O mnie
 
Ideą tego blogu jest przedstawienie długoterminowych trendów i procesów na rynkach kapitałowym, towarowym i walutowym. Szczególny akcent jest położony na powiązania między tymi rynkami.




Najnowsze komentarze
 
2017-08-21 13:11
Monika1243 do wpisu:
Przeprowadzka
Szkoda, że się przeprowadziłeś z tego bloga, miał dobrą historię. To dzięki tobie zaczęłam[...]
 
2016-07-22 20:37
magowsicka do wpisu:
Co zrobi FED ?
ja uważam że super sposoby na dodawanie statystyk do wordpress opisany jest w tym poradniku[...]
 
2016-01-10 14:49
synonim nielogo do wpisu:
Pora na Świętego Mikołaja
jak tam zyski na opcjach call na S&P500 ze Strikem 2100 i 2200? Naprawdę trzeba być[...]


Kategorie Bloga
 
Ogólne
 
Ulubione
 




Wykres Tygodnia

wykresyGieldowe

2009-05-13 09:36
 Oceń wpis
   

Latem czeka Polskę nowelizacja budżetu i jest to dobra okazja do przemyślenia, czy możliwe jest przeprowadzenia ataku walutowego. By omówić możliwe scenariusze, muszę niestety otrzeć się o politykę.

Zacznijmy od początku, czyli jesieni 2007 r. Nowo wybrany rząd odziedziczył nadwyżkę względem planowanego budżetu na 6 mld zł. (wszystkie liczby z pamięci, więc mogą się byki trafić). Można było zamknąć rok z deficytem 10 mld zł,  jednakże pełen deficyt został wykorzystany, a pieniądze te zostały przeznaczone na zasilenie ZUSu, czyli de facto przerolowane na 2008 r. Operacja przeprowadzona była w celu propagandowym, pod hasłem "nowy rząd, oszczędzając na sobie, ograniczna deficyt na 2008 r. ". Było to zwykłe działanie PR-owe, żadnych realnych oszczędności nie było, ale ani prasa ani społeczeństwo wolało tego nie widzieć.

Jesienią 2008 rozpoczęło się załamanie złotówki. Rząd wskazuje palcem, poucza i oskarża kilka znanych banków inwestycyjnych o spekulacje walutowe. Wtóruje w tym prasa. Dopiero kilka miesięcy później okazało się, że w tym samym czasie rząd kłamał na temat deficytu sektora finansów publicznych (SFP), a w grudniu nie płacił rachunków MON.

Na początku 2009 r. rząd wzywa swoich ministrów, by znaleźli 20 mld zł oszczędności, co udaje się im w kilka dni. Problem w tym, że 10 mld zł tych oszczędności, to jedynie wypchnięcie kosztów z budżetu, ale cały czas w obrębie SFP (kryteria przyjęcia Euro dotyczą SFP).  W tym momencie zaczyna się przebąkiwanie, że latem potrzebna będzie nowelizacja budżetu.

Wiosną, Komisja Europejska przedstawia mocno pesymistyczną prognozę rozwoju Polskiej gospodarki na 2009 i 2010 rok. Rząd odpowiada, że ekonomiści KE nie znają Polskiej specyfiki, a kraje przypisują do regonów. Rząd potwierdza swoją prognozę wzrostu gospodarczego o 1.7%.  W międzyczasie rząd zorganizował linię kredytową z IMF do obrony waluty w przypadku usztywnienia kursu wobec Euro w systemie ERM2.


Jaka będzie nowela ?

Widzę trzy możliwe scenariusze. Pierwsze rozwiązanie to ujawnienie rzeczywistej sytuacji i wzięcie zapasu na możliwą recesję, by nie nowelizować jesienią. W tej sytuacji może pojawić się szokująca liczba typu 60 mld zł.  Naturalną konsekwencją byłoby zdecydowanie osłabienie się złotówki. Warto wspomnieć, że szybkie ograniczenie wydatków możliwe jest tylko w przypadku inwestycji, których zaniechanie pogłębi jedynie spowolnienie gospodarcze. Strukturalne reformy wymagają planu, czasu i spokoju.

Druga opcja, to wzrost para-podatków, w pierwszej kolejności składki zdrowotnej oraz dopłat "ekologicznych". To rozwiązanie ma swoje zalety, w szczególności nie generuje dodatkowego zadłużenia, ale wymaga globalnego ożywienia gospodarczego. Przeprowadzenie tej operacji może ułatwić ogromna popularność rządu. Wzrost podatków może jednak być źródłem bezrobocia, poprzez spadek konsumpcji i rentowności przedsiębiorstw. Przy braku globalnej siły tworzącej miejsca pracy jest to prosta droga do spirali zwolnień i do ogromnego deficytu za rok.

