O mnie
 
Ideą tego blogu jest przedstawienie długoterminowych trendów i procesów na rynkach kapitałowym, towarowym i walutowym. Szczególny akcent jest położony na powiązania między tymi rynkami.




Najnowsze komentarze
 
2017-08-21 13:11
Monika1243 do wpisu:
Przeprowadzka
Szkoda, że się przeprowadziłeś z tego bloga, miał dobrą historię. To dzięki tobie zaczęłam[...]
 
2016-07-22 20:37
magowsicka do wpisu:
Co zrobi FED ?
ja uważam że super sposoby na dodawanie statystyk do wordpress opisany jest w tym poradniku[...]
 
2016-01-10 14:49
synonim nielogo do wpisu:
Pora na Świętego Mikołaja
jak tam zyski na opcjach call na S&P500 ze Strikem 2100 i 2200? Naprawdę trzeba być[...]


Kategorie Bloga
 
Ogólne
 
Ulubione
 




Wykres Tygodnia

wykresyGieldowe

2015-04-11 18:14
 Oceń wpis
   

Zapasy ropy w USA są na najwyższych poziomach w historii. W ciągu ostatniego kwartału zapasy ropy wzrosły o 100 mln baryłek, mamy więc dzienną nadprodukcję wynoszącą milion baryłek dziennie. Pól litra na obywatela dziennie. Piszę cały czas o ropie. Po głowie mi się kołacze, że całkowita komercyjna zdolność magazynowa w USA to 530 mln baryłek. W takim tempie jaki mamy ostatnio, magazyny będą czubate za miesiąc. Potem będziemy trzymać nadmiar w garnkach.

 

 

Mam nadzieję, że starsi i mądrzejsi czuwają i wiedzą co robią. Czytałem gdzieś w prasie, o zastojach w rafineriach, które dodatkowo zaostrzają sytuację. Cyklicznie, w pierwszym kwartale zapasy zawsze rosną, by się potem ustabilizować. Wykres jednak pokazuje, że to co się dzieje jest mocno nietypowe.

Prawdopodobnie USA zacznie eksportować ropę. Z punktu Europy to bardzo dobrze. Obecnie cena ropy w europie jest o 6$ droższa niż w USA. Przy obecnych cenach, te 6$ to jednak ponad 10%. Pamiętać też musimy, że ropa Brent zwykle była tańsza o 1-2$, ze względu na niższą wartość energetyczną.

Drugim ważnym wydarzeniem na rynku ropy jest zniesienie embarga na eksport Iranu. Do tej pory Iran nie mógł eksportować ropy w USA i Europy. Od czerwca będzie to możliwe, a tankowce już stoją pełne. W grę wchodzi zwiększenie podaży o prawie milion baryłek dziennie. Latem, cena europejskiej ropy powinna zrównać się z ceną ropy w USA.

Jeszcze kilka miesięcy temu blogi pełne były tekstów o spiskowej teorii dziejów i o geopolitycznym podłożu manipulacji cen ropy. Cyrylicą pisane scenariusze nie są jednak w stanie zakrzyczeć prostego faktu, że ropy jest nadmiar, a kraje, których gospodarka oparta jest tylko na  surowcach czeka trudna dekada.

Tagi: giełda, inwestowanie


2015-04-04 17:31
 Oceń wpis
   

Dzisiaj w świątecznym nastroju wyjrzyjmy trochę ponad giełdową codzienność. Przyjrzyjmy się zmianom na rynku pracy. Teoria mówi, że niskie płace przyciągają inwestycje, i kraj staje się eksporterem. Nadwyżka handlowa umożliwia zbudowanie rodzimej bazy kapitałowej i dalszy rozwój gospodarczy oparty na podnoszeniu wartości dodanej a nie tylko niskiej płacy.

Tak niestety jest, że w teorii, teoria zgadza się z praktyką lepiej, niż w praktyce. Świetnym anty-przykładem są najwięksi eksporterzy: Niemcy i Japonia, ale też Korea. Kraje te mają wysokie płace i bardzo wysokie standardy pracy. W Japonii, raz zatrudniony pracownik nie jest nigdy zwolniony. Polska z niskimi płacami i praktycznie bez obciążeń pozapłacowych coraz większych grup zawodowych, jest generalnie importerem. Mówię tu o faktycznych obciążeniach pozapłacowych, które za sprawą umów śmieciowych są znacznie niższe niż stawki oficjalne. Bilans handlowy jest wyrównany jedynie okazjonalnie.

Na czym polega problem niskich płac ? Dlaczego niska płaca nie oznacza taniej produkcji ?

Gdy pracownik jest tani, nie opłaca się go uzbroić w lepsze narzędzia i lepszą organizację pracy. Pracy zwyczajnie się nie szanuje. Potencjał marnotrawstwa staje większy niż pieniądze zaoszczędzone na płacach.

Niemcy zawsze miały wysokie pozapłacowe koszty pracy. Powodowało to presję na edukację nastawioną na wiedzę praktyczną oraz presję na pracodawcę by zapewnić jak najlepsze narzędzia i jak najlepszą organizację. Pracownik jest trzy razy droższy, ale wytwarza pięć razy więcej. Towar jest konkurencyjny.

Czy elastyczność się opłaca ? Teoretycznie tak. Poprzez elastyczność zatrudnienia przedsiębiorca przenosi ryzyko fluktuacji zamówień na pracownika. Obniża swoje koszty. Powoduje to jednak brak lojalności pracownika. Gdy ten znajdzie lepsze zatrudnienie, z dnia na dzień może zmienić miejsce pracy. Pracodawca przenosząc na pracownika ryzyko spadku liczby zamówień, bierze na siebie ryzyko wzrostu liczby zamówień.

Niska lojalność pracownika powoduje błędne koło, na której tracą dwie strony. Pracownik ma niskie kwalifikacje i konkuruje jedynie ceną i wzięciem na siebie ryzyka liczby zamówień. Pracodawca mógłby podwyższyć jego produktywność wysyłając go na kurs i inwestując w rozwój pracownika. Gdy jednak pracodawca tak zrobi, to pracownik po zrobieniu kursu w trzy minuty ucieknie do lepszej pracy. Dlatego pracodawcy nie opłaca się zwiększyć wydajności własnego pracownika. Gdy potrzebuje kogoś wyspecjalizowanego, będzie go podkupował frajerowi, który swojego pracownika przeszkolił. Każdy zachowuje się racjonalnie, a w efekcie wszyscy tracą.

W prasie czyta się, że przyszłością rynku pracy jest rosnąca mobilność i elastyczność. Nie mogę się z tym zgodzić. Przyszłość polegać będzie na tym, że pracownik musi być intelektualnie elastyczny – uczyć się stale nowych technologii – ale mobilność i ciągła rotacja pracowników jest patologią. W ciągle zmieniającym się świecie, nie chodzi o to by coś wyprodukować, ale o to by mieć zdolność reakcji. Chodzi o to by budować zasób wiedzy. Każdy stracony pracownik to roztrwoniona wiedza.

Płaca i wydajność.


Organizacje pracodawców co i raz potrafią wyrazić opinię, że pracownicy nie mogą dostawać wyższych płac, bo mają niską wydajność. Jak jednak wytłumaczyć, że ten sam pracownik wyjeżdżając do innego kraju pracuje trzykrotnie bardziej wydajnie ? Utartą frazę trzeba zmienić na – pracownicy nie mogą dostawać wyższych pensji, bo ich praca jest źle zorganizowana.

Stawia to sprawę w zupełnie innym świetle.

Tagi: giełda, inwestowanie


2015-03-21 15:13
 Oceń wpis
   

W ciągu pięciu miesięcy DAX wzrósł o 40%. Czytelnicy tego bloga nie są jakość szczególnie zaskoczeni – są grubo zarobieni. Przypomnijmy sobie, co pisałem w październiku:

Rok temu indeks wybił się ponad szczyty z 2000 i 2007 roku i teraz naturalnym zjawiskiem jest ruch powrotny by przetestować je od góry. Wtedy będzie można odgwizdać początek nowej hossy pokoleniowej. Z tym początkiem, to trochę przesada, początkiem hossy pokoleniowej jest dno wyprzedaży z 2009 roku, teraz można mówić o początku fazy partycypacji hossy pokoleniowej. Ze wzrostem giełdy, z gospodarki płyną świetne wiadomości, a ludzie cieszą się i partycypują we wzroście gospodarczym.

Gdyby DAX doszedł do poziomu 8000 i go obronił, będzie pora by być mega-byczym. Naturalnym celem powinien być wzrost w okolice 12-30 tyś punktów.


Teraz DAX doszedł do wspomnianego poziomu 12 000 punktów i naturalne jest pytanie – co dalej. Patrząc na całą obecną hossę widzimy trzy fale: pierwsza fala, nazwijmy ją falą niedowierzania, trwała od wiosny 2009 roku do załamania z lata 2011 roku. Po załamaniu zaczęła się druga fala, która wytraciła impet pod koniec zeszłego roku. Od momentu rozpoczęcia stymulacji monetarnej w październiku zeszłego roku zaczęła się trzecia fala – fala euforycznych wzrostów.

 

 

Ta trzecia fala zaczęła się podobnie do fali pierwszej. Jeżeli ma trwać, do dojdziemy do górnego ograniczenia kanału wzrostowego i będziemy się po nim ślizgać. Kanał wzrostowy sam w sobie jest bardzo dynamiczny – wznosi się o 15% rocznie. Zapewne będziemy mieli próby wybicia się z tego kanału górą – scenariusz pójścia w hiperbolę. To wybicie tak czy inaczej nie będzie trwałe i czeka na radykalne schłodzenie nastrojów. Przerwanie wzrostów łączyć się może z zakończeniem programu QE w Europie, i przejściem inflacyjnego boomu w inflacyjną stagnację a nawet w inflacyjną recesję.  Środek przyszłego roku wydaje się być naturalnym celem zakończenia wzrostów.

Rynek obligacji znajduje się obecnie w stanie “New economy” – co z tego że rentowności są praktycznie zerowe lub trochę ujemne, rentowność spadnie do zera, potem do -5% i ostatecznie do -10% a więc cena moich obligacji poszybuje w kosmos. Przyszła bessa na akcjach, związana z radykalnym zacieśnieniem polityki monetarnej, może iść w parze z pokoleniową bessą na obligacjach. Mówię tu o bessie, na której te lepsze obligacje stracą połowę wartości, a te gorsze staną się papierem toaletowym.

Obecna hossa, rozpoczęta w 2009 roku, dobiega końca, przed nami może jeszcze jeden rok. Mój wrodzony optymizm pozwala na poziom typu 16 000 punktów. Do dużo, ale tylko 30% wyżej niż jesteśmy obecnie. Choć teraz dzwony kościelne i gazety będą biły hosannę, prawdziwe pieniądze są już zarobione. Zbliżamy się do lokalnej euforii – powszechnego zainteresowania giełdą, za którym nie idą już jednak tak dynamiczne wzrosty jak na początku hossy, czy na początku tej fali.

Z gospodarki płynąć będą dalej rewelacyjne informacje, ale zatrudnienie już nie bardzo ma jak rosnąć, rosnąć mogą jedynie pensje. W Niemczech są 3 mln bezrobotnych, ale 2 mln to ludzie naprawdę niezatrudnialni. Tutaj dochodzimy do ubocznego efektu tych rewelacyjnych informacji, powszechnie zwanego inflacją. Dla większości do dobrze, ale dla giełdy oznacza raczej dystrybucję.

Z punku widzenia pokoleniowego mamy powoli przejście do partycypacyjnej fazy hossy. Obecna mała euforia to jeszcze nie “nowa ekonomia”, a następna bessa nie będzie bessą pokoleniową. Powiedzmy sobie szczerze, akcje większości przedsiębiorstw z DAX-a nie są jakoś szczególnie drogie. Cytowany tu często BMW ma zysk na akcję 8.80 euro, a jedna akcje kosztuje obecnie 116 euro. Jeżeli cena BMW będzie szła razem z DAX-em to przy 16 tyś, BMW będzie miał współczynnik C/Z = 17. Zupełnie normalny. Akcje są tak tanie, bo cały czas jest ogromna niepewność, czy zyski są do utrzymania. Akcje są tak tanie również ze względu na paniczny strach przed wahaniami kursu.
 

Tagi: giełda, inwestowanie


2015-03-14 09:29
 Oceń wpis
   

Tak się składa, że “jedna spółka ogrodnicza” stanowi dobre 50% mojego portfela. Nadchodzi chwila, by sytuację portfela trochę znormalizować. Oczywiście nie ma sensu zmieniać świetnej spółki na poślednią tylko w imię mechanicznej dywersyfikacji. Czy Apple cały czas jest świetną spółką ?

Apple zatrudnił ostatnio byłą CEO Burberry – firmy produkującej szaliki w kratkę i prochowce – przesuwając się tym samym w kierunku świata mody. Nowy zegarek wydaje się właśnie wyraźnym krokiem w tym kierunku.

Miało być chyba inaczej. Początkowo Apple Watch miał być nastawiony na monitorowanie parametrów zdrowotnych. Potwierdzają to HealthKit i ResearchKit. Przecieki mówią, że z czasem okazało się, że zbudowanie czujników, które będą bezbłędnie monitorowały odpowiednie parametry wcale takie łatwe nie jest. Czytałem, że optycznie można zmierzyć np. poziom glukozy we krwi. Co innego jednak warunki laboratoryjne a co innego miliony ludzi z różną budową, odcieniem skóry i w innych warunkach atmosferycznych. Zakręt w kierunku mody może być bardziej planem B.

Świat mody jest inny niż świat Apple. W tym świecie panują bardzo wysokie koszty reklamy i sprzedaży. Apple na reklamę wydaje 1% obrotów. Ma też niskie koszty sprzedaży – po pierwsze towar sprzedaje się sam, po drugie ma (świadomie !) bardzo w wąską paletę produktów, więc nie ma strat na magazynie.

Podsumowując zegarek – jestem umiarkowanym sceptykiem.

Inaczej to widzi człowiek, który stworzył Swatcha. Czytałem jego artykuł w prasie, gdzie bił na alarm i przypominał lata 70-te i 80-te. Wtedy Szwajcarzy przegapili przejście z zegarków mechanicznych na kwarcowe. Teraz przesypiają powstanie smart-zegarków. Najwyższa półka, najdroższe zegarki, raczej nie są zagrożone, ale półka 500-1000 CHF może się zapaść. Ludzie kupujący zegarki w tej cenie mogą wybrać Apple Watch a nie zegarek Szwajcarski. A to może mieć wpływ na Szwajcarię i pośrednia na Polskę poprzez kredyciki we franeczku.

MacBook

Apple powrócił do MacBook’a. Obecnie mamy trochę chaos w notebookach. Są trzy linie: MacBook, czyli wersja podstawowa, MacBook Pro, dla ludzi potrzebujących większej mocy i MacBook Air dla ludzi ceniących przenośność. Tyle, że MacBook jest cieńszy, lżejszy i ma lepszą baterię niż MacBook Air. Według mnie, jego dni są policzone i będziemy mieli powrót do dwóch linii – MacBook i MacBook Pro. Ten tekst piszę na MacBooku Pro z 2011 roku. Póki co, sprawdza się dobrze, ale za rok–dwa prawdopodobnie zmienię go, właśnie na nowego MacBooka.

Z nowym maczkiem łączy się jeden szokujący detal – kosztuje 1200 USD, czyli 20% więcej niż zwykł kosztować MacBook w przeszłości. Na naszych oczach dzieje się nowe – to elektronika, łączność i systemy informatyczne napędzają inflację, a nie ropa i żywność. Jeżeli inni pójdą tą drogą – koniec wojny cenowej elektroniki – wkrótce będziemy mieli zdemolowaną geopolitykę, tak samo jak zdemolowała ją droga ropa.

Załamanie rynków wschodzących, w tym Polski, o którym pisałem w poprzednim odcinku może być właśnie elementem tego geopolitycznego przesunięcia. W ramach moralizatorstwa przypominam, że technika wyprzedza fundamenty, ale to fundamenty dają nam możliwość zrozumienia, czy mamy do czynienia z procesem cyklicznym czy zmianą trendu.
 

Tagi: giełda, inwestowanie


2015-03-10 18:48
 Oceń wpis
   

Główny Polski indeks liczony w dolarach pogłębił minimum ze stycznia. Długa czarna świeca w styczniu wywołana była szokiem  po uwolnieniem kursu franka. Później indeks przetestował tą świecę formacją odwróconego U i dzisiaj pogłębił spadki. Obecnie indeks jest najniżej od lata 2012 roku. Niewiele brakuje a cena będzie najniższa od lata 2009 roku.

 

 

Pomijając windę w dół – windę w górę z 2009 roku, cena jest na poziomie 2005 roku, gdy panująca wówczas hossa zaczęła przeradzać się w mega–hossę.

 

 

Fiołkami to nie pachnie, szczególnie patrząc na średnią 200-stu miesięczną, od której indeks definitywnie się odkleił. W zasadzie można sobie teraz wyobrazić spadek na 500, czy nawet 400. Można też się powoli przyzwyczajać do dolara po pięć złotych. Pocieszeniem, choć marnym, jest fakt, że Polska nie spada w pojedynkę. Globalny kapitał zwyczajnie opuszcza kraje peryferyjne w tym Polskę.

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2015-03-07 15:37
 Oceń wpis
   

W środę RPP kolejny raz dała popis nieprofesjonalizmu. Po czterech miesiącach bezczynności obniżyła wreszcie stopy procentowe i to od razu o 0.5% ale jednocześnie zaklęła się, że to ostatnia obniżka w tym cyklu.

Rada lubi zaskakiwać rynek, co chwały jej nie przynosi, ale związanie sobie rąk jednoznaczną deklaracją o zakończeniu obniżek budzi prawdziwy niepokój. Albo rada wie że jest tak nieprzewidywalna i tak oderwana od rzeczywistości, że musi rzucać niespotykane w świecie polityki monetarnej jednoznaczne deklaracje, by ktokolwiek traktował ich poważnie, albo w radzie jest konflikt. Jedna strona zgodziła się na obniżkę w zamian za deklarację, że to już ostatni raz. Konflikt ten może wynikać z tego, że kilku członów rady to dogmatycy jedynie poprzebrani w szaty profesorów. Powinni byli zostać biskupami.

Oceńmy faktyczne ryzyko, że RPP będzie musiała jeszcze raz obniżać stopy. Według mnie jest ono niskie – wielokrotnie pisałem że nowe metody wydobycia ropy są ukoronowaniem dekady dyzinflacji.  Gdy pod koniec roku skończy się efekt bazy, będziemy mieli, globalnie, całkiem solidną inflację wynikającą ze zwiększonego popytu. Globalnie, zmaterializować może się jeszcze tylko jedna siła deflacyjna – spadek cen żywności. Pszenica powstaje z nawozów sztucznych, a nawozy z gazu ziemnego. W Polsce ćwierć całego spożycia gazu ziemnego idzie na produkcję nawozów. Cena gazu jest z opóźnieniem związana z ceną ropy. Co prawda pszenica od szczytu w 2012 roku staniała o połowę, ale nie jest do końca oczywiste czy to koniec spadków. W przypadku spadków po pierwsze, spadnie statystyczna inflacja, a po drugie kraje produkujące żywność będą poszkodowane. W tym Polska, USA jak i Ukraina, czy tam co z niej zostało.

Rolnicy są w Polsce państwem w państwie. Nie płacą podatków, są poza systemem ubezpieczeń społecznych, są też największym beneficjentem wejścia Polski do Unii Europejskiej. Może być i tak, że nabrali kredytów pod zakup maszyn. Ceny spadają i zaczyna kipieć … Drugim państwem w państwie są górnicy. Może być i tak, że kopalnie zaczną walkę między sobą czyszcząc hałdy. W efekcie wszyscy zbankrutują i sto tysięcy ludzi znajdzie się na bruku. Gdy dojdzie do tego efekt drugiej rundy, to mamy solidną recesję.

Trochę optymizmu

Sytuacja monetarna obecnie wygląda tak. Cel inflacyjny wynosi 2.5%. Stopy procentowe wynoszą 2% i Rada miesiącami się przyglądała, jak spadek cen przyśpiesza. Po spadku cen do -1.3% rada obniża stopy do 1.5% i mówi, że z obniżkami szlus.

Przekręćmy to na drugą stronę. Cel inflacyjny to cały czas 2.5%. Stopy procentowe 3%, i Rada miesiącami bezczynnie się przygląda, jak inflacja przyśpiesza do 6.3%. W końcu rada podnosi stopy do 3.5% i mówi, że szlus.

Niewyobrażalne. Takie coś, w głowie się nie mieści. Gdy raz stopy procentowe były niższe niż inflacja było rozdzieranie szat. O czym to świadczy ? Świadczy to o ogromnym biasie antyinflacyjnym. Teoretycznie cel inflacyjny to 2.5%, ale praktycznie – im niżej tym lepiej, niezależnie od kosztów gospodarczych i społecznych. Ta polityka ma wiele negatywnych efektów: katastrofalnie wysokie bezrobocie dekadę temu, masowa emigracja, potem kredyty we Frankach. Ludzie po prostu bali się rady i że coś jej odpali. Ten faktyczny bias powoduje też sztuczne napompowanie złotówki. Siła złotówki uzasadniona jest bardzo wysokimi realnymi stopami procentowymi.

Pytanie, czy ten bias będzie trwał wiecznie ? Jeżeli nie, to kto będzie beneficjentem normalizacji ? Według mnie, ten bias nie będzie trwał wiecznie. Gdy inflacja powróci w okolice celu inflacyjnego, stopy procentowe będą powyżej inflacji, ale nie o 3.3 p%. Złotówka się osłabi – szczególnie, że FED tylko czeka na inflację, by nacisnąć na hamulec. Wygranymi będą eksporterzy. Teraz mają pod górkę – drogi kredyt i silna złotówka. Gdy sytuacja się znormalizuje, będą mieli lżej. To jest ten optymistyczny akcent.

Dolar i złoto


W USA rynek pracy ma się świetnie a dolar się wzmacnia antycypując proces zaciskania polityki monetarnej. Bardzo ciekawie wygląda sytuacja techniczna na złocie. Wygląda na to, że mamy walkę między konsolidacją a pokoleniową bessą. Jeżeli wygra bessa, to szybko może się okazać, że cena spadnie w okolice 800.

 

 

Na wykresie widzimy, że kurs odbił się od średniej 100-tygodniowej (tutaj narysowanej jako średnia 23-miesięczna) i tańczy wokół średniej 100 miesięcznej.
 

Tagi: giełda, inwestowanie


2015-02-28 09:21
 Oceń wpis
   

Dzisiaj pozostajemy przy temacie Niemiec, gdzie w zeszłym roku bezrobocie spadło do najniższego poziomu od ponad dwudziestu lat. Pierwsza refleksja jaka przychodzi, to jak zareagowaliby ludzie w 1991 roku, gdyby im powiedzieć, że obecny poziom bezrobocia będzie osiągnięty dopiero za dwadzieścia lat ? Jak zareagowaliby Polacy, gdyby im powiedzieć, że co nie zostało wybudowane na Euro2012 będzie zaczęte dopiero po 2030 roku ? Gospodarka porusza się długimi trendami, ale podczas codziennej bieganiny łatwo o tym zapomnieć.

 

 

Spójrzmy na wykres. Od lat 90-tych bezrobocie systematycznie rosło osiągając szczyt w 2005 roku. Na wykresie przedstawione są dane średnioroczne, ale pamiętam jak w 2005 roku media epatowały czytelników liczbą 5 milionów. Warto dodać, że w 2005 roku weszła reforma Hartz IV, czyli połączenie ubezpieczenia od bezrobocia z opieką społeczną. Ludzie, którzy byli pod kuratelą pomocy społecznej, musieli zarejestrować się jako bezrobotni, trochę sztucznie podkręcając statystyki.

Od 2005 roku bezrobocie spada. Na tym wykresie nie widać żadnego kryzysu, tylko mały ząbek w 2009 roku. Zamiast zwalniać ludzi, i przy okazji rozpraszać zgromadzony know-how, firmy z problemami przeszły na tryb pracy w niepełnym wymiarze godzin. Od 2011 roku bezrobocie ustabilizowało się na poziomie niecałych 3 milionów i od tamtej pory już nie spada.

Z tych trzech milionów, około 2 miliony stanowią ludzie niezatrudnialni. Ludzie od lat w systemie Hartz IV, od lat niepracujący, bez kwalifikacji, często bez znajomości języka. Pozostały milion to lokalne bezrobocie strukturalne. Są obszary i zawody, gdzie bezrobocie występuje, ale na prawdziwe bezrobocie strukturalne zwyczajnie nie ma miejsca.

 

 

Spójrzmy teraz na wykres zatrudnienia. Zatrudnienie w zeszłym roku zwiększyło się o 400 tyś ludzi. Od 2011 roku, czyli odkąd bezrobocie pozostaje na stabilnym poziomie, zatrudnienie zwiększyło się o 1.5 mln ludzi. Skąd ci ludzie się wzięli ? Częściową odpowiedzią jest “cicha rezerwa”. Są to głownie kobiety powracające na rynek pracy – nie opłacało im się rejestrować, gdyż nie przysługuje im zasiłek dla bezrobotnych ani zasiłek społeczny, jeżeli mąż zarabia normalne pieniądze. Ta “cicha rezerwa” jest jeszcze obecnie szacowana na 500 tyś. osób. Do tego dochodzi imigracja, która ostatnio szacowana jest na 200 tyś rocznie. Mówię tutaj o imigracji zarobkowej w ramach Unii Europejskiej. Nie mówię tutaj o kolejnych 200 tysiącach azylantów z terenów wojennych – ci są poza głównym obiegiem gospodarki. 

Warto może wspomnieć, że wzrost zatrudnienia poparty jest wpływami do systemu ubezpieczeń społecznych oraz podatkami dochodowymi. Niemcy mają bardzo progresywny podatek dochodowy z wysoką kwotą wolną (20 tyś euro rocznie na głowę rodziny). Jeżeli zarobki zaczynają przekraczać kwotę wolną, od każdego euro płaci się wyższy podatek. Wpływy podatkowe rosną więc dużo szybciej niż fundusz płac.

Na początku poprzedniej dekady Niemcy były chorym człowiekiem Europy. Problemem był niski wzrost połączony z bezrobociem strukturalnym i deficytem finansów publicznych. Metodą małych, ale systematycznych kroków, sytuacja odwróciła się radykalnie. Od 2011 roku sektor finansów publicznych ma nadwyżkę. Bezrobocie obecnie nie stanowi już  problemu. Problemem jest przyciągnięcie jak największej siły roboczej oraz wykształcenie ludzi, by byli zdolni do pracy.

W unii walutowej reformy jednego kraju zaburzają równowagę całego systemu. Reformy, tak zwana Agenda 2010, doprowadziła do powstania sektora niskich płac i niskiej stabilności pracy. Była też elementem hamującym wzrost płac. Wcześniej zwolniony pracownik dostawał przyzwoity zasiłek, dopóki nie znalazł pracy na tym samym lub lepszym poziomie płacowym. Nie był zainteresowany pracą na gorszych warunkach. Po reformie Hartz IV pracownik dostawał wysoki zasiłek jedynie rok, a potem już szukał też słabiej płatnej pracy. Wybiło to związkowcom z ręki kartę przetargową a Petera Hartza uczyniło jednym z najbardziej znienawidzonych ludzi w Niemczech.

W 2010 roku czytałem, że w Niemczech przez dekadę jednostkowe koszty pracy wzrosły o 2%. W tym czasie w Hiszpanii wzrosły o 30% a w Grecji o 40%. Nie jest więc zaskoczeniem, że kraje te straciły konkurencyjność, co jest jednym z filarów obecnych problemów krajów południa.

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2015-02-25 20:02
 Oceń wpis
   

Dzisiejszy “Die Welt” podał wyniki badania opinii, wobec którego nie mogę przejść obojętnie. Pytanie brzmiało – o ile wzrósł DAX w ciągu ostatnich 5 lat. Jak widzimy, pytanie jest bardzo konkretne i dotyczy jednoznacznie weryfikowalnego faktu. Do więcej, dotyczy informacji, która jest powszechnie dostępna a nawet pełno jej w przestrzeni publicznej.

Wyniki są porażające. Jedynie 10% ludzie odpowiedziało trafnie, że o około 100%. Większość ludzi twierdzi, że o około 20%, lub nie ma pojęcia.

 

 

Ostatnio kluczowe pytanie brzmi – czy rynek nie jest przypadkiem przegrzany. Kończy się szósty rok hossy, a od ostatniej głębszej korekty mija już prawie cztery lata. Te wyniki pokazują, że ta hossa rozgrywa się całkowicie bez publiczności. Ludzie są do akcji zrażeni, obojętni. Zbyt zajęci pompowaniem bańki na obligacjach, by zwrócić uwagę na udział w przedsiębiorstwach.

Osobne pytanie  brzmi, czy to, że hołota-gołota nie wie czy jest hossa czy bessa ma jakieś znaczenie dla przyszłości rynku. Rok temu “Wirtschaft Woche” z okazji dyskusji nad wprowadzeniem płacy minimalnej podał rozkład majątku w zależności od zarobków. Tutaj możemy szukać podpowiedzi.

Połowa ludzi, licząc od strony najmniej zarabiających, nie ma żadnego majątku. Ludzie ci, wydając wszystko na bieżąco i żyjąc od pierwszego do pierwszego zachowują się, paradoksalnie, bardzo racjonalnie. Najważniejsze co mają, to prawo do emerytury, prawo do bezpłatnego leczenia, a w przypadku problemów – prawo do opieki społecznej. Trzymanie oszczędności się nie opłaca – w razie jak by co, to zamiast od razu przejść na garnuszek państwa będzie człowiek musiał przejeść oszczędności. Opnie tej grupy dla giełdy nie ma znaczenia.

Cały majątek jest podzielony między dwie grupy. Połowę ma 10% najlepiej zarabiających. Drugą połowę ma pozostałe 40% społeczeństwa. Przez majątek rozumiane są tu nieruchomości, płynne aktywa i udziały w przedsiębiorstwach ale również pojazdy i błyskotki. Można założyć, że spora część tego majątku jest w nieruchomościach.

Być może, z tych 40% połowa ma majątek tylko w nieruchomości i nie ma większych aktywów płynnych. Mimo wszystko, co najmniej 20% ludzi ma majątek, który chce pomnożyć i przy tym nie ma pojęcia o panującej na frankfurckim parkiecie hossie.

Wniosek, który musimy wyciągnąć, to że przyjmowanie kontrariańskiej postawy wobec opinii większość, ale większości ekspertów nie jest koniecznie sprytnym rozwiązaniem. Nowa krew może dopływać całkiem z boku, a z boku stoi obecnie przytłaczająca większość.

Drugi wniosek, jest taki, że to ludzie, jako całość mają bardzo słabą wiedzę na temat procesów gospodarczych. Nie mówimy tutaj o jakiejś zawiłości, ale o ogólnej charakterystyce publicznie dostępnego i wałkowanego codziennie w mediach wskaźnika. W tym momencie trzeba sobie zadać pytanie, na jakich nogach stoi demokracja – ale to już temat na zupełnie osobny wpis.

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2015-02-06 18:19
 Oceń wpis
   

Raport z amerykańskiego rynku pracy co miesiąc powoduje ogromne emocje i znaczące ruchy kursów. Dzisiaj chciałbym zwrócić uwagę na jeden malutki drobiazg. Dane podawane są w pierwszy piątek miesiąca, a potem przez następne dwa miesiące są korygowane. W styczniu następuje końcowa korekta wszystkich danych z poprzedniego roku. Teraz będzie jest kluczowy fakt: zmiana zatrudnienia podawana jest względem skorygowanej wartości, przy czym ostatnio te korekty są bardzo duże i zawsze w górę.

Przykład. Koś sprawdził w październiku, że pracuje 139.360 tyś. (przepraszam: tys.) ludzi. W następnych miesiącach nagłówki prasowe podały wzrost zatrudnienia o 321, 252 i dzisiaj o 267 tysięcy ludzi. Czyli teraz zatrudnienie powinno wynosić 140.510 ? Nie. Wynosi 140.850, ponad 300 tyś więcej. Różnica między rzeczywistym a “nagłówkowym” wzrostem zatrudnienia wynosi 40%. Dużo. Bardzo dużo.

Tabela podaje całkowite zatrudnienie i jego wzrost w ostatnich miesiącach. W pierwszych kolumnach mamy całkowite zatrudnienie w miesiącach i kolejnych rewizjach. Następnie “nagłówkowy” wzrost zatrudnienia oraz “cichy” wzrost – różnica między stanem zatrudnienie sprzed miesiąca według danych miesięcznych i obecnych w momencie raportowania.

 

 

Jak widzimy, ostatnio co miesiąc było “gubione” 50 tyś. ludzi. W tym miesiącu różnica wynosi 245 tyś. z czego 100 tyś. to ludzie “zgubieni” do października a 150 tyś. dodatkowo zgubieni przez ostatnie trzy miesiące.

Powstaje pytanie, skąd się biorą korekty. Z tego co zrozumiałem, z czasem zwiększa się próba statystyczna. Powinna ona jednak manifestować poprzez fluktuacje a nie systematyczne przesunięcie. Dodatkowo, korekta uwzględnia nowo powstałe firmy, które siłą faktu pojawiają się w próbkach z opóźnieniem. Wydaje się, że z tym właśnie mamy do czynienia. Powstaje dużo małych firm i dlatego faktyczny wzrost zatrudnienia jest dużo większy niż “nagłówkowy”.
 

Tagi: giełda, inwestowanie


2015-02-04 15:39
 Oceń wpis
   

Wig20 jest dramatycznie słaby. Gdy główne indeksy – S&P500 i DAX – co chwilę biją nowe rekordy wszechczasów, Wig20Usd praktycznie nie podniósł się po wyprzedaży w 2011 roku. Widzimy to na pięcioletnim wykresie indeksu Wig20 liczonego w dolarach.

 

 

Przyczyną tej słabości nie jest spisek cyklistów z leśniczymi, tylko skład sektorowy głównego warszawskiego indeksu. By to lepiej to zrozumieć zróbmy szybką analizę sektorów DAX-a. Liderami wzrostów są spółki farmaceutyczne. Na wykresie widzimy rozwój ceny akcji firm: Fresenius, Bayer i Merck. Z Merckiem łączy się mała anegdotka. Jest to jedna z najstarszych firm na świecie, założona w 1668 roku. W czasie IWŚ Amerykańska część Mercka została znacjonalizowana i stanowi teraz osobną firmę, pod tą samą nazwą, większą zresztą od niemieckiego Mercka.

 

 

Kolejny wykres to producenci samochodów: Daimler i BMW oraz spółka Infineon, dawny Siemens Semiconductors. Tu również widzimy piękne wzrosty. Infineon nie robi samochodów, tylko podzespoły to smartfonów czy pociągów, ale porusza się w tym samym rytmie co samochodówka. Nie ukrywajmy przy tym, że Infineon spadł najpierw ze stówy na 6 euro, a potem z 6 euro na 60 centów. Akcjonariusze zostali konkretnie przeczołgani. Tak się jednak składa, że moja przygoda z tą spółką zaczęła się właśnie w okolicy 60-80 centów. Mam więc do niej ogromny sentyment.

 

 

Nie wszyscy jednak piją szampana. Banki wyglądają słabo z elementami wpadek. Commerzbank w 2013 roku otarł się o bankructwo. Podobnie usługi publiczne i produkcja energii. Na wykresie pięcioletnim widzimy ciągłe osuwanie się.

 

 

 

W Wigu mamy PZU, który jest de facto funduszem obligacyjnym i w czasach malejących długoterminowych stóp procentowych pnie się do góry. Podobnie zresztą jak Allianz. Tutaj trzeba dodać, że 10-cio latki obecnie dają 2%. Oznacza to, że przez następne 10 lat do zarobienie jest 20%. Tylko 20%. Ale może być i tak, że cały ten zysk będzie zrobiony np. w tym roku. W skrócie: PZU jest warszawskim beneficjentem mega-bańki na obligacjach i ciągnie też indeks, ale nie będzie to trwało wiecznie.

Potem mamy banki. Dużo banków. Jakoś tak 37% udziału w indeksie. Tutaj mamy przez ostatnie lata słabość a będzie jedynie gorzej. Jedną sprawą są kredyty we frankach. Druga sprawa, to że kredyty złotówkowe są udzielane według stopy zmiennej. Jeżeli inflacja wzrośnie, a wzrośnie, i jeżeli RPP coś odpali, a dlaczego miało by tym razem nie odpalić, to ludzie z kredytami w złotówkach też mogą zacząć tracić możliwość spłaty. Oczywiście tutaj nie ma problemu, że nieruchomość jest warta połowę kredytu, ale straty mimo to będą. Generalnie akcja kredytowa będzie malała, ze względów demograficznych i sektor się będzie zwijał.

Następnie mamy sektor usług publicznych, energetyka i wreszcie surowcówka. Surowcówka ostatnio leciała jastrzębia lotem ale ostatnio zaczęła się podnosić. Wyprzedaż ropy i całej reszty chyba się już skończyła, ale na jakieś trwałe wzrosty bym nie liczył. Podobnie z usługami publicznymi i dystrybucją energii. Przykład Niemiec pokazuje, że tu też nie ma siły.

Wig jest słaby, ponieważ brakuje w nim sektorów, generujących wzrost. Tymi sektorami są obecnie spółki farmaceutyczne, samochodówka oraz nowoczesny przemysł. Pytanie na wyższym poziomie brzmi, dlaczego tych spółek nie ma. Są to firmy, które nie powstały z dnia na dzień, prowadziły solidny biznes przez dekady. Tego w Polsce dramatycznie brakuje.

Na koniec mała anegdotka. Gdy zaczynałem interesować się giełdą, jakoś tak w 2006 roku, czytałem informacje i tabelki z liczbami o różnych spółkach. O ekonomi czy księgowości miałem wtedy niewielkie pojęcie, ale potrafiłem analizować liczby. Trafiłem na taką jedną spółkę, silnie rosnącą – Bioton. Zorientowałem się, że spółka faktycznie ma, okazyjnie, jakieś obroty ze sprzedaży insuliny, ale głównym profilem działalności jest drukowanie akcji. Wtedy zapaliła mi się czerwona lampka, coś tu nie tak … Z perspektywy czasu, szkoda, że ta mega-hossa 2005-2007 rozegrała się tak, jak się rozegrała.

 

Tagi: giełda, inwestowanie
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |