest warszawskim beneficjentem mega-bańki na obligacjach i ciągnie też indeks, ale nie będzie to trwało wiecznie.

Potem mamy banki. Dużo banków. Jakoś tak 37% udziału w indeksie. Tutaj mamy przez ostatnie lata słabość a będzie jedynie gorzej. Jedną sprawą są kredyty we frankach. Druga sprawa, to że kredyty złotówkowe są udzielane według stopy zmiennej. Jeżeli inflacja wzrośnie, a wzrośnie, i jeżeli RPP coś odpali, a dlaczego miało by tym razem nie odpalić, to ludzie z kredytami w złotówkach też mogą zacząć tracić możliwość spłaty. Oczywiście tutaj nie ma problemu, że nieruchomość jest warta połowę kredytu, ale straty mimo to będą. Generalnie akcja kredytowa będzie malała, ze względów demograficznych i sektor się będzie zwijał.

Następnie mamy sektor usług publicznych, energetyka i wreszcie surowcówka. Surowcówka ostatnio leciała jastrzębia lotem ale ostatnio zaczęła się podnosić. Wyprzedaż ropy i całej reszty chyba się już skończyła, ale na jakieś trwałe wzrosty bym nie liczył. Podobnie z usługami publicznymi i dystrybucją energii. Przykład Niemiec pokazuje, że tu też nie ma siły.

Wig jest słaby, ponieważ brakuje w nim sektorów, generujących wzrost. Tymi sektorami są obecnie spółki farmaceutyczne, samochodówka oraz nowoczesny przemysł. Pytanie na wyższym poziomie brzmi, dlaczego tych spółek nie ma. Są to firmy, które nie powstały z dnia na dzień, prowadziły solidny biznes przez dekady. Tego w Polsce dramatycznie brakuje.

Na koniec mała anegdotka. Gdy zaczynałem interesować się giełdą, jakoś tak w 2006 roku, czytałem informacje i tabelki z liczbami o różnych spółkach. O ekonomi czy księgowości miałem wtedy niewielkie pojęcie, ale potrafiłem analizować liczby. Trafiłem na taką jedną spółkę, silnie rosnącą – Bioton. Zorientowałem się, że spółka faktycznie ma, okazyjnie, jakieś obroty ze sprzedaży insuliny, ale głównym profilem działalności jest drukowanie akcji. Wtedy zapaliła mi się czerwona lampka, coś tu nie tak … Z perspektywy czasu, szkoda, że ta mega-hossa 2005-2007 rozegrała się tak, jak się rozegrała.

 

Tagi: giełda, inwestowanie