Trzecia opcja to iść w zaparte. Czyli kombinacja małego zwiąkszenia deficytu, małej zwyżki para-podatków, wypychanie kosztów poza budżet i odwlekanie płacenia rachunków. Elementem tego scenariusza są też próby zwiększenia wpływów poprzez wzrost ściągnalności podatków. Obserwując dotychczasowy styl pracy rządu, ten scenariusz można uznać za najbardziej prawdopodobny.

Ten scenariusz tworzy mentną wodę, w której szczupaki mogą grasować. W szczególności, późną jesienią może się okazać, że jest znacznie gorzej niż rząd obiecywał i niezbędna będzie druga nowela budżetu. Jeżeli ktoś chce przewrócić złotówkę, to właśnie podczas tej drugiej noweli jest właściwy moment.  Spadek złotówki spowoduje zmniejszenia stopnia wypłacalności banków, poprzez wzrost wartości kredytów w CHF, który w konsekwencji może doprowadzić do całkowitego zamrożenia akcji kredytowej.


Sytuacja na świecie

Trzeba też spojrzeć na sytuację w szerszej perspektywie. Wiele wskazuje na to, że giełdy będą rosły, a USA uderzyło już, lub wkrótce uderzy o dno recesji. Do tego dna, w Europie i Polsce jeszcze dłuższa droga (credit crunch w Polsce zaczął się rok później niż w USA). W okolicach jesieni, FED może zdecydować się na pierwszą podwyżkę stóp procentowych czego wynikiem może być wzrost dolara a odwrót do surowców i walut krajów wschodzących.
 

Tagi: waluty, deficyt budżetowy, nowelizacja budżetu


2009-05-07 21:45
 Oceń wpis
   

Na giełdzie panuje trend wzrostowy, ale za rogiem cały czas czyhają niebezpieczeństwa. Przedstawiłem tutaj cztery z nich, co ciekawe, trzy zlokalizowane w Europie Środkowo–Wschodniej

1. Wzrost stóp procentowych w Szwajcarii.

Globalna inflacje wkrótce da o sobie znak, co będzie wiązało się ze wzrostem stóp procentowych, najpierw w USA potem w Europie i również w Szwajcarii. Szwajcarski bank centralny powiedział, że nie będzie oglądał się na spekulantów walutowych w Polsce i na Węgrzech i w razie potrzeby podniesie stopy. Przyjdzie więc czas wyższych rat kredytów hipotecznych i w zależności od układu walutowego, może skończyć się to obniżeniem poziomu konsumpcji indywidualnej w Polsce aż po masowe zaleganie z ratami i zamrożenie rynku kredytowego a tym samym i mieszkaniowego.

2. Dewaluacja waluty na Litwie

Dawne Tygrysy Bałtyckie okazały się papierowymi, czy raczej nadmuchiwanymi. Dzięki walucie przywiązanej do Euro obywatele Litwy mogą robić tanie zakupy w Polsce, co z jednej strony stymuluje Polski handel, ale z drugiej nie może trwać na wieki. Prawdopodobna jest radykalna dewaluacja walut krajów bałtyckich. To wydarzenie odbije się na wszystkich krajach regionu, również w Polsce, mocno w spekulacje walutowe zaangażowaną.

3. Sytuacja budżetu.
Od roku Rząd Polski reglamentuje informację dotycząca sytuacji budżetu. O nadmiarowym deficycie w 2008 r. już pisałem.  Dochodzą inne drobniejsze rzeczy – nazywanie przerolowanie wydatków na inny rok, lub z budżetu do inego organu sektora finasnów piblicznych (SFP) oszczędnością. Sytuacja wyjaśni się zapewne podczas noweli budżetu, prawdopodobnie latem tego roku. Kilka lat temu, podczas wygłaszania przemowienia przez ministra Bauca, złotówka osłabiła się o bodajże 10%.

4. Populizm
Pod tym hasłem zebrałem całe spektrum zdarzeń. Poczynając od dojścia do władzy, gdzieś na świecie, zbrodniczej organizacji, tak jak NSDAP wygrała demokratyczne wybory kilka lat po krachu w 1929 r. Bardziej możliwe jest, że w krajach rozwiniętych do władzy dojdą partie pod programem: uregulować, opodatkować, tu zabronić, tam dopłacić. Taka polityka może przydusić pojawiające się ożywienie gospodarcze a tym samym wywołać jeszcze większe poparcie dla interwencjonizmu.
 

Tagi: stopy procentowe, populizm, tygrysy bałtyckie


2009-04-25 09:32
 Oceń wpis
   

W jednym z pierwszych wpisów na blogu dworowałem sobie z obiecanek rychłego wejścia Polski do strefy euro, jaką poczynił Premier,  w tajemnicy przed swoimi ministrami, na konferencji w Krynicy. Teraz jest kolejna okazja. Dane GUS pokazały, że Rząd odrobinkę naciągnął informacje o deficycie sektora finansów publicznych i zamiast 2.7% zrobiło się 3.9%, przy granicy 3% zapisanej w traktacie z Maastricht. Wraz ze wzrostem deficytu sektora finansów publicznych wejście do strefy euro coraz bardziej się oddala.

Trzeba przy tym dopowiedzieć, że deficyt co prawda wyniósł 39 mld zł, ale zadłużenie wzrosło o 70 mld zł, czyli niemalże 7% PKB (!).  Dodatkowe 30 mld, zamiecione pod dywan, to efekt kursowy zadłużenia zagranicznego. Oczywiście można argumentować, że ta strata może się zamienić w zysk, ale póki co, od końca grudnia złotówka spadła o kolejne 10%, co oznacza dalsze 15 mld zł strat. Osobicie uważam, że lato 2008 to była historyczna okazja na przerolowanie zadłużenia na złotowki – i szansa ta została zmarnowana.

Wracając do euro, powiedzmy sobie szczerze: euro jest ogromnym sukcesem politycznym, ale pozostanie poza strefą euro wcale nie musi być takie złe.

Na pytanie czy Polska powinna wejść do strefy euro, myślę, że większość bez głębszego zastanowienia powiedziała by – oczywiście. Postawmy sobie jednak to samo pytanie inaczej. Czy polityka pieniężna, właściwa dla Niemiec jest właściwa również dla Polski ? Te kraje różni demografia, poziom rozwoju infrastruktury, strutura przemysłu. Tu odpowiedź już daleka jest od jednoznacznej … 

Drugim problemem jest sztywność kursu. Gdy jakaś gospodarka przejdzie gruntowne reformy (jak np. Niemcy w 2002-2003 r.) kurs euro wobec innych walut rośnie, tym samym gospodarki pozostałych krajów strefy stają się niekonkurencyjne. Oczywiście miło jest kupować tanie towary importowane – dopóki można znaleźć pracę. Taka sytuacja rozgrywa się w Hiszpani,  ktora z jednej strony ma deficyt handlowy w wysokości 90 mld € (za 2008 r.) a z drugiej bezrobicie jest ponad 17% (4 mln osób). Zauważmy, że 90 mld € to kwota wystarczająca by zatrudnić 4 mln osoób przez rok za 1800 € miesięcznie.

Po bardzo wysokim kursie do strefy euro weszła Słowacja i sygnały jakie docierają są mało optymistyczne, tą gospodarkę trzeba obecnie uważnie obserwować i uczyć się na błędach sąsiadów.

Jest jescze inny istotny element. W każdym społeczeństwie istnieje pewien system przywilejów: emerytury, renty, gwarancje zatrudnienia. Ze względów historcznych, ten system jednostronnie wspiera ludzi starszych, i był zaprojektowany, gdy było ich niewielu. Obecnie, system ten z jednej strony nijak nie przystaje do rzeczywistości ale jednocześnie nie można go formalnie zmienić. Rozwiązaniem było rozwadnianie waluty – z czego korzystały np. kraje południowej Europy. Gdy obecnie nie mogą tego robić, będą albo zmuszone do formalnego ograniczanie przywilejów albo grożą im bunty ze strony warstwy poszkodowanych – co powoli zaczyna się  w Grecji.

Literatura:
http://www.stat.gov.pl/gus/5840_1377_PLK_HTML.htm
http://www.mf.gov.pl/_files_/dlug_publiczny/zadluzenie/publikacjezsfp_2008_iv.pdf

 

Tagi: deficyt, bezrobocie, euro


2009-04-24 15:24
 Oceń wpis
   

Kilka moich poprzednich wpisów było opartych na koncepcji, że nie ma nic bardziej destabilizującego, niż przeciągający się okres stabilizacji. Naturalną tego konsekwencją jest, że nic tak nie stabilizuje, jak powszechne przygotowanie do turbulencji.

W połowie lutego, Wig20 uderzył o minimum na poziomie 1325 pkt. Oczywiście wszyscy czytelnicy tego bloga obkupili się wtedy pod korek :-)) mimo to spodziewam się, że duże grono inwestorów dało się zaskoczyć dynamicznym wzrostom. Inwestorzy ci spodziewają się jeszcze spadków, planując ciężkie zakupy w okolicach Grunwaldu albo i pod Płowcami. Mają też na to wolne środki – są przygotowani na turbulencje.

Być może prawdziwe dno rzeczywiście jeszcze przed nami, ale może być i tak, że z globalnej gospodarki zaczną płynnąć pozytywne informacje, i nie da się już w inwestorach wzbudzić paniki. Gdy nadzieja na nowy Chrzest Polski zacznie topnieć, to już nie Płowce, Grunwald i Wiedeń będą postrzegane jako okazja, ale każda solidna korekta. Gdy każda "promocja" będzie okazją do zakupów, będziemy mieli stabilny wzrost, bez głębszych korekt. Wzrost ten będzie dyskontował normalizację w globalnej gospodarce i może zaprowadzić Wig20 na, powiedzmy, 2400 pkt.



Na wykresie widzimu, że w taki właśnie sposób z poprzedniej bessy wyszedł index S&P500,  w rok, praktycznie bez korekty urósł z 800 na 1150 punktów.  WIGi w ostatniej fazie hossy (2005-2007) zachowywały się bardzo podobnie to indexów amerykańskich podczas hossy późnych lat 90'tych. Być może wychodzenie z bessy   również będzie podobne. Trzeba jednak zaznaczyć, że od szczytów nasdaqa w 2000 r. do szerokiego wzrostu w marcu 2003, minęły 3 lata.

Ten scenariusz ma też pesymistyczny wariant. S&P500 po szybkim osiągnięciu 1150 pkt, przez następne lata wzrósł jedynie o 30%. Jeżeli taki sam scenariusz ma być rogrywany w Warszawie, ozancza to, że obecnie mniej-więcej połowę prawdziwej hossy mamy już za sobą.  Gdy przy 2400 zakończenie kryzysu zostanie oficjalnie odgwizdane, zarobić dadzą już jedynie wybrane spółki, które przedstawią inowacyjne porftfolio produktów.
 

Tagi: inwestowanie, rymowanka


2009-03-29 10:21
 Oceń wpis
   

Nie ma nic równie destabilizującego jak przeciągający się okres stabilizacji. Patrząc z perspektywy, przyczyn obecnego kryzysu można doszukiwać się w regulacjach i procesach, których celem było właśnie zapewnienie trwałej stabilności. Wiele z poruszonych w tym wpisie tematów było już wcześniej dyskutowanych na blogu, ale postanowiłem zebrać je w jedną całość.

Pierwszym takim procesem była regulacja Community Reinvestment Act z połowy lat 90-tych, której celem była stabilizacjia społeczeństwa, poprzez umożliwienie również mniej zamożnym obywatelom zaciągnięcie kredytu na własny dom. W założeniach, ludzie posiadający własne lokum bardziej o nie dbają i ciężej pracują spłacając raty własnego a nie wynajmowanego mieszkania. Naturalną konsekwencją obniżenia standardów kredytowych, był też pozytywnie postrzegany wzrost cen nieruchomości. W 1997 r. pojawiły się pierwsze obligacje oparte na tych "socjalnych" kredytach, ich emientem był Bear Stearns.

Drugi proces to regulacja basel II, szczególnie w połączeniu z zasadą mark-to-market. Regulacje te określają wymagany stopień wypłacalności banków by zapobiec ich upadkom. W czasach prosperity, jasne standardy ryzyka są  pokusą do jego maksymalizacji, w ramach formalnej możliwści. Problem zaczyna się, gdy ze względu na spadek wartości aktywów i odpisy wszystkie banki zmuszone są do podnoszenia kapitału a co gorsze do likwidacji aktywów. Wyprzedaże prowadzą do dalszego spadku cen aktywów, co zmusza banki do dalszej wyprzedaży.

Trzeci proces to sekurytyzacja i ubezpieczanie długu. Z jedej strony, połączenie wielu kredytów hipotecznych z różnych rynków w jedną obligację stabilizuje –obniża fluktuacje związaną niepowodzeniem pojedyńczych kredytów. Gdy jednak następuje spowolnienie albo recesja na całym rynku, połączenie przed niczym nie chroni, za to uniemożliwia renegocjację kredytu. Nie ma jednego pożyczkodawcy i pożyczkobiorcy, którzy mogą renegocjować warunki. Podobnie, ubezpieczanie długu, z jednej strony zmniejsza regulacyjne obowiązki wobec kapitału własnego ale z drugiej zniechęca kredytodawcę do negocjacji.

Wreszcie czwarty proces to ogromny popyt na "bezpieczne" aktywa, który doprowadził do bańki obligacyjnej, o czym pisałem miesiąc temu.

Polska

Problemy hipoteczne docierają powoli także powoli do Polski. Tutaj zasadniczą różnicą jest, że w Polsce nie można porzucić nieruchomości. Dopóki kredytobiorca regularnie spłaca kredyt, nie jest dla banku problemem, że kredyt z 400 tyś zł zrobił się 600 tyś zł a nieruchomości nie dałoby się sprzedać i za 300 tyś zł. Problem się zacznie gdy kredyty przestaną być regularnie spłacane – co zapewne nastąpi gdy tyknie globalna inflacja, a za nią wzrośnie LIBOR. Dodatkowym problemem banków może być konieczność uzupełniania collateral za swapy frankowe lub problemy z rolowaniem długów. Mimo bardzo niskich stóp procentowych w Szwajcarii, realne stopy procentowe dla nowych kredytów są sporo wyższe. Trzeba też zauważyć, że wzrost globalnego optymizmu i skłonności do ryzyka, który zaczął się w lutym, nie przełożył się szczególnie na zapowiadany przez analityków wzrost złotówki.

W tym miejscu warto zaznaczyć, że u szczytu amerykańskiej bańki mieszkaniowej, mediana ceny domu wynosiła 220 tyś usd, przy średniej pensji pracownika na stanowisku niekierowniczym około 18 usd/godzinę. Daje to cenę domu 12 tyś godzin.  W największym Polskim rynku, w Warszawie, madiana ceny 2 pokojowego mieszkania wynosiła u szczytu 400 tyś zł, przy średniej pensji około 20 zł/godzinę. Co daje realną cenę 20 tyś godzin. Oczywiście to porównanie nie uwzględnia wielu detali, ale widać że bańka w Polsce była dużo bardziej przerośnięta, co jest efektem połączenia bańki hipotecznej ze spekulacjami walutowymi. Powracając do głównego motywu wpisu, zauważmy, że motorem carry-trade na franku była polityka niskiej inflacji (stabilizacji cen) prowadzona przez RPP.
 

Tagi: hipoteki, stabilizacja, destabilizacja


2009-03-21 11:32
 Oceń wpis
   

Złoto rozpoczęło hossę w 2001 r. i od tamtej pory jego cena wzrosła prawie czterokrotnie. W ciągu 8 lat zwrot z inwestycji w złoto, w dolarach, wynosił 20% rocznie. Ten szlachetny kruszec uchodzi za najbardziej bezpieczną inwestycję, która utrzymuje wartość od czasów Cesarstwa Rzymskiego.

 


Inwestorzy indywidualni mogą zainwestować w złoto za pomocą funduszu SPDR Gold Trust. Jak widzimy na wykresie zaczerpniętym ze stron Reuters, inwestycja w złoto stała się w ostatnich latach bardzo popularna wśród drobnych inwestorów. Granatowa linia (ze skalą po lewej stronie) przedstawia cenę uncji złota, a beżowa (ze skałą po prawo) przedstawia ilość złota zgromadzoną w tym funduszu.

 


Na początku 2007 r. fundusz miał 400 ton złota, na początku tego roku ok. 750 ton a obecnie jest to ok. 1100 ton. Warto zauważyć, że ogromny napływ środków miał miejsce po tym jak cena osiągnęła po raz kolejny $1000 za uncję. Od tamptej pory ludzie zakupili 200 ton złota, ale jego cena powoli spda. Jest to pierwszy przypadek na tym wykresie, by napływ środków nie wiązał się ze wzrostem ceny.

W tym czasie w mediach mówiono o cenie $1600 "na pojutrze" i $2400 wkrótce. Nie da się też obecnie otworzyć gazety, by nie przeczytać jaką to piramidą finansową jest USA (z emitowanym przez FED dolarem) oraz eskalacją oczekiwań co do liczby padających jak muchy banków. Warto dodać, że gdyby ktoś publicznie wspomniał o wzroście cen akcji o 60% w ciągu najbliższych lat, zostałby uznany za wariata, ale ogłaszanie wzrostu bijącej rekordy ceny złota o 60% w kilka miesięcy nikogo nie szokuje. Można to podsumować: raklama dźwignią handlu.

W tym kontekście, warto przypomnieć sobie jak wygłdało pęknięcie innych baniek spekulacyjnych: bańki "małych i średnich" latem 2007 r., na czarnym złocie latem 2008 r. i na złotówce wczesną jesienią 2008 r. Za każdym razem była kampania medialna, fantasmagoryczne wizje i napływy do funduszy, które nie powodowały już wzrostu ceny. Symptomy tym razem są takie same.

Technicznie rzecz ujmując, cena złota może wyrysować trwającą rok formację podwójnego szczytu. Potwierdzeniem tej formacji będzie spadek poniżej $700 a jej konsekwencją dalszy spadek w okolice $400.
 

Tagi: złoto, bańka spekulacyjna


2009-01-08 13:43
 Oceń wpis
   

Z tą zabawną tezą można spodkać się na wielu portalach poświęconych nieruchmościom czy finansom. Być może tak właśnie jest, ale chciałbym zwrócić uwagę, do jak zabawnych wniosków to twierdzenie prowadzi.

Argumentacja jest taka. W Polsce zawsze będzie wyższa inflacja, a tym samym stopy procentowe zawsze będą wyższe. Zauważmy, że wysoka inflacja oznacza utratę siły nabywczej złotówki. Czyli za złotówki będzie można kupić coraz mniej -- oczywiście jedynym towarem nie podlagającym temu prawu ma być frank szwajcarski. Frank,  mimo utrzymywania swej siły nabywczej ma kosztować cały czas tyle samo złotówek,  za które można kupić coraz mniej. Zaiste interesujące.

Faktem jest -- zdarzają się sytuacje, gdy im bardziej dana waluta traci siłę nabywczą tym bardziej wzmacnia się wobec innych walut. Jest to jednakże krótkoterminowa, paroletnia spekulacja, zdecydowanie korygowana przez rynek raz na jakiś czas, tak jak teraz.

Inna argumentacja mówi, że Polska będzie się rozwijała szybciej, bo musi nadganiać zapóźnienie cywilizacyjne. By ten wzrost ostudzić, Rada Polityki Pieniężnej będzie musiała podnosić stopy procentowe. To wzmocni złotówkę, ale nie przyhamuje wzrostu gospodarczego, gdyż i tak kredyty wszyscy będą mieli w CHF.  Ta argumentacja opiera się na założeniu, że RPP zignoruje fakt że ich stopy nie mają wpływu na realne stopy prcentowe w gospodarce. To założenie, że członkowie RPP nie za bardzo rozumieją współczeną ekonomię, a jedynie przystosowują obserwowane zjawiska do frazesów z książek, nie jest pozbawione celności.

Problemem jednak w tym, że ta argumentacja sprowadza się do uznania, że część uczestników rynku to ignoranci (popularnie: owce do strzyżenia). O ile jest to  zyskowna forma spekulacji, o tyle jest to typowa spekulacja -- ryzyko zwiąksza się wraz z upływem czasu. W pewnym momencie może się pojawić RPP która carry-trade zrozumie i w celu schłodzenia gospodarki radykalnie obetnie stopy procentowe.

W skrócie. Twierdzenie że kredyty w CHF zawsze będą tańsze, pozbawione jest spójności logicznej, charakterystycznej dla solidnej, zdrowej ekonomii. Jest (była) to jadnakże bardzo udana forma spekulacji -- są więc i wygrani i przegrani. Wygranymi są Ci, którzy kupili mieszkanie wcześnie i wycofali się w porę, powiedzmy we wrześniu  2008. Przegrani to Ci, którzy kupili mieszkania po 200% wzroście, na kredyt, który od tamtej pory jest o 30% wyższy.

 

Tagi: spekulacje, kredyty hipoteczne, frank, piramida finansowa


2009-01-06 09:10
 Oceń wpis
   

Ironią losu jest, że piramidę finansową najłatwiej zbudować w oparciu o mechanizmy, wymyślone do stabilizacji rynku. Takim mechanizmem jest np. obliczanie ryzyka portfela kredytowego metodą LTV (loan to value). Argumentacja, że niskie LTV jest bezpieczne jest taka: gdy kredytobiorca zaprzestanie spłacanie rat, można jego mieszkanie sprzedać na wolnym rynku i odzyskać kredyt. Dodatkowo im niższe LTV (większy udział kapitału własnego kredytobircy) tym bardziej będzie on zainteresowany regularnym spłacaniem rat.

Zastanówmy się jednek, od czego zależy wartość rynkowa nieruchomości. Generalnie widać trzy elementy: szerokość bazy mieszkaniowej i typowe zarobki na danym terenie oraz łatwość uzyskania kredytu. Oczywiście, gdy ceny nieruchomości rosną, baza jest poszerzana, ale jest to proces trwający 2-3 lata. Co jest najistotniejsze -- poluzowanie polityki kredytowej prowadzi do wzrostu cen mieszkań a tym samym do poczucia, że portfel kredytowy jest zdrowowszy. Wiec można politykę kredytową luzować dalej ... Im bardzie euforyczne wzrosty, tym bardziej konserwatywnie wyglądają wskaźniki -- u szczytu piramidy wszyscy mówią o solidnych fundamentach.

Zastanówmy co się dzieje, gdy, z jakiś powodów raty przestają regularnie spływać, albo ceny spadają ze względu na nadmierne poszerzenie bazy mieszkaniowej.  Mieszkania są wtedy zajmowane i licytowane, co jeszcze bardziej obniża cenę nieruchomości i podnosi LTV.  Wysoki LTV zachęca banki do podnoszenia standardów kredytowych, co prowadzi do dalszego spadku cen mieszkań, których coraz więcej na rynku. Spirala kręci się w drugą stronę ...


 

Tagi: kredyty hipoteczne, frank, piramida finansowa, LTV


2008-12-29 10:42
 Oceń wpis
   

Carry trade stał się w tej dekadzie motorem giełd i gospodarek. Przyjrzyjmy się warunkom potrzebnym, by przekształcił się w samonakręcającą się spiralę czyli piramidę finansową.

W międzyczasie, jedna z par carry-trade, ChfPln, przelamała ważny opór -- połowę długiej świecy z 2004 r. i jednocześnie maksimum z końca października. Następny ważny opór jest na poziomie 2.8 i jeżeli on pęknie, wkrótce możemy się spodziewać że za franka trzeba będzie zapłacić  3 zł.

 


 

Trochę teorii

Zacznijmy od bardzo prostego przykładu. Mamy dwa kraje, pierwszy z walutą A (ze stopą procentową 1%), drugi z B (ze stopą 6%). Opłacalnym procederem wydaje się pożyczenie waluty A i złożenie jej w banku w walucie B. Zystk bez ryzyka ... poza ryzykiem kursowym.

Podczas tego procederu, w momencie pożyczki, jeden banknot A jest wyjmowany ze skarbca i za niego kupowany jest banknot B na wolnym rynku. Czyli liczba banknotów A w obiegu rośnie, a liczba B się nie zmienia. Po złożeniu B w banku, ich liczba maleje. Czyli, w skrócie, coraz więcej A goni coraz mniej B -- więc cena tego drugiego rośnie. Im więcej ludzi "bawi się" w carry-trade tym bardziej ryzyko walutowe staje się źródłem zysku. To jest element nr 1 piramidy.

Teraz zastanówmy się jaki jest wpływ carry-trade (albo ogólniej wzrostu ceny danej waluty) na gospodarkę danego kraju. To zależy oczywiście od profilu gospodarczego i generalnie możemy spodziewać się też odmiennych efektów w różnych skalach czasowych.  Gdy kraj jest głównie importerem, umocnienie się waluty stymuluje gospodarkę -- ludzie mniej wydają na towary importowane i więcej zostaje im w kieszeni. Gospodarka rośnie, co umacnia poczucie fundamentalności wzrostów. To jest element piramidy nr 2.

W rzeczywistości, celem carry-trade nie zawsze jest założenie lokaty, ale na przykład inwestycje w aktywa indeksowane w wyżej oprocentowanej walucie.


Przykład pierwszy -- kredyty hipoteczne

W Polsce napopularniejszą formą carry-trade są kredyty hipoteczne we Frankach Szwajcarskich, proceder ten rozpoczął się wraz ze wstąpieniem Polski do Uni Europejskiej.

Wygłąda to w uproszczeniu tak -- tani kredyt w CHF najpierw powoli stymulował ceny mieszkań. Rosnące ceny mieszkań i tani kredyt szybko przekonały innych do zakupu mieszkania i zadłużania się w CHF. Popyt na mieszkania pobudził budownictwo, a akcja kredytowa we franku umocniła złotówkę. Teraz Ci, którzy byli na początku piramidy wygrali podwójnie -- ich mieszkanie jest warte 2-3 razy więcej niż za nie zapłacili a ich kredyt zmalał o 30%. Poczucie bogactwa pobudza konsumpcję -- co jeszcze bardzej wzmacniało wskaźniki gospodarcze, a wywołana przy tym presja inflacyjna była zachętą dla Rady Polityki Pieniężnej do podwyższania stóp procentowych. Oba te czynniki prowadziły do umocnienia złotówki, czyli do dalszego utrwalanie procederu.

Istotą piramidy finansowej jest jednakże to, że by trwać, musi rosnąć. Ta piramida zaczęła trzeszczeć w posadach latem 2008 r. Ale o jej całkowitym rozmontowaniu, nie może być jeszcze mowy. O ile posiadacze płynnych lokat w PLN zapewne już się wycofali, realizując pokaźne zyski, o tyle kredytobiorcy pozostali z kredytami na następne 30 lat. Teraz ludzie ci będą musieli kupować franka niezależnie czy będzie on po 3 zł czy po 5 zł, co będzie balastem dla ich budżetów domowych, a tym samym dla całej gospodarki.  Stwarza to możliwość grania na spadek złotówki, podobnie jak drożejąca ropa umożliwia granie na spadek dolara.


Przykład drugii -- ropa

Przyjrzyjmy się procederowi carry-trade na ropie. Istotne są tu następujące elementy: dolar jest zarówno walutą USA jak i międzynarodową walutą rozliczeniową, USA jest importerem ropy oraz mają małą elestyczność w jej konsumpcji.

Gdy stopy procentowe w USA są niskie, opłaca się pożyczyć tanie dolary i kupić ropę (na magazn). Gdy wszyscy tak robią, coraz więcej dolarów goni coraz mniej ropy w wolnym obrocie -- cena ropy rośnie. Droga ropa powoduje osłabienie gospodarki USA, co powoduje dalszy spadek dolara i daje szansę na kolejną obniżkę stóp procentowych. Mamy więc wszystkie elementy potrzebne by powstała piramida.

Wszystko do czasu, aż ludzie kupią wydajniejsze samochody -- wtedy zaczyna się ralizacja zyskow. Jak ona wygłada widać na rysunkach które wklejałem w poprzednich odcinkach.

Na koniec mała uwaga -- charakterystyczną cechą piramidy finansowej jest to, że u jej kresu powszechna jest wiara w jej funadamentalny charakter. Warto przypomnieć sobie artykuły prasowe o kończącej się ropie latem tego roku, czy "co z tego że Frankfurt jest tańszy niż Warszawa".
 

Tagi: ropa, kredyty hipoteczne, złotówka, piramida finansowa


2008-12-27 10:39
 Oceń wpis
   

Świąteczny tydzień nie przyniósł dramatycznych zmian na rynkach finansowych, co jest świetną okazją, by spojrzeć na  procesy cywilizacyjne z szerszej perspektywy. Chciałbym tu przedyskutować sytuację demograficzną w Polsce, gdyż w dłuższej perspektywie to ona właśnie definiuje popyt na wiele towarów i usług -- mieszkania, szkolnictwo wyższe czy świadczenia socjalnle.

Strukturę demograficzną w Polsce (dane GUS na 2006 r.), przedstawia poniższy wykres. Składa się ona z dwóch szerokich pików. Pierwszy baby-boom, rozpocząty zaraz po wojnie osiągnł szczyt w połowie lat 50-tych. Są to obecni pięćdziesięciolatkowie. Drugi pik, z ostrym szczytem w 1983 r. to echo-baby-boom.

 



Możemy w uproszczeniu założyć, że ludzie usamodzialniają się -- zaczynają pełnoetatową pracę i zakładają gospodarstwo domowe, po skończeniu studiów, czyli w wieku ok. 23-24 lata. Od początku lat dziewiędzisiątych, liczba ludzi wchodzących w dorosłe życie systematycznie zwiększała się co roku, jednakże teraz, następuje odwrócenie trendu i każdy kolejny rocznik będzie o 3% mniejszy niż poprzedni. Podobna sytuacja miała miejsce przez całą dekadę lat 80-tych ubiegłego stulecia, tyle że obecnie rozpoczynany trend będzie dłuższy -- trwał będzie przez następne 20 lat.

Można przewidywać że będzie się to łączyło ze zmniejszającym się popytem na mieszkania, sprzęt AGD czy meble. Oczywiście fluktuacje popytu zwązane z cyklem gospodarczym są często większe niż 3% rocznie, ale trend jest nieubłagany i za 20 lat potrzeba będzie o połowę mniej nowych mieszkań niż obecnie. Dziś, w posiadaniu mieszkania na wynajem, wielu widzi szansę na bezpieczeństwo finansowe na emeryturze, wkrótce może się okazać, że chętnych do wynajmowania za 20-30 lat nie będzie szczególnie dużo.

Przenieśmy uwagę na drugą stroną spektrum. Wychodzenie z rynku pracy jest bardziej rozmyte w czasie, i część "boomersów"  jest już na wczesnej emeryturze. Sytuacja zacznie być gorąca za kilka lat, gdy coraz więcej ludzi będzie rozpoczynało pobieranie świadczeń socjalnych a coraz mniej rozpoczynało pracę. Może to prowadzić do problemów ze zrównoważeniem wpływów i wydatków z systemu świadczeń socjalnych.
 

Tagi: mieszkania, demografia