O mnie
 
Ideą tego blogu jest przedstawienie długoterminowych trendów i procesów na rynkach kapitałowym, towarowym i walutowym. Szczególny akcent jest położony na powiązania między tymi rynkami.




Najnowsze komentarze
 
2017-08-21 13:11
Monika1243 do wpisu:
Przeprowadzka
Szkoda, że się przeprowadziłeś z tego bloga, miał dobrą historię. To dzięki tobie zaczęłam[...]
 
2016-07-22 20:37
magowsicka do wpisu:
Co zrobi FED ?
ja uważam że super sposoby na dodawanie statystyk do wordpress opisany jest w tym poradniku[...]
 
2016-01-10 14:49
synonim nielogo do wpisu:
Pora na Świętego Mikołaja
jak tam zyski na opcjach call na S&P500 ze Strikem 2100 i 2200? Naprawdę trzeba być[...]


Kategorie Bloga
 
Ogólne
 
Ulubione
 




Wykres Tygodnia

wykresyGieldowe

2015-01-31 09:42
 Oceń wpis
   

60% ludzi w Polsce nic nie czyta. Przy czym, jeżeli ktoś raz w roku sprawdzi w książce kucharskiej przepis na karpia w galarecie, to jest już uznawany za czytelnika. Czytelników prawdziwych, zdefiniowanych jako dotykających więcej niż 6 książek rocznie jest 11%. Czyli przyjmując orientacyjnie dorosłą (powyżej 15 lat) populację na 30 mln jest to trochę ponad 3 mln ludzi.

Wśród ludzi po studiach, nic nie czyta 30%, a regularnie jedynie 20%. Kluczowe są jeszcze dwie liczby. Czytanie w celu rozwoju zawodowego czy osobistego deklaruje 8% ludzi z wyższym wykształceniem i 4% społeczeństwa. Jest to ok. 1.2 mln obywateli.

Tematem zainteresowałem się, czytając jakieś tam narzekanie, że Polsce po 25 latach od transformacji nie uformowała się klasa średnia. Inna sprawa, że w Polsce pod pojęciem klasy średniej zwykle rozumie się drobnomieszczaństwo, a ja pod tym pojęciem bardziej rozumiem inteligencję. Wyszukując liczby zdałem sobie sprawę, że mamy tutaj świetną pointę ostatnich rozważań o kredytach we frankach i państwach mniej lub bardziej poważnych.

Jeżeli za klasę średnią przyjmiemy inteligencję, to widzimy, że materiał biologiczny marny jest. Materiał na klasa średnią stanowić może co najwyżej te 1.2 mln ludzi, którzy regularnie czytają dla rozwoju zawodowego lub dla szerszego poznania świata. Te 3 mln regularnie czytających to najszersze jakie się da rozciągnięcie bazy społecznej, z której da się uformować klasę średnią. Czytanie romansideł czy powieści, to jeszcze nie jest inteligencja.

Trudno mi sobie wyobrazić człowieka po studiach, który wykonuje pracę wymagającą studiów a przy tym nie ma presji ani wewnętrznej ani zewnętrznej na stały rozwój tak zawodowy jak i osobisty. Jedyne co mi przychodzi to głowy to jakiś zapyziały urzędnik, którego praca początkowo wymagała większej edukacji ale z czasem stała się rutynowa. Wynika z tego, że 90% ludzi po studiach nie wykonuje pracy wymagającej studiów jak i nie widzi realnej szansy na zmianę sytuacji. Gdy człowiek tymczasowo pracuje poniżej kwalifikacji, ale ma nadzieję na prawdziwy zawód, będzie on podwukroć się dokształcał.

Oznacza to, że obraźliwe określenie “wykształciuch” jako tłumaczenie wprowadzonego przez Sołżenicowa pojęcia “obrazowańszczyzna” jest niczym innym jak trafnym opisem rzeczywistości. Przez polskie uniwersytety przetoczyło się ostatnio 2 mln baranów, którzy dostali świadectwo ukończenia, ale nie posiadają cech charakteru typowych dla ludzi wykształconych. Obok czytelnictwa i szukania źródeł, te cechy charakteru to krytyczny umysł i wybieganie myślowe poza “tu i teraz”. Dyscyplina dogłębnej analizy problemu, i krytycznego podejścia do źródeł i własnych przemyśleń, dają człowiekowi pewność siebie umożliwiającą przeciwstawienia się presji społecznej. Tych właśnie cech zabrakło ludziom zadłużającym się we frankach.

Warto przy tym dodatkowo zaznaczyć, że w Polsce jest 650 tyś nauczycieli. Jeżeli uznamy, że wszyscy czytają i się rozwijają, to rozwijacych się nie-nauczycieli pozostanie już na prawdę garstka. Jeżeli nauczyciele też mało czytają, co jest chyba właśnie faktem, to mamy społeczeństwo, gdzie ślepy prowadzi kulawego.

Jeszcze o frankach


Na portalu salon24 czytałem na pierwszej stronie rozważania o kredytach we frankach. Trudno to dokładnie cytować, tak jak trudno jest cytować gaworzenie niemowlaka. Człowiek postawił tam tezę, że na takim samym kredycie w CHF bank szwajcarski zarobiłby 11%, a na kredycie w CHF spłacanym, w trwale tracącej na wartości, złotówce, bank zarobił ponad 100%. I jest to nieuzasadniony zysk, który bank musi zwrócić. Oczywiście ani słowa o tym, że bank wypłacił złotówki, które są coś warte, a dostawał później złotówki warte tylko połowę tych wypłaconych. Cóż, niezrozumienie wartości pieniądza w czasie i inflacji i że jest ona inna w różnych walutach jest powszechne. Zaszokowała mnie tylko mała informacja na górze strony, że autor jest profesorem ekonomii i Posłem na Sejm. Zacząłem się zastanawiać, jak to jest, że taki hmm …, jest posłem i profesorem a ja tylko prostym programistą. Oczywiście przypomniałem sobie zaraz, że jako prosty programista zarabiam jakoś tak dwa razy więcej niż Poseł i bardziej mi to odpowiada. Mówię oczywiście o zarobkach oficjalnych a nie na fałszowaniu kilometrówek.

Przykład wspomnianego Posła jest świetną ilustracją, że Polska nie jest strefą niskich płac, tylko strefą dziadowskiej pracy. I cwaniaczków.

Powracając do franka, “Gazeta Wyborcza”, rozgrywa dość ciekawą akcję propagandową –  chór na trzy głosy. Najpierw są “listy” od czytelników pokazujące przegięcie w jedną stronę. Później jest list z przegięciem w drugą. Te listy, w detalach, nie trzymają się kupy, więc jest oczywiste, że są spreparowane przez redakcję. Na końcu jest “głos rozsądku”. Ten rzekomy głos rozsądku sprzedaje nam tezę, że frankowicze chcą jedynie, by banki podzieliły się gigantycznym zyskiem ze wzrostu kursu. Nic nie chcą od podatnika.

Pamiętam, co Gazeta pisała o walutach na początku 2008 roku i zakładam, że jej środowisko jest bardzo mocno we frankach umoczone. A to środowisko bliskie bezpośredniej władzy. Można założyć, że młodzieżówka terenowa Platformy i cała masa ludzi powiązana bezpośrednio w władzą jest w kredyty we frankach umoczona. Dlatego właśnie spodziewam się, że podatnik będzie jednak musiał się zrzucić na pomoc frankowiczom jako na górników.

Na koniec czarny humor i ironia pokoleniowa.


Dlaczego Lepper musiał zginąć ? Zaczął się dopominać o prawa autorskie do swojego programu. Chodzi o nacjonalizację OFE i dodruk pieniędzy. Na początku lat 90-tych Lepper był symbolem buractwa a środowisko “Gazety Wyborczej” i Unii Demokratycznej intelektualnego wyważenia. Teraz to środowisko Gazety wskakuje w buty Samoobrony żądając umorzenia kredytów. Intelektualnie, to środowisko już dawno stoczyło się we wspomnianą obrazowańszczyznę.

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2015-01-26 20:27
 Oceń wpis
   

Moje poglądy na temat kredytów we frankach ulegają powoli ewolucji, a trafniej pisząc ulega ewolucji moja percepcja wiedzy ekonomicznej rodaków. Coraz odważniej na forach pojawiają się głosy, że żadnych franków nigdy nie było. Banki żadnych franków nigdy nie miały. Jest to kluczowy błąd.

Banki były jedynie pośrednikiem między polskim kredytobiorcą a międzynarodowym kredytodawcą, oszczędzającym we franku. Miało to poważne konsekwencja dla gospodarki w okolicy 2008 roku. Banki pożyczały pieniądze na rynku hurtowym, za CHF kupowały PLN i te pieniądze przelewały deweloperom za mieszkania. Ten gigantyczny popyt na złotówki prowadził dramatycznego do wzmocnienie kursu i destabilizacji gospodarki w okolicy 2008 roku. Wzrost złotówki doprowadził do bankructwa wielu firm eksportowych, był też przyczyną słynnych opcji walutowych. Ten pozornie tani pieniądz doprowadził też bańki na rynku nieruchomości i wypchnięcia z rynku ludzi, którzy chcieli zachować się przyzwoicie. Ten strumień pieniędzy, i wywołany przez niego boom, prowadził do bardzo restrykcyjnej, i zresztą błędnej, polityki RPP. Ludzie z kredytami w złotówkach musieli płacić za frankowców wyższymi ratami. Do tego problemu wrócę jeszcze dalej.

Zastanawiam się, czy ludzie, którzy  nie rozumieją że bank był tylko pośrednikiem, i na kursie franka nie zarabiał, są szaleńcami czy prowokatorami. Czy teraz ci ludzie cynicznie udają, że nic nie rozumieją, by potem twierdzić, że bank ich oszukał. Czy to zaćmienie umysłu wywołany szokiem psychicznym, czy naprawdę nie mają pojęcia jaki kredyt wzięli.

Obecnie na forach dominuje narracja: “Nie chcemy nic od podatnika. Chcemy jedynie by państwo pomogło nam w respektowaniu prawa i by bank podzielił się trochę swoim zyskiem. Jesteśmy też zatroskani szczuciem jednych na drugich, szczuciem na nas.“
Ta narracja pojawia się w podobnej formie w wielu miejscach więc chyba nie jest to przypadek.

Ta narracja opiera się na tezie, że przewalutowanie po cenie franka z dnia brania kredytu to jedynie podzielenie się banku częścią zysków. Oczywiście jak pisałem, bank na kursie nie ma zysków. To przymusowe umorzenie długu. Państwo może banki do tego zmusić, ale wtedy podatnik będzie musiał zapłacić odszkodowanie. Perfidna walka o dotację. Cóż, gdy ktoś chce mnie perfidnie okraść, a ja odpycham go od sakiewki to nie jest to szczucie.

Czy szczucie frankowców jest uzasadnione ? Odpowiadam – jest. Po pierwsze dlatego, że zdestabilizowali gospodarkę w 2008 roku. Ludzie z kredytami we frankach najgłośniej krzyczeli, że RPP musi podwyższać stopy, by utrzymywać siłę nabywczą złotówki (i by mój kredyt sam się spłacał …). Byli więc obciążeniem dla przyzwoitszej części społeczeństwa. Teraz znowu destabilizują gospodarkę i ta wyciągnięta łapa …

Wracając do RPP. Jej zachowanie w okolicy 2008 roku było modelowym przykładem niepoważnego państwa. W poważnym państwie do kluczowych pozycji w hierarchii urzędniczej dochodzą ludzie rzutcy i samodzielnie myślący a nie odklepywacze wymyślonych gdzie indziej dogmatów. Inflacja w 2007 i 2008 roku wynikała z nadmiernego napływu pieniędzy poprzez kredyty w CHF. Trzeba było stopy obniżyć, by zwiększyć percepcję ryzyka walutowego a obniżyć percepcję ryzyka stopy, i po to, by ograniczyć liczbę kredytów a tym samym długoterminowo inflacji. Dla RPP powinno być też jasne, że kredyty w CHF będą spłacane, co się będzie wiązało z trwałą presją na złotówkę i utraty przez nią siły nabywczej.

Pytanie co dalej.


Dłuższy czas temu podałem tezę, że CHF pozostaje w trendzie wzrostowym o nachyleniu 13% rocznie. Tu jest wpis. Teraz zrobiłem podobny wykres. Przypominam, że wykres zrobiony jest od 1995 roku, czyli od czasu zakończenia szoku po zmianie ustroju. Zostawiłem na wykresie lewy margines, by zilustrować, że incydenty hiperinflacyjnie nie są w Polsce jakąś szczególną rzadkością. Każdy w 2008 roku o tym zresztą wiedział.

 

 

Kurs wybił się ponad trend. Co będzie silniejsze ? Według mnie naturalnym scenariuszem jest powrót do linii trendu i ślizganie się w okolicy 4 zł. W zasadzie nawet ruch w kierunku 3.50 może się przytrafić. Dopiero po dłuższej stabilizacji w okolicach 4 zł byłaby pora na kolejny ruch w górę w okolicę 4.50. Gdzieś tam pewnie będzie przymusowe przewalutowanie. Niezależnie, kto weźmie na klatę stratę, ludzie czy banki, przewalutowanie będzie prawdopodobnie po kursie 4.50–5 zł. To jest wersja z cyklu “1989 plus pokolenie równa się zmiana ustroju”.

Patrząc jednak na trend, chwilowo, wygląda na to, że jest nadzieja, że problem się rozejdzie po kościach.

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2015-01-25 11:30
 Oceń wpis
   

Rozważmy fundament problemu. Szwajcaria jest poważnym krajem z poważną walutą, a naturalną tego konsekwencją są niskie stopy procentowe. Polska jest krajem niepoważnym, czego konsekwencją jest śmieciowa waluta i wysokie stopy procentowe by zrekompensować ryzyko. Okazyjnie jednak, za sprawą napływu kapitału, sytuacja się na chwilę normalizuje. Polska udaje normalny kraj. Taka błazenada rozegrała się właśnie w latach 2005-2007, względnie można to rozciągnąć na lata 2004-2008.

Ludzie w 2008 roku myśleli tak: Polska jest świetnym krajem i ma świetlane perspektywy. Z nieznanych jednak powodów, rynek tego nie rozpoznał i raty w CHF są dużo niższe. Ja przechytrzę rynek i wykorzystam to. Zarabiam w poważnej złotówce z niepoważnymi stopami, ale spłacać będę w poważnym franku z niskimi stopami. Tutaj jest kluczowa luka – ludzie nie kwestionowali tego, że Polska i złotówka udaje kraj poważny jedynie okazyjnie.

Wystarczyło spojrzeć w przeszłość. W ciągu 20 lat, cena franka wzrosła z 2 groszy (po denominacji) do 2 złotych. Ludzie brali kredyt na 30 lat w poważnej walucie i zapomnieli, że w ciągu 30 lat, a więc od 1978 roku, było w Polsce co następuje: upadek Gierka, Stan Wojenny, bankructwo Polski, inflacja, drugie bankructwo Polski, zmiana ustroju, hiperinflacja. Pomijając masowe zwolnienia i przygody z 25% bezrobociem.

Ludzie brali kredyty w poważnej walucie na domy w republice bananowej.

Tyle rozliczeń. Jestem jednym z tych, którzy uważają, że bez rozliczenia nie ma rozwiązań. Latami pracowałem przy kontroli jakości, zresztą przy detektorze w Szwajcarii, i by problem rozwiązać, trzeba najpierw stwierdzić że istnieje a potem go “rozdłubać”.

Jakie jest więc rozwiązanie.


Rozwiązaniem jest ucieczka do przodu. By problemy z frankami znikły, Polska musi się stać poważnym krajem, by ludzie zarabiali w poważnych pieniądzach. Tylko tyle i aż tyle.

Co to oznacza ? Łatwiej jest określić, czego poważny kraj nie robi, niż co robi. Przykład: gdy ktoś przez ostatnich kilka lat pisał o nieodpowiedzialnej polityce fiskalnej był wyśmiewany jako czarnowidz. Potem nadszedł dzień: nacjonalizujemy OFE – nie ma innego wyjścia. Poważny kraj widzi problemy wcześniej i przygotowuje się na nie.

Kolejny przykład. Mimo hossy na węglowodorach kopalnie były słabo rentowne. Załamanie cen gazu w USA w 2010 roku było ostrzeżeniem. Co wtedy zrobiono ? Nic. Teraz sytuacja jest pod ścianą i można albo wszystko zamknąć i zalać betonem, co jest rozwiązaniem złym, albo jeszcze więcej dotować, co jest rozwiązaniem katastrofalnym.

Takich przykładów można by mnożyć. To, co chyba najważniejsze, że nie chodzi tu o wielkie słowa i bohaterskie czyny. To co czyni kraj poważnym lub niepoważnym jest całość tysiąca drobnostek: organizacji przestrzennej, zamówień publicznych, edukacji, systemu emerytalnego, zachowania na ulicy czy transportu publicznego. Naprawiając tysiące tych drobnostek Polska stanie się poważnym krajem z poważną walutą. Kredyty będą spłacalne – wartość nieruchomości liczona w CHF wzrośnie.

Pokolenie lemingów czy wykształciuchów stoi przed pokoleniowym sprawdzianem: czy są inteligentami czy pół-inteligentami. Czy potrafią działać etycznie (prospołecznie) czy po cwaniacku. Czy potrafią zmienić ten “dziki kraj” w kraj cywilizowany. Tylko wtedy spłacą kredyty.

Jako epilog można dodać, że jeżeli Polska stanie się poważnym krajem to wszyscy na tym zyskają. Kredyty we frankach mogą być tym, czym dla Hollendrów było w średniowieczu morze – presją która zbuduje zdyscyplinowane społeczeństwo. Tak naprawdę, to nie wszyscy zyskają, są ludzie i całe grupy społeczne, które dzięki barłogowi mają się jak pączki w maśle czy jak ośmiorniczki.

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2015-01-24 10:19
 Oceń wpis
   

Cena akcji BMW przekroczyła psychologiczny poziom 100 euro. To fajnie, ale więcej mówi to o euro niż o BMW. Wykres ceny akcji BMW bardzo lubię, bo świetnie ilustruje ostatnie 10 lat. Po pierwsze widzimy, że w Niemczech, i generalnie w krajach rozwiniętych, w 2007 roku nie było żadnej mega-bańki, była ona tylko w  Polsce i w innych krajach peryferyjnych. Po drugie widzimy, że na przełomie 2008/9 było gigantyczne niedoszacowanie cen. Wtedy można było kupić akcje po 16 euro. To tyle, ile spółka zarobiła na czysto w przez ostatnie dwa lata. Giełda była wyprzedana do wskaźnika C/Z = 2. Nie dwadzieścia, tylko dwa. Dalej widzimy, że mieliśmy ruch reflacyjny (2009-2011), a następnie zwykły wzrost. Na wykresie widzimy też, że bajki o Polsce jako liderze wzrostu na europejskim morzu kryzysu, to to wytwór lokalnej propagandy.
 


Dlaczego wzrost nie cieszy ?

ECB znowu zachowuje się jak chłoptaś z szabelką. W międzyczasie przyzwyczailiśmy się do wysokiej kultury politycznej FED i strasznie to razi. ECB zachowuje się bardzo podobnie to tego, co robił w 2008 roku. Wtedy, w przeddzień deflacyjnej recesji wywołanej eskalacją ceny ropy, ECB podnosił stopy procentowe. Dzisiaj, w przeddzień inflacyjnego boomu wywołanego nowymi odkryciami technologicznymi – tanią ropą – rozpoczyna luzowanie ilościowe. Euro straciło wobec dolara 20% w ciągu roku, a mimo to ECB wyraża obawy o deflację.

Z punku widzenia spekulanta można powiedzieć, że spadek euro dobiega końca. ECB już się wygłupił, przed nami kolejna odsłona Greckiej tragedii. Nie ważne co się stanie, ważne że wkrótce będzie stanięte. W zasadzie można się liczyć z twardym bankructwem Grecji i wyjściem ze strefy Euro, Unii Europejskiej a nawet z globalnego systemu płatniczego. Może to być impuls do realizacji zysków i spadku ceny dolara wobec euro o około 10%. Jest niestety też jeden niebezpieczny scenariusz: euro dalej spada, co powoduje dyskusję w Niemczech o wyjściu ze strefy Euro. Im większy spadek tym intensywniejsza dyskusja. A euro bez Niemiec może spaść jeszcze o dalsze 30%.

Te 30% to nie całkiem wyssane z brudnego palucha. O tyle szybciej wobec Niemiec rosły w krajach południowych jednostkowe koszty pracy w pierwszej dekadzie wspólnej waluty. Teraz albo te koszty muszą spaść, albo produktywność musi wzrosnąć bez wzrostu płac, albo w Niemczech wzrosnąć muszą koszty albo wreszcie trzeba waluty rozdzielić.

Kredyty we Frankach

W Polsce dojrzewa dyskusja do systemowego rozwiązania problemu kredytów we frankach. Problem dotyczy około 600 tyś kredytów, czyli licząc z najbliższą rodziną, jest to kluczowy temat dla 1.5–2 mln wyborców. Dla porównania, na Platformę w 2011 roku głosowało 5.6 mln ludzi. To może być kluczowa grupa.

W Polsce, kredyty w ogólności, a we franku w szczególności, brali ludzie, którym jakoś tam ułożyło się w III RP. Ludzie nazywający siebie elitą czy klasą średnią. Sami pracownicy banków czy gazet są mocno umoczeni. Jedna dziennikarka, chcą być chyba głosem pokolenia, napisała, że Polską inteligencję mordowali najpierw zaborcy, potem w kolejności Hitler, Stalin a teraz kredyty we Frankach. Według mnie, w Polsce nigdy nie było elity i inteligencji. Są tylko poł-inteligenci, którzy co pokolenie ładują siebie i kraj w tarapaty.

Na dzisiaj systemowym rozwiązaniem jest spiek banków z kredytobiorcami, w udawaniu że kredyt jest zabezpieczony nieruchomością. Zyskują i banki i kredytobiorca. Przegranym może być akcjonariusz banku oraz człowiek trzymający w nim lokatę. Tą ostatnią tezę chciałbym podkreślić – fundamentalnym aspektem kredytów we frankach jest to, że bank nie jest w stanie wziąć na siebie straty wynikającej ze spadku cen nieruchomości i płac kredytobiorców (liczonych w CHF). Wynika z tego, że lokaty w bankach są zagrożone. Teoretycznie, większość lokat jest gwarantowana przez fundusz gwarancyjny, tyle, że ten fundusz ma kilka miliardów, a potrzeba ponad 100 mld zł. By uchronić depozyty, do akcji będzie musiało wkroczyć państwo.

Obecny kurs franka może w kilka miesięcy wyczyścić nadwyżki kapitału kredytobiorców doprowadzając do fali pogorszenia spłacalności kredytów. Wtedy spisek udawania straci rację bytu i potrzebne będzie prawdziwe rozwiązanie systemowe. Jak będzie ono wyglądało, pozostaje otwarte.

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2015-01-15 20:58
 Oceń wpis
   

Na fali urynkawiania cen, również Bank Szwajcarii urynkowił cenę Franka. Styl całej operacji pozostawia jednak dużo do życzenia, by nie powiedzieć, że SNB się konkretnie wygłupił. Dzisiaj na szybko kilka refleksji. Koło południa patrzę: o, Stooq nie działa, o, frank z piętką z przodu.

Zacznijmy od tego, że spadek euro jest według mnie obecnie już przesadzony. Szwajcarom zaczęło to już przeszkadzać i postanowili się odwiązać. Dzisiaj frank wzmocnił się o 20%, ale wobec dolara jest dzisiaj tam, gdzie był rok temu. Sam wzrost nie jest problemem. Problemem jest styl. Ważna decyzja, powodująca tsunami na rynkach finansowych została podjęta nagle i za zamkniętymi drzwiami. Padają podejrzenia – kto wiedział wcześniej. Zagadka, ze wzrostem ceny złota od grudnia, też się chyba rozwiązała. Tą decyzją SNB podważył swoją wiarygodność ale i też wiarygodność całego globalnego systemu monetarnego. Wielokrotnie chwaliłem QE3 właśnie za styl i zarządzanie poprzez konsensus. Polityka monetarna FED-u była ciągła i na podstawie napływających danych każdy mógł przewidzieć następny ruch FED. Jednym z owoców tej polityki konsensusu jest płynnie rosnąca giełda bez zbędnych zawirowań. Ta polityka FED będzie jeszcze przez wiele lat procentować.

SNB poszedł w kierunku tupnięcia nóżką. Dzisiaj wygląda to jak podwójna dźwignia – SNB spowodował zachwianie zaufania do całego systemu monetarnego i jednocześnie wzrost franka, coś, co rynkowo wygląda jak odessanie zaufania z całego świata.

Do tej pory twierdziłem, że Szwajcaria ma silną gospodarkę i jest mocna w przyszłościowych sektorach. Zawsze byłem byczy wobec franka. Dzisiaj zaczynam zamieniać się w sceptyka. Szwajcaria ma też swój mały sekrecik. Ceny nieruchomości już dawno odleciały w kosmos, a od tamtej pory jeszcze wzrosły. Zadłużenie prywatne jest na gigantycznym poziomie. Może być i tak, że problemy hipo w Szwajcarii spowodują ucieczkę od franka jako bezpiecznej waluty. Szybko te franki mogą zalać Szwajcarię powodując inflacyjną recesję. Wtedy, w Szwajcarii może być mniej wesoło – inflacja rośnie, a stóp nie można podnieść by nie zarżnąć kredytobiorców. W takim układzie zaufanie i napływ kapitału zagranicznego jest zbawieniem. W zasadzie problemy może wywołać jedno duże bankructwo spółki giełdowej.

Polska

Ludzi, którzy w 2008 roku uważali, że frank po przebiciu 2 zł spadnie od złotówki a potem niżej w zasadzie zawsze uważałem za przypadki kliniczne, którym należą się żółte papiery. Żyłem wtedy jedną nogą w Szwajcarii i wiem jak ceny i jakości się kształtowały. Potem, gdy cena doszła od 2.80, 3.20 i wreszcie 3.50 twierdziłem, że to dopiero początek. 4.30 to już raczej koniec. Co nie zmienia faktu, że ludzie z kredytami mają problem.

Wielokrotnie pisałem, że jeden gest SNB może w Polsce wywołać recesję. Teraz to się dzieje. Raty prawdopodobnie aż tak dużop nie wzrosną, ze względu na ujemną stopę procentową, ale po siedmiu latach spłacania, kredyt jest dwa razy większy niż wartość nieruchomości, liczona po zabańczonych cenach. Ktoś może nie wytrzymać i zarządać dodatkowego zabezpieczenia.

Ludzie, którzy mieli kilka lat oddechu znowu będą musieli więcej płacić. W pewnym momencie, jeżeli frank szybko nie spadnie może zacząć się lawina przewalutowań kredytów. Wtedy to już nie frank będzie rósł, ale złotówka spadać. Czy dojdzie do przekroczenia progu – trudno powiedzieć, świat miał się przecież zawalić dopiero za dwa lata :-)

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2015-01-10 17:54
 Oceń wpis
   

Jedną rzecz musimy sobie wyjaśnić – w produkcji ropy zaszła prawdziwa łupkowa rewolucja. Świetnie ilustruje to wykres produkcji ropy w USA od 1920 roku. W ciągu trzech lat, produkcja wzrosła z okolic 5 milionów baryłek dziennie do 9 milionów. Wzrost produkcji jeszcze nigdy nie był tak radykalny. Te 3.5 mln baryłek dziennie, to po starych cenach 130 mld dolarów. Te dolary nie popłyną z USA do krajów roponośnych i to dzięki nim, USA ma zrost gospodarczy sięgający 5% r/r.

 

 

Z tej łupkowej rewolucji płynie kilka wniosków. Po pierwsze wszelkie opowieści o manipulacji ceny, o ekonomicznej wojnie czy o taniej ropie jaki metodzie nacisku politycznego można włożyć między bajki. Ropy jest zwyczajnie nadmiar. To, że jedna (Rosja) czy druga (Wenezuela) stacja benzynowa czuje się urażona i zagrożona jest wyłącznie problem ich dziadowskiego państwa.

Po drugie, mamy gigantyczny wzrost produkcji, który zapewni tanią ropę na długie lata. To co teraz obserwujemy to nie jest kalka 2009 roku. Wtedy powodem spadku ceny był nagły spadek popytu. Teraz powodem jest duży i trwały wzrost podaży. Umożliwi on trwały wzrost gospodarczy. Dekadę temu niektórzy ekonomiści, np. Soros, pisali o go-stop-economy. Każdy wzrost gospodarki powodował wzrost ceny energii, który hamował ten wzrost. Trwały wzrost nie był więc możliwy. Te czasy to dziś przeszłość.

Po trzecie, cena ropy była latami zawyżona. Do tej pory było kilku wielkich producentów, do tego zrzeszonych w kartelu – OPEC. Mogli oni manipulować podażą i uzyskiwać ponadrynkową cenę. Nowa podaż to mali gracze. Tutaj zorganizowanie zmowy cenowej nie będzie możliwe. Poza samym wzrostem podaży mamy więc dodatkowy czynnik urynkowienia ceny, który jest ważnym motorem spadków.

Po czwarte widzimy, dlaczego państwo musi walczyć z kartelami i zmowami cenowymi. Nie tylko dlatego, że na zawyżonych cenach tracą konsumenci, ale dla zachowania stabilności rynkowej. Przez zawyżone ceny spada dyscyplina w firmach “zrzeszonych” ale umożliwiają one też powstanie nowej konkurencji, która doprowadzi do wywrócenia systemu. Co gorsza, taka konkurencja może przyjść z zagranicy, eliminując jednym ruchem wszystkich krajowych producentów.

Po piąte widzimy, że gospodarka oparta na surowcach ma krótkie nogi. W zasadzie w historii nie ma państwa, które zapewniłoby trwały dobrobyt oparty tylko na surowcach. Surowce mają swoje pięć minut czy dekadę, ale potem okazuję się, że technika jest ważniejsza. Pojawia się nowa technologia, czy to wydobycia, czy to ograniczenia zużycia danego surowca. Liczy się zdyscyplinowane i innowacyjne społeczeństwo. W takich sytuacjach zawsze mam przed oczami Holandię, która nie tylko nie ma surowców, ale musi o każdy metr ziemi z morzem walczyć, i prawie całą historią byłą państwem dobrobytu.

Po szóste wreszcie, społeczeństwa roponośne czeka szok kulturowy. Przykładowo, w Rosji PKB na osobę w 2000 roku wynosił jakoś tak 2000 usd na osobę. Ostatnio był w okolicy chyba 12 000 usd na osobę. Sześciokrotny wzrost w półtorej dekady. Teraz PKB znowu spadnie pewnie o okolice 4000-5000 usd na odsobę.  Standard życia spadnie o więcej niż o połowę. Może to prowadzić do niepokojów społecznych, i mniej lub bardziej rewolucyjnej wymiany władz. Rewolucje w bandyckich krajach mogą być niestety nieprzyjemną i groźna konsekwencją łupkowej rewolucji technologicznej.

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2015-01-04 14:31
 Oceń wpis
   

FED przymierza się powoli do podnoszenia stóp procentowych. Zacznijmy od tego, że zadaniem FED-u jest dbanie o stabilne ceny w kontekście pełnego zatrudnienia. Na sytuację zatrudnienia możemy się patrzyć przez okulary trzech miar statystycznych. Pierwsza miara, to liczba nowych zwolnień. Obecnie ta liczba jest bardzo niska. Można nawet powiedzieć, że stabilność zatrudnienia jest na historycznych maksimach. Druga miara, to współczynnik bezrobocia. Spadło ono z 10% w 2009 roku do poniżej 6% teraz, jest więc na akceptowalnym poziomie.

 

 

 

Trzeci wskaźnik, to partycypacja siły roboczej. Ten cały czas spada. Mimo spadającego bezrobocia, odsetek ludzi pracujących spada. Można to tłumaczyć tak, że ludzie zniechęceni poszukiwaniem pracy, przestają jej aktywnie poszukiwać, wypadając tym samym ze statystyk bezrobotnych. Jest to interpretacja częsta w mediach “spiskowych”, głoszących spiskową teorię dziejów i jedno wielkie fałszerstwo wszystkich statystyk, które nie potwierdzają z góry założonej tezy :-)

 

 

Proponuję trochę inne rozwiązanie zagadki. Spójrzmy na piramidę demograficzną. Obecnie najliczniejszą grupą wiekową są ludzie w wieku 20-24 lata. Powtarzam: najliczniejszą grupą są ludzie wchodzący w dorosłe życie. Takiej sytuacji w Polsce a i pewnie w Europie nie będzie dokąd oko sięga. Podobne sytuacja była w Polsce dekadę temu. Statystycznie, ludzie liczą się do siły roboczej, gdy kończą 15 lat. Praktycznie, do siły roboczej człowiek wchodzi w wieku 25 lat, kobiety często później. Nie jest więc zaskoczeniem, że partycypacja siły roboczej jest niska. Nie jest też zaskoczeniem, że przez ostatnie lata dynamicznie rósł rynek kredytów studenckich. Teraz, ta młodzież będzie intensywnie wchodziła na rynek pracy. I kupowała domy na kredyt.

 

 

Co więc zrobi FED ? Obecna, super-luźna, polityka monetarna wynika z bardzo niskiego popytu na kredyty, w szczególności hipoteczne. Dodam też, że bańka sub-prime też była efektem bardzo niskiego popytu na kredyty hipoteczne. Teraz będzie się to zmieniać, gdyż pojawia się naturalna siła popytowa na kredyty. Tym samym FED będzie zmuszony do prowadzenia restrykcyjnej polityki monetarnej – podnoszenia stóp procentowych i ściągania pieniądza z rynku. Mowa tu o dominancie na najbliższe kilka lat.

W tym roku liczyć się będą dwa procesy. Z jednej strony mamy boom gospodarczy napędzany tanim paliwem z łupek oraz wspomnianą falą demograficzną wchodzącą na rynek pracy i rynek kredytowy. Da dynamika zwiększa presję na zaciskanie polityki monetarnej.  Z drugiej strony, drożejący dolar dławić będzie inflację. Drożenie dolara ma dwa aspekty. Pierwszy, to naturalny wzrost cen wynikający ze spadku liczby dolarów w obiegu poza USA. Dolarów w obiegu będzie mniej, ze względu na zmniejszenie importu paliw.  Drugi aspekt, to ucieczka kapitału z rynków wschodzących. Ludzie, którzy do tej pory inwestowali w krajach jak Polska będą zamykać pozycje i uciekać w dolara i pędzącą giełdę. Paradoksalne boom na giełdzie będzie obniżał inflacje. Ta dynamika to bardziej gra emocji niż proces gospodarczy i trudno przewidzieć jego skalę.

Gdybym miał napisać jednym zdaniem jaka będzie dominanta ekonomiczna na najbliższe lata w USA, to powiedziałbym, że taka jak w Polsce w 2005-6 roku. Mamy tu demograficznie bardzo podobną sytuację. Również monetarnie mamy podobną sytuację – boom na giełdzie będzie przyciągał kapitał umożliwiając tańszy import i niższą inflację. W Polsce tym dodatkowym kopniakiem były pieniądze płynące z Unii, w USA jest to ropa płynąca z łupków. Za kilka lat USA może zacząć robić nadwyżki w budżecie.

Podsumowując FED będzie jastrzębi, ale nie jest do końca jasne jak bardzo jastrzębi.

Teraz pora na wnioski praktyczne. Po pierwsze, USA gotuje się zupa, która odessie kapitał z całego świata. Dla Polski to nie jest szczególnie dobrze. Po drugie, przed FED-em ciężka próba. Jeżeli zachowa się jak nasze orły z RPP to za kilka lat będziemy mieli niezły bajzel na świecie. Mam nadzieję, że FED “rozprasuje” nadchodzący boom gospodarczy, tak, by nie było zbyt dużej bańki na aktywach i by późniejszy krach też nie był głęboki.
 

Tagi: giełda, inwestowanie


2014-12-30 12:17
 Oceń wpis
   

Wczoraj prognozowałem hossę w krajach rozwiniętych i smutę w krajach surowcowych oraz peryferyjnych. Gdzie między tymi skrajnościami jest Polska ? Z jednej strony spadek cen ropy będzie impulsem stymulującym gospodarkę. Polska jest jednak uzależniona od zewnętrznego kapitału i od krótkoterminowych stóp procentowych, a tutaj perspektywy są negatywne.

Nad Polską giełdą wisi też mały mieczyk i potężny miecz. Mały mieczyk to nieprzejrzystość rynku, czy mówiąc kolokwialnie dymanie udziałowców mniejszościowych przez Skarb Państwa. JSW ratująca Kompalnie Węglową czy Premier ogłaszający, że nie po to zostawał Premierem, by PGE podejmowało decyzje na podstawie analizy ekonomicznej, to małe przykłady. Jedna jaskółka nie czyni wiosny, nie każdy kamyczek zaczyna lawinę, ale obecnie trudno sobie wyobrazić jakąkolwiek większą prywatyzację. Inwestorzy nie ufają ładowi korporacyjnemu, a odbudowanie zaufania to zadanie na lata.

Duży miecz to nacjonalizacja OFE. W zasadzie wiadomo, że pieniądze z OFE idą na przejedzenie i przekupowanie elektoratu. Wiadomo też, że te pieniądze za dwa lata się skończą. Każdy racjonalnie myślący człowiek wie, że następnym ruchem będzie pełna nacjonalizacja OFE. Z obligacjami było łatwo. Państwo zwyczajnie umorzyło własne obligacje i nie musi płacić odsetek. Może się też dalej zadłużać do woli. A akcjami będzie trudniej. Państwo będzie musiało sypać akcjami za 50 mld zł rocznie, przez trzy lata, by załatać potrzeby gotówkowe. Tylko jak wysypać 50 mld, gdy obrót dzienny to 1 mld zł, a sesji jest dwieście ? Do tego spora część obrotu to arbitraż ?

Dopóki nie poznamy szczegółów jak zostanie przeprowadzona nacjonalizacja OFE, inwestowanie w Polsce obarczone jest ogromnym ryzykiem. Biorąc pod uwagę hossę na S&P500 podejmowanie tego ryzyka jest szaleństwem.

 

 

Z technicznego punktu widzenie, Wig20Usd tańczy ze średnią 200-stu miesięczną. Ta średnia jest wsparciem. Obecnie mamy naruszenie tego wsparcia. Czy jest to cykliczne wyprzedanie jak w 2012 roku czy początek lawiny ?

Według mnie, jeszcze nie czas i nie pora. Spodziewałbym się jakiegoś tam odbicia. Dopóki największe banki centralne utrzymują zerowe lub bardzo niskie stopy procentowe, karnawał może trwać.

Tagi: giełda, inwestowanie


2014-12-29 13:34
 Oceń wpis
   

Nowy rok zdominuje utrzymująca się niska cena ropy. Możemy przyjąć, że cena będzie się wahać pomiędzy 40 a 60 dolarów za baryłkę. Zastanówmy się nad konsekwencjami. W 2011 roku USA miało deficyt handlowy wynikający z importu ropy na poziomie 250 mld usd. Czyli ropa za 250 mld popłynęła do USA, a 250 mld dolarów popłynęło do krajów roponośnych i szuka szczęścia w świecie. Obecnie, dzięki łupkom, import ropy spadł o połowę a i cena spadła o połowę. W przyszłym roku deficyt może wynosić więc jedynie 70 mld usd, więc eksport dolarów zmniejszy się o 180 mld usd.

Unia Europejska w poprzednim roku wydała na import ropy 388 mld usd. Teraz, ze względu na spadek ceny, import spadnie do 200 mld usd. Prawie 200 mld dolarów nie popłynie z Europy do Rosji i Norwegii.

Ilość dolarów krążących po świecie będzie się cały czas zmniejszać, dlatego naturalnym zjawiskiem będzie stałe umacnianie się dolara.

Te pieniądze, zostając na miejscy, nakręcą w USA i Europie inflacyjny boom gospodarczy. Gospodarka przyśpieszy o ok. 1%. Inflacja core powinna zacząć rosnąć już za kilka miesięcy. Pod koniec roku, gdy nie będzie już efektu bazy drogiej ropy, całkowita inflacja powinna sięgać 3-4% w strefie euro i w USA.

W egzotycznych krajach roponośnych, głównie z Południowej Ameryki i Afryki, zobaczymy to, co od kilku miesięcy oglądamy w Rosji. Załamanie walut i gospodarek. Banki centralne staną przed wyborem, cytując bankiera z Rosji, między bardzo złym rozwiązaniem, a bardzo bardzo złym rozwiązaniem. Chodziło o podwyżki stóp procentowych z 10.5% do 17% w nocy. Obawiam się, że będziemy się na to patrzyć platonicznie. Nie wiem, czy znajomość tej dynamiki da się przekuć na strategię giełdową. Walutą Wenezueli nie da się chyba handlować.

Giełda.

Z pokoleniowego punktu widzenie jesteśmy gdzieś w okolicy 1986 roku – rajd giełdy przed załamaniem z 1987. Myślę, że tak będzie i teraz – hossa i eskalacja cen akcji. Przed nami, dla S&P500 i DAX-a, może być jeden z najlepszych lat w historii. Z zastrzeżeniem, że licząc do szczytu a nie do końca roku. Może być i tak, że w połowie roku FED za mocno naciśnie na hamulec. Warto w  tym momencie dodać, że kraszowy rok 1987 giełda zakończyła na symbolicznym, ale plusie. Załamanie zniosło jedynie wzrost z tego roku.  Zastanawiam się nad europejskimi krajami kryzysowymi. Nie znam dokładnie sytuacji i wykresów, ale warto je przynajmniej przejrzeć. Te kraje już swoją pokutę odprawiły i teraz być może są przed dynamicznym wzrostem. Mówię tu o Grecji, Hiszpanii i Portugalii. Włochy i Francja są jeszcze przed pokutą.

Oczywiście wszystko co związane z surowcami będzie śmierdzieć. Dla bezpieczeństwa unikałbym nawet spółek zaczynających się na S.

Złoto

Na złocie panuje majówka. Wpadająca w poważne problemy Rosja ma 1200 ton do wysypania. Bankrutująca Wenezuela na 400 ton do wysypania. Dla porównania, największy fundusz giełdowy SPDR Gold ma 1200 ton. Takiej ilości towaru nie da się puścić na rynek. Mamy więc paradoks – wysoka cena jest utrzymana, ponieważ towar jest niesprzedawalny. Jeżeli któryś z krajów roponośnych, dla bronienia waluty będzie sypał złotem, to cena może się załamać. Przy czym tutaj mamy coś, co można przekuć na strategię inwestycyjną.

Podsumowując

W mijającym roku zmieniły się paradygmaty gospodarcze. Koncepcja “surowce jako jedyna wartość” padło. Ale padło tylko na rynkach finansowych. W tym roku taka sama zmiana paradygmatów rozegra się w codziennym życiu.
 

Tagi: giełda, inwestowanie


2014-12-28 10:40
 Oceń wpis
   

Główną prognozą, jaką postawiłem na mijający rok było załamanie cen ropy. Nie ma się co ukrywać – prognoza całkowicie się spełniła. O samej prognozie w zasadzie nie ma co więcej dyskutować, ale warto napisać kilka słów o konsekwencjach gospodarczych spadku ceny ropy. Tu musimy jeszcze poczekać, gdyż między ustaleniem ceny a dostawą surowca i fizycznym przepływem pieniędzy mija przynajmniej miesiąc. Przykładowo, w Niemczech cena benzyny zaczęła spadać dopiero w listopadzie i dopiero w ostatnich tygodniach cena detaliczna  – 1.30 euro za litr – w pełni odzwierciedla spadek ceny surowca. Choć cena benzyny też się już załamała to, średnia cena roczna wynosi 1.50 euro i jest niewiele mniejsza niż przed rokiem.

Spadek cen ropy miał pociągnąć ze sobą niektóre waluty, obligacje i metale kolorowe. Powoli się to dzieje: rubel, miedź i srebro są forpocztą spadków. W zasadzie i złotówkę, która straciła prawie jedną piątą wartości wobec dolara, można dopisać do tej listy.  Forpocztą zmian jest też wzrost stóp procentowych w Rosji do 17%.

Druga prognoza dotyczyła zakończenia programu QE3 przez FED. Prognoza ta, już w momencie stawiania była opinią większości i oczywiście się spełniła.

Trzecia prognoza dotyczyła giełdy. Postawiłem tezę, że główne rynki muszą przetestować od góry przebite poziomy 2000 i 2007 roku. DAX w zasadzie zrealizował ten program. W ciągu roku indeks konsolidował się, i zrobił krótki wyskok z dotknięciem okolic 8200. S&P 500 miał ogromną presję na wzrosty. Były trzy korekty w kształcie litery V na prawie 200 punktów, i tyle. Tutaj prognoza sprawdziła się conajwyżej połowicznie.

Polska

Postawiłem trzy tezy: Po pierwsze kapitał zagraniczny, mierzony przez indeks Wig20Usd będzie w odwrocie. To co widzimy na rocznym wykresie to konsekwentne osuwanie się. W ciągu roku Wig20 liczony w dolarach spadł o 17%.

Teza druga byłą taka, że krajowa płynność pójdzie w towar. Gdy pisałem prognozy, sprzedaż detaliczna rosła w tempie poniżej 4% (dobre, grudniowe dane nie były jeszcze znane). Patrząc na wykres widzimy, że sprzedaż detaliczna w grudniu wzrosła i potem jeszcze do kwietnia można było mówić o tym, że pieniądz poszedł w towar. Potem mamy mizerię.

 

 

Trzecia prognoza była taka, że rozpocznie się proces rozpadu Platformy oraz PiS-u. Tą tezą przejął się sam Donald Tusk, który ma wprawę w wyskakiwaniu z tonącej platformy. Gdy Tusk uciekał z Unii Wolności, udawała ona jeszcze poważną partię, miała chyba 90-ciu posłów. Rok później była wspomnieniem.

W ciągu roku mieliśmy postępujący rozkład państwa. Taśmy Wprost, Pendolino, cud nad urną. Czy wyskoczenie Tuska to początek rozpadu Platformy, tergo jeszcze nie wiemy. Wielokrotnie pisałem o pokoleniowym przetasowaniu, które powinno przyjść w okolicy 2016-2018 roku. Ten rok nas do tego przetasowania przybliżył.

 

Tagi: giełda, inwestowanie
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |