O mnie
 
Ideą tego blogu jest przedstawienie długoterminowych trendów i procesów na rynkach kapitałowym, towarowym i walutowym. Szczególny akcent jest położony na powiązania między tymi rynkami.




Najnowsze komentarze
 
2017-08-21 13:11
Monika1243 do wpisu:
Przeprowadzka
Szkoda, że się przeprowadziłeś z tego bloga, miał dobrą historię. To dzięki tobie zaczęłam[...]
 
2016-07-22 20:37
magowsicka do wpisu:
Co zrobi FED ?
ja uważam że super sposoby na dodawanie statystyk do wordpress opisany jest w tym poradniku[...]
 
2016-01-10 14:49
synonim nielogo do wpisu:
Pora na Świętego Mikołaja
jak tam zyski na opcjach call na S&P500 ze Strikem 2100 i 2200? Naprawdę trzeba być[...]


Kategorie Bloga
 
Ogólne
 
Ulubione
 




Wykres Tygodnia

wykresyGieldowe

2014-12-20 20:28
 Oceń wpis
   

Kolejny rok zbliża się do końca, nadchodzi czas podsumowań, zdumy, refleksji. Czas oddzielenia tego co przemijające od tego, co wieczne. Gdy rok temu ktoś twierdził, że kraje BRIC są skałą, na której można zbudować przyszłość gospodarczą, był uważany za poważnego człowieka. Gdy ktoś twierdził, że kraje te mogą wyprzeć dominującą rolę USA był uważany za intelektualistę. Dzisiaj wiemy, że BRIC to nie skala, a waluty spadające jak kamień w wodę.

Jakoś tak miesiąc temu czytałem taką opinię: my od zawsze twierdziliśmy, że oil-peak należy rozumieć w ramach obecnych technologii, a nie w kategoriach absolutnych. Jeszcze rok temu mówienie o oil-peak było przejawem najwyższej formy wizjonerstwa, człowiek praktycznie zaliczał się do Kluby Rzymskiego, który wspomniany oil-peak wymyślił. Dzisiaj ta teza jest mocno obciachowa.

Obecnie zmienia się też podejście do pieniądza. Do tej pory było tak, że gdy człowiek otwiera gazetę albo lodówkę to jest skonfrontowany z frazą: “pusty pieniądz opary na długu”. Pieniądz musi być oparty na długu. Posiadanie pieniądza oznacza prawo do czegoś tam. Jeżeli ktoś ma prawo, to ktoś inny musi mieć obowiązek. Ktoś musi być winny. Gdy za każdą złotówką stoi kredyt hipoteczny, to na tą złotówkę zawsze będzie popyt. To co się dzieje obecnie w Rosji jest małą ilustracją. Długi są w dolarach i to dolar jest obiektem pożądania. Rubel nie jest nikomu do niczego potrzebny. Jedyne co można z nim zrobić, to wymienić go na jakiś towar, o i ile jakiś frajer wymieni towar na papierek. Tych frajerów jest coraz mniej: Apple, BMW czy Białoruś przestaje przyjmować ruble. Aczkolwiek zanim zmieni się społeczna percepcja pieniądza, może jeszcze rok czy dwa minąć. 

Rosję czeka upadek i rozpad. Z naszego punku widzenia najważniejsze teraz jest, czy z tego kraju może wyjść ktoś pokroju Gorbaczowa. Człowieka, który umożliwi deeskalacje militarną w zamian za pomoc gospodarczą. Człowiek, dzięki któremu będzie miękkie lądowanie zamiast dążenia do konfrontacji. Musi to niestety być człowiek, który, tak jak Gorbaczow, jest w Rosji kulturowo ciałem obcym.

Tradycyjnie po świętach na blogu będzie więcej wpisów. Przede wszystkim rozliczenie zeszłorocznych prognoz oraz prognozy na nowy rok.

Jeszcze raz – radosnych świąt.
 

Tagi: giełda, inwestowanie


2014-12-14 14:29
 Oceń wpis
   

Zalanie rynku przez ropę powoduje krótkoterminowy, trwający kilka miesięcy, spadek statystycznej inflacji. W średniej perspektywie, niskie ceny ropy doprowadzą do wzrostu presji inflacyjnej – pisałem o tym przed dwoma tygodniami. Długoterminowa sytuacja będzie kształtowana przez dominantę demograficzną.

Jakiś czas temu czytałem, że na obligacjach nie ma żadnej bańki, bo przed nami presja deflacyjna dokąd oko sięga. Tą presję deflacyjną mają być ludzie odchodzący na emeryturę, których dochody, a więc i siła nabywcza, spadnie o 40%. Dowcipnie można tylko żałować, że takich analiz nie było w latach 90-tych. Wtedy wiele państw, w tym Polska, walczyły z inflacją. A wystarczyłoby wszystkich wysłać na emeryturę i mielibyśmy problem z głowy.

Na poważnie. Rozważmy taki przykład. Człowiek, który zarabiający 5 tyś złotych idzie na emeryturę, która wynosi 3 tyś złotych. Globalna siła nabywcza w gospodarce spadła o 2 tyś zł, ale ilość wyprodukowanych dóbr i usług spadła o 5 tyś. Czyli przejście kogoś na emeryturę oznacza większy spadek podaży niż popytu – powoduje to presję inflacyjną. Dodatkowo liczba pracowników zmniejsza się, tym samym pojawia się presja na wzrost płac. Gdy liczba pracowników zacznie spadać, firmy muszą albo walczyć o siłę roboczą, albo zamknąć interes.

W tym momencie warto zauważyć, że powojenny boom kształtował się różnie w różnych krajach. W Polsce wypadł na środek lat 50-tych. Obecnie największą grupą są ludzie w wieku 55-59 lat. W USA boom był trochę później i największa jest grupa wiekowa 50-54 a w Niemczech szczyt boomu przypadł dokładnie 50 lat temu – w 1964 roku i największa jest grupa 45-49.

W 2006 roku Alan Greenspan pisał, że na świecie na palcach jednej ręki można policzyć kraje, które nie trzymają inflacji na wodzy i że jest to bardziej sytuacja wyjątkowa niż normalna. Następne lata były jedynie pogłębieniem presji deflacyjnej. Przez ostatnie lata mieliśmy gigantyczną nadprodukcję wszystkiego, poza jedynie surowcami energetycznymi. Obecnie ropa zalewa rynek. Mamy ukoronowanie czasu nadprodukcji, ale też i zakończenie tego czasu.

Jakie z tego praktyczne wnioski ?

Po pierwsze, z daleka trzeba się trzymać od obligacji. Po drugie, łatwość produkcji wszystkiego napompowała mega-bańki na rzeczach, których jest skończona ilość: poczynając od bańki na złocie, poprzez bańkę na antykach, starych winach, świecidełkach i reszcie egzotyki. Również bańka na cenach ziemi. Ciężko będzie tu zarobić na spadkach, poza kwotowanymi metalami kolorowymi, ale można nie stracić, unikając egzotycznych inwestycji.

Po trzecie ostrożnie ze spółkami-wydmuszkami, zajmującymi się tylko handlem. Gdy to producent i pracownik, a nie konsument będzie miał przewagę, pośrednik nie będzie miał podstawowych atutów w ręku.

Po czwarte wreszcie, trzeba szukać spółek, które mają własną produkcję. W szczególności spółek, w których produkcję łatwo zautomatyzować. Obecnie wiele prac można zautomatyzować, ale ze względu na niskie płace, nie ma to większego sensu. Spółki, które pierwsze się zautomatyzują, w perspektywie rosnących płac będą wygranymi.

Po piąte wreszcie, trzeba szukać spółek, które sprzedają maszyny i oprogramowanie fabrykom. Firmy, które automatyzują inne firmy. Te firmy mogą być głównymi wygranymi eskalacji cen i płac.

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2014-12-06 17:22
 Oceń wpis
   

Tydzień temu, wydawało się, że w przypadku złota niedźwiedzie mają wszystkie asy w rękawie. Wykres pięknie odbił się od średniej 50-cio dniowej i w piątek przebił średnią 20-sto dniową. Kilka dni walenia głową w sufit aż prosiło się o zajęcie krótkiej pozycji ze stop-losem tuż powyżej 1200. Na długoterminowym froncie, listopad zamknął się poniżej średniej 100-miesięcznej.

Niedziele referendum w Szwajcarii przyniosło wynik zgodny z oczekiwaniem, ale kilka dni wcześniej w podobnej sytuacji ze spotkaniem OPEC, po wyniku zgodnym z oczekiwaniem kurs runął. Złoto stało nad przepaścią.

 

 

 

Podlewarowanych pozycji było jednak dużo za dużo. Mała iskra wystarczyła i rozpoczęła się realizacja zysków a potem pękanie stop-losów. Pozycje, które zająłem w okolicy 1200 też zostały wyczyszczone. Kurs doszedł do 1220 – bez pękających stop-losów nie było już paliwa wzrostów. Skończyło się mega-długą dzienną białą świecą. Tydzień jednak zamknął się na ziemi niczyjej: powyżej 1180 ale  poniżej 1200. Zabawę zaczynamy od początku.

Obecnie muszę powiedzieć, że złoto jest bardzo mocne, patrząc przez perspektywę ropy i srebra. Pytanie, że to siła strukturalna – pozostanie silniejsze od pozostałych surowców, czy cykliczna – efekt działania silnego wsparcia, po którego ewentualnym przebiciu będzie wodospad. To pytanie za sto punków. Albo za całkiem dużo pieniędzy.

W międzyczasie ciekawą figurę rysuje eurodolar. Potencjał obecnego ruchu już się kończy. Teraz będzie albo odbicie, albo przebicie wsparcia – i dalsze spadki o zasięgu nawet 20%. Trudno coś prognozować. Nie wiadomo czy dodruk będzie czy nie. Nie wiadomo też, jak rynek zareaguje na dodruk. Poprzednimi razy rynek reagował wzmocnieniem się euro. To nie do końca paradoks. Jeżeli EZB będzie prowadził inflacyjną politykę, to obligacje krajów peryferyjnych są dobrą inwestycją. W przypadku polityki deflacyjnej, trzeba z tych obligacji uciekać. Według mnie EZB czeka na to, jak Niemiecki eksport zareaguje na spadek kursu euro, a po drugie, jak cała strefa Euro zareaguje na spadek cen surowców. EZB czeka i nam też nie pozostaje nic innego.

 



Rubel

Kryzys płynności w USA w 2008/9 roku spowodował radykalne wzmocnienie się dolara. Podobny kryzys w Rosji powoduje załamanie rubla. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że podobny impuls wywołał odwrotną reakcję. Dlaczego ? Odpowiedź jest bardzo prosta –kryzys powoduje, że ludzi nie interesują aktywa tyko pieniądz. Ludzie chcą gotówki. Pieniądzem jest to, w czym spłacany jest kredyt, czyli w USA jest to dolar a w przypadku Rosji też dolar. Przedsiębiorstwa mają 60% kredytów w dolarach a 25% w euro. W rublach praktycznie wcale. Ludzie chwytają się prawdziwych pieniędzy, przez co aktywo–rubel staje się niepotrzebnym, śmiesznie zadrukowanym papierkiem.

Przez ostatnie lata modne jest hasło o “pustym pieniądzu opartym o długu”. Patrząc się na rubla widzimy, że to właśnie dług powoduje, że pieniądz nie jest pusty. Wartość aktywa  – rubla, złota, nieruchomości, akcji – zależy od dobrej woli uczestników rynku, ale spłata zadłużenia jest obowiązkiem.

Ma to też praktyczne konsekwencje dla Polski, gdyż połowa kredytów hipo zaciągnięta była we franciszku. W Polsce, złotówka jest pieniądzem jedynie połowicznie, tak samo ważny jest franciszek.

Tagi: giełda, inwestowanie


2014-11-28 20:44
 Oceń wpis
   

Latem 2012 roku oberguru – Leszek Balcerowicz – grzmiał, że jeżeli RPP nie potrafi utrzymać inflacji w celu, to niech sama się rozwiąże. Chwilę potem gospodarka zaczęła brutalne hamowanie i weszła w deflacyjną recesję. Obecnie słyszę głosy, szczególnie w Strefie Euro, że spadająca cena ropy jeszcze bardziej pogłębi zagrożenie deflacją. Tym razem też będzie na odwrót, jesteśmy zresztą w lustrzanej fazie cyklu Kitchina. Przed nami inflacja.

By zrozumieć związek inflacji z ceną ropy po pierwsze odłożymy na półkę wszelkie wyuczone frazesy (“inflacja jest zjawiskiem monetarnym”) i rozważymy dwa skrajne modele – jeden kraju rozwiniętego i jeden egzotycznego.

Zacznijmy od kraju rozwiniętego. Mimo wzrostu cen ropy ludzie nie zmieniają przyzwyczajeń i kupują tyle samo paliw. Wzrost ceny ropy powoduje statystyczny wzrost cen. Tyle, że czyjś wydatek nie jest czyimś dochodem. Pieniądze wyciekają z kraju rozwiniętego do kraju surowcowego. Część tych pieniędzy wraca jako popyt na maszyny, dobra luksusowe i obligację. Kluczowy jest fakt, że pierwotny wzrost cen nie przekłada się  na większy fundusz płac – nie ma efektów drugiej rundy. Kraj wchodzi w recesją bądź stagnację z bardzo niską inflacją lub deflacją niepaliw (core inflation). Teraz cena ropy spada. Na początku mamy statystyczny spadek cen, ale ludziom w portfelach zostanie po miesiącu lekka stówka. Ta stówka zostanie zamieniona na nową torebkę czy perfumy. Choć towar w większości wyprodukowany jest w Chinach, to największą częścią ceny jest koszt sprzedaży. W przypadku dodatkowego wyjścia do restauracji, nie ma wątpliwości, że pieniądze pozostają w danym kraju. Nawet przy stabilnych w sumie cenach (paliwa + niepaliwa) fundusz płac rośnie. Kraj wchodzi w inflacyjny boom. Zauważmy, że w tej sytuacji wygrane powinny być będą kraje, które są fundamentalnie deflacyjne, np. Niemcy, Szwajcaria czy Japonia.

Teraz przykład kraju bardzo egzotycznego. Kluczową cechą tego kraju jest wysokie bezrobocie wynikające z niedoinwestowania. Przykładowo mamy 10 mln pracujących, 10 mln emerytów, oraz 5 milionów ludzi, którzy nie mogą znaleźć pracy ze względu na niedoinwestowanie. Mamy wysoką inflację, bo potencjał produkcji jest niski. Na inwestycje nie ma pieniędzy, ze względu na wysoką inflację. Błędne koło. Jaki efekt wywoła napływ pieniędzy z zewnątrz ? Wywoła spadek inflacji. Pieniądze pójdą w maszyny, tym samym owe 5 mln ludzi znajdzie pracę. Można będzie przy okazji, obniżyć podatki. Oczywiście wzrośnie konsumpcja, ale produkcja wzrośnie znacznie silniej. Napływ kapitału wyrywa kraj z pułapki wysokiej inflacji. Co to ma wspólnego z ropą ? A no właśnie z surowców najczęściej pochodzi kapitał, który po świecie szczęścia szuka. Zauważmy, że lata 70-te oraz poprzednia dekada to czas globalnego kryzysu energetycznego, ale też rozkwitu Polski i zrywu inwestycyjnego.

Czy załamanie cen ropy, to dla Polski dzisiaj dobrze ?


To trudne pytanie, gdzie jest Polska, między tymi dwoma skrajnymi przypadkami. Mimo wszystko uważam, że bliżej jej do kraju egzotycznego. W poprzednim pokoleniu, po załamaniu się cen ropy, w trzy lata PRL przestał istnieć.

Teraz Polska oparta jest na krótkoterminowym kredycie, często w walutach. Wzrost inflacji w krajach rozwiniętych i wzrost stóp może w Polsce szybko wywołać recesję. W tej sytuacji i spadek złotówki to źle (kredyty we franciszku) a zatrzymywanie kapitału bardzo wysokimi stopami to niedobrze.

Tradycyjnie znajdą się czytelnicy zarzucający mi czarnowidztwo i antypolonizm. Spójrzmy na wig20 w dolarach. Od bardzo dawna stoi, a ostatnio dodatkowo się osuwa. Takie rzeczy nie dzieją się przypadkiem i nie jest to “jedna wielka manipulacja”. Ciężki kapitał rozumie, że Polska na dzisiaj, nie jest właściwym miejscem do inwestowania.

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2014-11-23 11:06
 Oceń wpis
   

Dzisiaj dla rozluźnienia atmosfery trochę ekonomicznej egzotyki. Ze strony progresywnej lewicy na świecie i w Polsce słuchać głosy konieczności wprowadzenia bezwarunkowego dochodu podstawowego. Czyli pensji, która każdemu się należy, bez zadawania pytań. Może czytelnicy tego bloga będą zaszokowani – ale jestem za. W kilku zdaniach wyjaśnię dlaczego jestem za, i dlaczego uważam, że nie jest to wcale taka wielka zmiana dla gospodarki.

Dla ustalenia uwadze rozmawiamy o Polsce. W Polsce dziewięć milionów ludzi otrzymuje emeryturę, a więc świadczenie socjalne, a około 14 milionów ludzi pracuje. Widzimy już na wstępnie, że otrzymywanie czegoś za nic nie jest jakimś szczególnym przypadkiem – jest normą. Po drugie, wszyscy się zgodzą, że podstawowa opieka zdrowotna powinna się należeć wszystkim niezależnie od sytuacji materialnej. Podobnie z podstawową i wyższą edukacją. Elementy bezwarunkowego dochodu, otrzymywanego w naturze, mamy już teraz. Jeżeli dodamy ułamki, to mamy 200 mld zł idące w emerytury, 150 mld zł idące w służbę zdrowia i jakoś tak 80 mld w edukację. Razem mamy 430 mld zł.

Podzielmy te pieniądze na nowo – tym razem po równo. Na mieszkańca Polski wyjdzie 1000 zł miesięcznie. Całkiem sporo. Na czteroosobową rodzinę – 4000 złotych miesięcznie. Naprawdę dużo. W zamian, ludzie oczywiście nie dostaną emerytur. Będą też musieli samodzielnie zrobić sobie ubezpieczenie zdrowotne oraz zapłacić za edukację.

Mamy tutaj paradoks. Postulaty skrajnej lewicy idą pod rękę z postulatami skrajnych liberałów – całkowitej prywatyzacji służby zdrowia i edukacji. Między skrajnościami jest zawsze więcej podobieństw niż między kierunkiem skrajności, ale to już temat na inną dyskusję.

Widzimy więc, że wprowadzenie dochodu podstawowego nie jest jakąś kwestią rewolucyjną, a jedynie kwestią trochę innego podziału tortu. Kto zyska, kto straci ? Najbardziej stracą ludzie z wysokimi emeryturami. Ludzie z najniższymi emeryturami stracą bardzo niewiele. Najwięcej zyskają ludzie z małymi dziećmi, które jeszcze nie muszą płacić za szkołę. Ludzie z dziećmi generalnie będą wygranymi.

Każdy, kto systematycznie czyta ten blog wie, że Polska jest zagrożona biologicznym wymarciem, a ratunkiem może być przedefiniowanie praw i obowiązków starych i młodych. Bezwarunkowy dochód podstawowy byłby krokiem we właściwym kierunku.
 

Tagi: giełda, inwestowanie


2014-11-16 08:33
 Oceń wpis
   

Pokolenie temu, cena ropy wzrosła z okolicy 3 dolarów za baryłkę do prawie 40 dolarów. Po kilkuletniej stabilizacji, w 1985 roku Arabia Sałdyjska rozpoczęła eksploatację nowych złóż, zwiększając w ciągu roku produkcję o 3 miliony baryłek dziennie. Cena spadła z 30 do 10 dolarów za baryłkę i utrzymała się na tym poziomie przez dwanaście lat, do 1998 roku. Pierwszym akcentem taniej ropy był rozpad ZSRR a ostatnim bankructwo Rosji.

W obecnym pokoleniu cena ropy rosła z poziomu 10 dolarów w okolice 140. Po globalnym kryzysie płynnościowym wywołanym eskalacją ceny ropy i krótkim załamaniu kursu, cena ustabilizowała się na poziomie 100 dolarów za baryłkę. W ostatnich latach, za sprawą nowych technologi, produkcja ropy w USA zwiększyła się o z 6 do 10 milionów baryłek dziennie. Cena spada poniżej 80 dolarów za baryłkę. Powstaje pytanie, jaka jest cena docelowa.

 

 

Obecnie koszt wydobycia ropy z łupków to 57 dolarów i systematycznie spada. Jeżeli ta cena zostanie szybko osiągnięta, to zamrozić to może nowe inwestycje. Producentom z tradycyjnych źródeł, opłaca się więc uwalić cenę. Wiedzą, że każdy dzień wysokiej ceny, oznacza rozwój technologii łupkowej i podaż surowca zwiększoną na dekady. Naturalnym celem wydaje się więc 60 dolarów, biorąc pod uwagę logikę pokoleniową, i dalszy spadek ceny wydobycia, za rok-dwa naturalną ceną może być 40 dolarów za baryłkę.

Patrząc z tej perspektywy, na Rosyjskiej giełdzie panuje majówka. Ceny kwotowanego w dolarach indeksu RTS co prawda trochę spadły, ale cały czas są w czterocyfrowym obszarze. Na giełdzie mamy mały spadek ceny, podczas gdy w gospodarce mamy resetującą się walutę i nagłe zniknięcie fundamentu finansów publicznych oraz fundamentu gospodarki. Dlatego takie spadki, to nie żadna bessa a majówka. Dzisiaj mamy dodatkowo ciekawą sytuację – cena broni potrójnego wsparcia: psychologicznego poziomu 1000 punktów, zniesienia harmonicznego oraz średniej 200-miesięcznej. Trzy potężna wsparcia.

 

 

Historycznie rzecz ujmując, kryzys płynnościowy z końca lat 90-tych doprowadził do przeceny o 90%. Choć warunki gospodarcze wtedy się nie pogorszyły. Obecnie mamy pogorszenie warunków gospodarczych plus kryzys płynnościowy związany i z upadkiem eksportu i z sankcjami. Naturalnym celem jest spadek mocno poniżej 500, przy czym ten poziom nie będzie okazją do zakupów. To jest coś więcej niż tylko kryzys płynności, spodziewać się raczej można rozpadu Rosji i utraty kontroli nad bogatą w surowce Syberią.

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2014-11-08 19:32
 Oceń wpis
   

Nasza historia zaczyna się w połowie XIX wieku. Rolnik mógł zawrzeć kontrakt z piekarzem, że dostarczy mu, powiedzmy, w sierpniu, worek pszenicy po ustalonej z góry cenie. W ten sposób, obie strony zabezpieczyły się cenowo, i ryzyko związane z prowadzeniem biznesu spadło – mogli się skupić na tym, co dobrze rozumieją, czyli uprawie ziemi, względnie pieczenie chleba.

Taka umowa ma jednak trzy, nie tyle wady, co niedociągnięcia. Po pierwsze obie strony biorą na siebie ryzyko niewypłacalności partnera. Po drugie, tak zawarty kontrakt można sprzedać, ale może być to problematyczne – musimy znaleźć kogoś, kto chce kupić pszenicę na konkretną datę w konkretnej ilości. Po trzecie, nie wiemy kto z kim jak się umówił, nie ma publicznej ceny, która pełniłaby funkcję koordynacyjną.

Rozwiązaniem tych problemów są kontrakty futures. Są to standaryzowane co do dat i wielkości kontrakty, których obrót następuje poprzez giełdę towarową. Człowiek wystawia kontrakt poprzez swojego brokera. Broker pilnuje swojego klienta, ale to broker bierze na siebie ryzyko jego niewypłacalności. Gdyby zbankrutował broker, wtedy wszyscy brokerzy tworzący giełdę biorą straty na siebie. W skrócie, mając kontrakt nie ma ryzyka niewypłacalności drugiej strony. Dzięki standardowym wielkościom i datom rozliczeń oraz zdefiniowania dopłaty za wahania jakości kontrakt ma dużą płynność. Można nim dowolnie handlować, może być też np. zabezpieczeniem kredytu na nawozy. Dzięki szerokiemu obrotowi kontraktów i cenie następuje koordynacja produkcji. Rolnik widzi za jakie ceny będzie mógł odpowiedni towar sprzedać i odpowiednio obsiewa pola. Same zalety.

Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że początkowo jednym z najważniejszych rynków były zamrożone żółtka jajek. Jajka produkowane są głowni w sezonie letnim, ale konsumowane są cały rok. Dzięki giełdzie, konsumpcja zimą dostrajała się pozostałego w magazynach zapasu. Gdy w latach 60-tych pojawiły się oświetlane fermy, ze stałą całoroczną produkcją, rynek futures na jajka nie był już potrzebny i zwyczajnie zniknął.

Zanim przejdziemy do opcji, chcę się wytłumaczyć, dlaczego o tym piszę. My szaraczki sobie tu spekulujemy, ale to wszystko razem ma głębszy sens i nie można tego głębszego sensu z oczu tracić, gdyż w kluczowych momentach rynku to on właśnie dyktuje warunki. Taki kluczowy moment mamy właśnie teraz, kiedy za sprawą ropy z łupków rynek zalany jest ropą. I ten nadmiar ropy jest dominantą wszystkich rynków surowcowych, a przy okazji rynku walut i ruchów wojsk. Do tej pory było przyzwyczajenie, że wraz ze wzrostem giełdy rośnie też cena ropy, teraz jest odwrotnie, im bardziej ropa spada, tym bardziej rośnie giełda. Nasze przyzwyczajenia giełdowe musimy na nowo wyskalować, albo powrócić do przyzwyczajeń z lat 90-tych.

Teraz przechodzimy do opcji. Piekarzowi nie zawsze musi się opłacać być związanym kontraktem. Ma on kontrakt L i ma prawo ale też obowiązek do zakupu po danej cenie. Piekarz wolałby mieć prawo, ale nie mieć obowiązku. Strategia jest taka – gdy cena surowca spada, chciałbym na tym skorzystać, ale zabezpieczyć się przed eskalacją ceny. Opcja, jest to prawo, ale nie obowiązek, do zakupu (CALL) lub sprzedaży (PUT) danego towary po z góry określonej cenie. Po drugiej stronie ktoś wystawia opcje – ma on obowiązek, ale pobiera za to opłatę. Wystawianie opcji jest podobne do prowadzenia działalności ubezpieczeniowej.

Teraz zadajmy sobie pytanie ile powinna kosztować opcja. Ile warte jest prawo, by za rok móc sprzedać złoto po 1100 usd/Oz. Za odpowiedź na to pytanie, można było kilkadziesiąt lat temu dostać nagrodę Nobla. Intuicyjnie wiemy, że powinno to zależeć od obecnej ceny i od tego, jak cena fluktuuje. Co więcej, ceny wszystkich opcji jakie możemy wystawić na dany towar – a więc o zapadalności w konkretnych miesiącach i o różnych kwotach wykonania (STRIKE) powinny być ze sobą związane. Wyznaczanie tych wszystkich cen razem to właśnie inżynieria finansowa. Najlepszym wprowadzeniem do niej jest pozycja John C. Hull “Opcje, futures i inne derywatywy” (tłumaczenie tytułu własne). Książka wymaga pewnego przygotowania matematycznego, ja studiowałem fizykę, więc nie było problemu :-)

Kilka pojęć. Opcja ma wartość własną i wartość w czasie. Jeżeli mam opcję PUT ze STRIKE 100 a cena wynosi 90, to wartość własna wynosi 10 (wartość w czasie zależy od wielu parametrów). Jestem w pieniądzu. Przy cenie 100 jestem na pieniądzu. Przy wyższej cenie jestem poza pieniądzem. Każda opcja ma poziom break-even. Mówi ona, jaki poziom ceny musi być osiągnięty, by zakup opcji mi się opłacił. Jeżeli opcja PUT ze STRIKE 100  kosztuje teraz 10, to break-even wynosi 90. Jeżeli cena w dniu rozliczenia spadnie poniżej 90, to zarabiam, jeżeli jest wyżej niż 90, to tracę, jeżeli cena jest wyżej niż 100 to opcja na rozliczeniu ma wartość 0 i tracę wszystko. Z opcjami nie wystarczy przewidzieć kierunek – ruch musi być silniejszy niż wyceniony w opcji.

Czyli jak na tym spekulować ?

Tutaj pierwsza ważna uwaga, w świecie opcji i inżynierii finansowej nie ma czegoś takiego jak trend, analiza techniczna, wsparcia i opory. Jest tylko obecna cena, koszt pieniądza bezryzykowego oraz zmienność. Inżynieria finansowa zakłada, że rynek jest w pełni efektywny i tu jest nasza – drobnych spekulantów – szansa.

Zakładam przy tym, że spekulujemy kupując opcje. Jeżeli ktoś chce wystawiać opcje, to radzę mu, by dwa razy się zastanowił. Wystawiając opcję, a szczególnie gołą opcję, wystawiamy się na ryzyko nieograniczonych strat.

Rozważmy taki przykład. W piątek ma być rozliczenie opcji na S&P500, które obecnie jest na poziomie 2030. Ze względu na jakieś zawirowania, cena spada i zmienność rośnie. Powoduje to, że wystawiający opcję zabezpieczają się zajmując krótką pozycję na kontraktach.  W tym momencie perspektywy spółek nie mają znaczenia. Liczy się, że konkretnego dnia muszę wyrównać różnice w wycenie. Powoduje to kaskadę wyprzedaży – i dla długoterminowego inwestora jest to świetna okazja do zakupu akcji.
 
Drugi przykład. Duża wyprzedaż. Zwykle mamy trzy fazy. Pierwsza fala wyprzedaży, później stabilizacja i wreszcie druga fala. Analiza techniczna podpowiada nam, że stabilizacja się kończy i zaraz zacznie się druga fala wyprzedaży. Jest to świetna okazja na kupienie opcji PUT. Opcje nie znają analizy technicznej ale widzą, że ostatnio zmienność była mała, spodziewają się więc też niskiej zmienności w przyszłości. Podczas wyprzedaży zarabiamy i na spadku kursu i na wzroście zmienności, który przekłada się na wzrost wartości w czasie. Nie zawsze trafimy z pierwszą serią opcji na wyprzedaż, czasem widzimy wyprzedaż już, a ona przyjdzie dopiero za trzy miesiące, wtedy często na pierwszej serii opcji tracimy. Mimo problemów, jest to właśnie wymarzona sytuacja do zarabiania na opcjach.

Podobna sytuacja zdarza się, gdy cena nie chce więcej rosnąć i wali głową w sufit. Cena de facto stoi w miejscu więc i ceny opcji spadają. W takiej sytuacji możemy zagrać na dwie strony kupując opcję CALL i PUT. Zyskujemy, gdy cena się wybije, tracimy zawsze, gdy cena stoi w miejscu.

Opcje czy kontrakty ?

Ja kupuję tylko kontrakty syntetyczne ze stop-losem w środku. Gdy stop loss jest naruszony, jest po sprawie. Gdy można wyznaczyć blisko konkretny poziom stop-loss, lepsze są kontrakty. Aczkolwiek kiedyś zdarzyło mi się być wywalonym z rynku tuż przed wielką wyprzedażą. Człowiek zawsze ma dylemat: zbyt ciasny stop-loss – wywali mnie, zbyt duży – ryzyko strat rośnie. Koszmar :-) Opcje umożliwiają ominięcie problemu stop-lossa. Tyle, że teraz wyprzedaż musi nastąpić w konkretnym czasie.

Strategią jaką często stosuje, to kupno opcji daleko poza pieniądzem. Dzięki tej opcji można grać z lewarem typu 30, bez stop-lossa. Przy kontraktach, taki lewar oznacza, że ruch o 3% w złym kierunku to wywalenie z rynku. Jest to typowe granie na załamanie. Czasem się uda, czasem nie. Gdy się uda, można całkiem przyzwoicie zarobić, przy niewielkim zaangażowaniu kapitału.

Piszę tutaj głównie o opcjach PUT. Opcji używam głownie do gry na spadek. Wzrosty są zwykle spokojniejsze niż spadki, i do gry na nich preferuje inne instrumenty – zwykłe akcje, lub certyfikaty na indeksy. Grając na wzrost wierzę w spółkę lub sektor i angażuje większą porcję kapitału, nie martwiąc się nadmiernie o fluktuację. Większość akcji, długo trzymam, Apple to będzie już z osiem lat. Granie na spadki, to granie na rozgrzanym rynku kończącej się euforii. To granie na przejściu z euforii, poprzez strach do desperacji. Tu się łatwo pomylić i trzeba ostrożnie kontrolować straty.

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2014-10-31 19:05
 Oceń wpis
   

W ciągu ostatnich kilku miesięcy cena ropy spadła o 25%. Czytelnicy tego bloga nie są jakoś szczególnie zaskoczeni. Spadek ceny ropy, był moją główną prognozą na ten rok. O przyczynach pisałem tutaj i tutaj. Obecnie, z punktu widzenia gospodarki, kluczowe jest pytanie, na jakim poziomie nastąpi stabilizacja. Jeżeli wraz ze wzrostem gospodarczym cena ropy zacznie rosnąć, to nic nie pękło – wracamy do starych problemów. Według mnie jednak pękło, i niska cena ropy się utrzyma.

Spadek ceny doprowadzi do wzrostu podaży. Tak, to nie przejęzyczenie. Są kraje, których budżety oparte są o export ropy. Te kraje wydobywają tyle, by budżet się spiął – robienie nadwyżek nie ma większego sensu. Co z nimi zrobić ? Zainwestować w ropę ? Teraz te kraje muszą zwiększyć wydobycie, by zrekompensować spadek cen. Dodatkowo duzi gracze, jak Arabia Saudyjska, mogą teraz zalać rynek ropą, by wyeliminować konkurencję, przede wszystkim ropę w łupków. Przykładowo tu podanej Arabii Saudyjskiej może się opłacać teraz trochę stracić, w zamian ustabilizowanie długofalowych perspektyw. W szczególności by uniknąć sytuacji jak na gazie sprzed kilku lat – na początku 2012 roku gaz był 90% tańszy niż w 2008 roku.

Spójrzmy na złoto. Po moim ostatnim wpisie, złoto zrobiło jeszcze rajd głupców do średniej 50-cio dniowej i dzisiaj przebiło z hukiem wsparcie na poziomie 1180. To wsparcie to nie w kij dmuchał. To wsparcie broniło się przez półtorej roku – jeżeli padło, to przed nami solidna wyprzedaż.

Giełda ma się świetnie. Po dynamicznym odleszczaniu, S&P500 powrócił ponad poziom 2000. Co to razem oznacza ?

Po pęknięciu bańki dot.com świat się przestawił na nowe tory. Zaczęły się liczyć surowce i przetrwanie. Koncepcja rozwoju poszła do kąta. Teraz ten etap się kończy. Zakończenie QE3 jest raczej potwierdzeniem, niż przyczyną. Surowców jest pod dostatkiem, przed nami świetlana przyszłość, więc koncepcja staromodnej metody obrony kapitału (złoto) też jest passe.

Według mnie bessa na akcjach by się w USA bardzo przydała. Po dwóch dewastacyjnych bessach (2000 i 2008) i dwóch krachach (2010 i 2011), zwykła bessa, do poziomów 1550 wzmocniła by trend i oczyściła gospodarkę. Ale rynek to nie koncert życzeń. Mam sporo w akcjach, ale głównie defensywnej spółki – Apple. Metodą wzrostu kursu sporą część portfela zaczęły stanowić krótkie pozycje na złoto, głównie opcje. Spadek S&P500 do poziomów w okolicy 1600 byłby pokoleniową szansą dla spóźnialskich, którzy przegapili 2009 rok.

 

Tagi: giełda, inwestowanie


2014-10-18 11:06
 Oceń wpis
   

FED powoli wygasza program QE3 a giełda już od końca lipca weszła w tryb zwiększonej zmienności. Co prawda, po lipcowej wyprzedaży było jeszcze bicie rekordów i wyskok ponad 2000, ale teraz giełda powróciła do poziomów w kwietnia. Tak naprawdę nic wielkiego się nie dzieje, spadek mniejszy niż 10% to normalna korekta, ale ostatnio jesteśmy rozleniwieni trwającym dwa lata Całkowitym Zanikiem Zmienności. Łezka się w oku kręci, na przełomie 2008/2009 dzień bez ruch 10% w górę lub w dół, był dniem straconym. -5% to było uspokojenie.

Powstaje naturalne pytanie – czy FED będzie bronił giełdy, ogłaszając program QE4, który już zyskał dowcipną nazwę QE4Ever. Według mnie nie. Obowiązkiem FED-u jest dbanie o pełne zatrudnienie w kontekście stabilności cen. Ogłoszenie QE4 jest obecnie ciężko uzasadnić. Spójrzmy na jeden z moich ulubionych wykresów – liczby nowych zwolnień.

 

 

U szczytu kryzysu, pracę traciło prawie 700 tyś ludzi tygodniowo. To bardzo dużo. Teraz liczba nowych zwolnień, od ponad pięciu lat, systematycznie spada, i wybiła się wyraźnie poniżej poziom 300 tyś. Liczba nowych zwolnień jest niższa niż w latach bezpośrednio poprzedzających kryzys. Ten wykres chciałbym zadedykować malkontentom, którzy twierdzą, że “te całe QE nic nie dały, tylko się finansjera napasła”. Na tym wykresie widzimy, że sytuacja robotnika o najniższej stabilności pracy radykalnie się poprawiła. Chcę to jeszcze raz powtórzyć – sytuacja prostego robotnika jest obecnie lepsza niż w latach bezpośrednio poprzedzających kryzys.

 

 

W szerszej perspektywie widzimy, że liczba nowych zwolnień jest najniższa od lat 70-tych, gdy siła robocza była znacznie niższa. Stabilność zatrudnienia jest na historycznie wysokich poziomach.

Jeżeli FED ma się trzymać swojego mandatu, to na spadki na giełdzie nie powinien reagować, tak długo, dopóki nie przekładają się one na znaczny wzrost liczby nowych zwolnień. W swoich prognozach na nowy rok pisałem, że spadkom na giełdzie towarzyszyć będą świetne informacje z rynku pracy – i tego się trzymajmy.

Tagi: giełda, inwestowanie


2014-10-11 12:00
 Oceń wpis
   

Korekta na głównych indeksach zaczynają przekształcać się w regularną bessę. DAX spadł od szczytu ponad 10%, przebijając poziom 9000 punktów. Obecnie indeks przebił linię trendu, tak nisko pociągniętą, jak się tylko dało. Kilka punktów niżej jest średnia stu tygodniowa, a na poziomie 7700 średnia 200-stu tygodniowa. Kluczowy może być poziom 8000 punktów. Jest to psychologiczna bariera oraz szczyt hossy z 2000 i 2007 roku.

 

 

W niemieckiej gospodarce jest spowolnienie. Widać to nawet bardziej w sygnałach niż twardych, ale opóźnionych, danych statystycznych. Kilka dni temu, w głównym wydaniu wiadomości, dyrektor jednej z fabryk mówił, że zwykle większość maszyn pracowała w cyklu 7-mio dniowym a kilka w cyklu 5-cio dniowym. Teraz jest odwrotnie.

Spowolnienie jest faktem, ale bardzo pozytywnym aspektem jest, że ze tym spowolnieniem idzie spadek cen ropy. Niższa cena ropy będzie naturalnym programem stymulacyjnym – ludziom zostanie więcej pieniędzy w kieszeni. Choć nafciarzom zmniejszy się też budżet na niemieckie maszyny. Niskie ceny ropy, tłumiące presję inflacyjną umożliwiają też rządom przeprowadzenie stymulacji fiskalnej lub monetarnej. Aczkolwiek uważam, że na programy stymulacyjne jest dużo za wcześnie. Stagnacja czy recesja jest niebezpieczna w kontekście wysokiego bezrobocia – może doprowadzić do nieodwracalnych szkód społecznych. Jednak teraz w Niemczech bezrobocie jest niskie, podobnie w USA – te dwa kraje nie mają presji na stymulowanie gospodarki i będę się przed tym bronić.

Spójrzmy na wykresy z szerszej perspektywy. W ciągu 17 lat DAX wzrósł 20-sto krotnie, z poziomu w okolicach 400 do poziomu 8000. Odchorowanie tego boomu powinno trwać około 10 lat, stosując zasadę złotego podziału. Widzimy też że kolejne fale wyprzedaży testowały kolejne zniesienia harmoniczne całej hossy.

 

 

Rok temu indeks wybił się ponad szczyty z 2000 i 2007 roku i teraz naturalnym zjawiskiem jest ruch powrotny by przetestować je od góry. Wtedy będzie można odgwizdać początek nowej hossy pokoleniowej. Z tym początkiem, to trochę przesada, początkiem hossy pokoleniowej jest dno wyprzedaży z 2009 roku, teraz można mówić o początku fazy partycypacji hossy pokoleniowej. Ze wzrostem giełdy, z gospodarki płyną świetne wiadomości, a ludzie cieszą się i partycypują we wzroście gospodarczym.

Gdyby DAX doszedł do poziomu 8000 i go obronił, będzie pora by być mega-byczym. Naturalnym celem powinien być wzrost w okolice 12-30 tyś punktów.

Tagi: giełda, inwestowanie
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |